Fragment I

Zamek trzasnął w drzwiach.

– Jest tata pewien, że nie chce zostać z nami na noc?

– Tak, jestem pewien. Jedź już lepiej, zajmij się moją dziewczynką.

– To nie jest żaden problem, zrobimy dla taty miejsce w moim studio. Jest tam rozkładana kanapa…

– Nie, dziękuję, naprawdę.

– Wie tata, nie jestem pewien…

– W porządku. Nic mi nie będzie.

– Skoro tata tak mówi… Ale jakby tata czegokolwiek potrzebował, to niech tata dzwoni. Okej?

– Okej… Dzięki, Tomuś, leć już.

Drzwi się otworzyły i Staniek wszedł do przedpokoju. Odwiesił laskę na wieszak, zapalił światło, obrócił się, żeby za sobą zamknąć. Tomasz nadal stał na klatce z rękami w kieszeniach

i wyrazem niepewności na twarzy. Staniek kiwnął mu głową na pożegnanie, po czym zatrzasnął drzwi.

Dźgnął go lekki wyrzut sumienia. Nie lubił Tomasza, mimo że tamten był miłym i porządnym facetem, a może po części właśnie dlatego, że był miłym i porządnym facetem. Zbyt miłym, zbyt cichym, za rzadko się kłócącym. Oczywiście dochodziła do tego jeszcze jedna rzecz, ale Staniek rzadko się do niej przyznawał, nawet przed samym sobą.

W każdym razie teraz miał go już dość. Ostatecznie dopiero co…

„Pochowałem żonę” – pomyślał. – „Tak to chyba należy powiedzieć”.

Przez jego głowę przewinął się ciąg innych propozycji, ale próbował ich nie werbalizować, więc tylko pobrzękiwało mu gdzieś na krawędzi świadomości: „Utraciłem, straciłem, odumarła mnie, opuściła, porzuciła, zdechła mi…”.

Na chwilę zatliła się w nim iskierka gniewu, lecz potem przyćmiło ją inne, bardziej przyziemne uczucie. Bolały go kolana. Bolały jak diabli. Czemu właśnie teraz?

Zacisnął zęby, w oczach stanęły mu łzy.

„Lepiej teraz, lepiej, że tamten mnie nie…”.

Co za różnica? Przecież płakał na pogrzebie. Płakał z rozpaczy po zmarłej żonie, płakał, bo jego pieprzone, zreumatyzowane ciało starego dziada nie miało w sobie dość siły, żeby mógł ją godnie pożegnać. Płakał, stękał, kulał, dyszał. Pochód musiał się dwa razy zatrzymać, żeby na niego poczekać. I te cholerne, zimne palce Tomasza na jego łokciu, jego cholerne, silne ramię, które zawsze czeka w odpowiednim miejscu, żeby ktoś potrzebujący mógł się na nim wesprzeć.

„I pomyśleć, że kiedyś miałem dwadzieścia trzy lata… Że byłem młody, sprawny, zakochany… Gdzie to się wszystko podziało? Gdzie to się wszystko, kurwa, podziało?”.

Zabrał to czas. Czterdzieści siedem długich lat. Właśnie tyle trwało ich małżeństwo. Czterdzieści siedem lat. A ona kiedyś miała dziewiętnaście lat i – mój Boże! – jaka była piękna. Była piękna… Przez ile? Dziesięć? Piętnaście z tych czterdziestu siedmiu lat? A teraz była ciałem, przeżartym przez raka, suchym, zakopanym w ziemi.

Staniek poczuł, że musi się ruszyć. Zdjął palto, przy pomocy długiej łyżki zsunął buty, na koniec odwiesił kaszkiet na ten sam haczyk co laskę. Wsunął stopy w wygodne, rozklapciane łapcie i poczłapał do kuchni, żeby umyć ręce. Zawsze mył ręce, kiedy wracał z dworu. Żona go tego nauczyła. Była pielęgniarką, mycie rąk było dla niej czymś w rodzaju skrzywienia zawodowego. Ile razy wołała do niego z dużego pokoju, gdzie siedziała na wersalce i rozwiązywała krzyżówki lub układała pasjansa: „Staniek, umyj ręce!”?

– Staniek, umyj ręce – powiedział cicho, zakręcając kurki. Chciał chyba sprawdzić, jak to teraz będzie brzmiało. A brzmiało dziwnie. Śmieszna rzecz, nie pamiętał, jak właściwie powinno brzmieć. Przecież słyszał to jeszcze tak niedawno… Co, trzy miesiące temu? Nie, przecież nawet wtedy, gdy była już w szpitalu, ciągle mu powtarzała: „Tylko pamiętaj, żebyś umył ręce, jak wrócisz. Wiesz, ile jest zarazków w szpitalu? Nie będziesz mi tego wszystkiego przynosił do domu”. To musiało być ze dwa, trzy tygodnie temu, zanim jej stan pogorszył się na tyle, że nie mogła mówić. Dwa tygodnie… a on już nie mógł sobie przypomnieć, jak brzmiał jej głos.

„Może to dlatego, że jest tak daleko?” – przyszło mu nagle go głowy. – „Może to przez całą tę ziemię? Ona musi całkiem wytłumiać wszystkie dźwięki”.

Przeszedł go dreszcz. W jego głowie pojawiła się kolejna nieracjonalna myśl: co by było, gdyby to coś, co jeszcze niedawno było jego żoną, a teraz leżało zakopane na bródnowskim cmentarzu w sektorze 40B… gdyby to coś naprawdę go zawołało?

Gwałtownie potrząsnął głową, jakby mógł w ten sposób wyrzucić z niej wszystkie bzdury. Był to wypróbowany, bezpieczny ruch, jak naciśnięcie przełącznika. Uruchomił mechanizm odruchów obronnych, rytuałów chroniących poczytalność.

Staniek zrobił sobie kanapkę z grubej pajdy chleba (dzięki reumatyzmowi nabrał gastronomicznego gestu), z dużą ilością masła i kiełbasą podwawelską. Zjadł ją, popijając zimną herbatą, która mu została w dzbanku ze śniadania. Od ostatnich trzech miesięcy zawsze pił zimną herbatę do kolacji. To się nazywało „przystosowanie”. Dzbanek był pomyślany na dwie osoby.

Kiedy zjadł, przebrał się w piżamę, połknął dwie tabletki melatoniny wraz z garścią innych leków i siadł przed telewizorem. Słuchał gadających głów przez niecałą godzinę, aż zaczął robić się senny. Wtedy zgasił telewizor, umył zęby, a wreszcie – położył się do łóżka.

Ale nie zasnął.

Leżał, wpatrując się w ciemność, a właściwie w złotawy miejski półmrok, słuchając bezustannego szumu pędzących Bóg wie gdzie samochodów. Coś dudniło gdzieś głęboko w jego wnętrzu i nie było to wcale serce. W jego głowie zaczęły lęgnąć się myśli: małe, ciemne, straszne. Po chwili uformowały się w pytanie: „Czy ja właściwie kochałem moją żonę?”.

Odpowiedź była jeszcze straszniejsza niż ono, bo przyszła bardzo szybko i miała w sobie coś definitywnego: „Nie. Już od bardzo dawna jej nie kochałem. Była wspaniałą kobietą, mądrą, godną szacunku… Była dobrym przyjacielem, ale nie kochałem jej od…”.

Od wiosny sześćdziesiątego siódmego, kiedy poznał Edytę? Nie, dłużej. W sześćdziesiątym piątym zdradził swoją żonę po raz pierwszy. Po raz pierwszy… to tak dramatycznie brzmi. Może nawet trochę romantycznie przy odpowiednim spojrzeniu – Don Juan de Stańko. Ale to nie było tak. Staniek nie lubił kobiet, a one nie lubiły jego. Zdradził swoją żonę dokładnie trzy razy w życiu, to znaczy: dokładnie trzy razy w życiu poszedł do łóżka z inną kobietą. Pierwszy raz w sześćdziesiątym piątym, a zrobił to, gdyż właśnie sobie uświadomił, że w ich małżeństwie już nie ma miłości. Nigdy nie miał, jak to się mówi, romansu. Raz wydawało mu się, że kocha inną, również Edytę. Trwało to trzy miesiące, nie zostało nigdy skonsumowane, a ostatecznie okazało się…

„Czym?” – zapytał Staniek samego siebie. – „Mrzonką? Rozpaczą siwiejącego łba i obwisającej powoli dupy?”.

Cienie zatańczyły na suficie nad jego głową. Gdzieś w oddali przejechał samochód.

„Kiedy słońce umrze, zostanie po nim dziura, w której będą hulały cienie” – pomyślał Staniek i zaraz zdziwił się, skąd mu takie pseudo-mickiewiczowskie myśli przychodzą.

Wtem jednak coś nowego wykluło się w jego głowie, coś dziwniejszego.

„To te cienie, to one mi tak szepczą same o sobie…”

Wzdrygnął się: „Sza, nie teraz, to nie jest dobra chwila…”

Ale było już za późno. Wspomnienia wypłynęły z odmętów jego pamięci.

Kiedy był dzieckiem, mieszkał z matką w kamienicy. Za oknem lśniły gazowe latarnie. Na szafach przycupnęły cienie…

„Sza, nie myśl o tym!”

Pan Lis krył się pod szafą (za dnia zmieniał się w maszynę do szycia). Na tej samej szafie siedziały dwie papugi, a każda miała po jednym oku (za dnia zmieniały się w wazony). Były tam też myszy, był Ferdynand Głowa, były maciupkie baletnice i Indianin. Ale nie tylko oni, gorsze stwory kryły się po kątach. Długoszyje zębacze siedziały na oknie, wykręcając ku niemu swe pokraczne głowy. Ponure Drzewo wychylało się zza stołu, a koło niego czuwała niezmiennie Bezgłowa Pajęczyca. Jednak najgorszy ze wszystkiego był…

„Sza!”

Staniek rozejrzał się niespokojnie po pokoju. Tutaj cienie były tym, czym za dnia: lampką, kwiatkiem, wazonem, figurką Marszałka, staromodnym piórnikiem… Tylko… tylko tam pod szafą… Nie, to przecież stara maszyna do pisania w skórzanym pokrowcu, to wyprofilowany uchwyt wystaje na bok, a nie…

Oklapnięte ucho Pana Lisa nagle drgnęło.

Staniek pomyślał: „Bzdura, zdaje ci się”, a jednocześnie: „Pewnie mu się coś przyśniło, tak tam leży w kłębek zwinięty i chrapie…”.

Wtem Pan Lis czujnie uniósł głowę.

Staniek poczuł, że jest z nim niedobrze, że po prostu mu już odpieprzyło. Ostatecznie w jego wieku… Wystarczyłoby, żeby mu jakieś naczynko pękło w mózgu i widziałby latające żaby. Postanowił się poruszyć, dotknąć swojej twarzy, przełknąć ślinę… ale coś podpowiedziało mu, żeby, na litość boską, w żadnym wypadku tego nie robił. „Sza! Ani drgnij!”

Pan Lis zaczął się cofać, kulić. Zdawało się, że coś zobaczył.

Staniek spojrzał w tym samym kierunku co on.

W pierwszym momencie wydało mu się, że przez szparę pod drzwiami wlewa się woda, jednak zaraz uświadomił sobie, że to czysty cień wpełza do pokoju, formując półokrągłą plamę.

– Wpuść mnie – powiedziało coś za drzwiami.

Staniek obrócił się gwałtownie twarzą do ściany, nakrył głowę ramionami i zaczął łkać.

2 thoughts on “Fragment I

  1. Skojarzenia (lubię widzieć każdy utwór jako część większej sieci) kolejno napływały mi do głowy takie:
    Marquez „Dialog Lustra”, Masterton „Anioł Jessicki” i na koniec „Coś na progu” Lovecrafta.
    Cienie są takim wdzięcznym tematem… Nigdy nie wiadomo w co się mogą przemienić. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s