Fragment II

Facet był martwy, Staniek wiedział to bez sprawdzania.

Spróbował ruszyć ciało, przygotowując się na to, że będzie dla niego za ciężkie. Okazało się jednak bardzo lekkie, jakby kości tego człowieka… Nie, jakby kości tego czegoś były puste w środku. Oczywiście nie były. Staniek nie mógł tego wiedzieć, ale rozciągnięte w korytarzyku ciało już wcześniej było na wpół martwe, objedzone z mięśni przez choroby, prochy i niedożywienie.

Mimo wszystko nie mógł go unieść, więc zaciągnął je do łazienki i jakoś wtoczył do brodzika, gdzie usadził je pod ścianą z lekko podkurczonymi nogami, opartymi o plastikową szybę kabiny, ułożonymi na nich ramionami i opuszczoną głową. Następnie ściągnął z niego ubranie.

Uporawszy się z tym, potoczył wzrokiem po wnętrzu pomieszczenia, zastanawiając się, jak je przygotować. Wywalił na korytarz matę pod nogi, ręczniki, kosz na pranie, śmietniczkę i wszystkie pierdółki do mycia. Potem wyszedł z mieszkania i po schodach ruszył w dół do windy.

Zatrzymał się po kilku stopniach. Zawrócił. Wziął klucze, zamknął mieszkanie i dopiero wtedy zszedł do windy i zjechał na parter. Poszedł do piwnicy. Nie miał klucza; nie trzymał go ze wszystkimi, tylko na oddzielnych kołku w przedpokoju. Wjechał z powrotem na górę. Otworzył mieszkanie. Wziął klucz od piwnicy. Zszedł do windy. Wrócił się. Zamknął mieszkanie. Po raz n-ty zszedł do windy i wreszcie zjechał na dół, wszedł do piwnicy i wziął stamtąd sporą płachtę folii malarskiej, która mu została z ostatniego remontu, a także piłę, siekierę oraz ostrzałkę do noży.

– Matko Bosko, panie Stasiu, gdzie pan niesiesz tyle gratów?!

Przy windach stała pani Żołądek. Przyglądała się obładowanemu Stańkowi co najmniej jakby niósł ze sobą naręcze ruskich karabinów.

„Ciekawe, czy po mordercach aż tak wszystko widać?” – pomyślał przelotnie Staniek. Na głos odpowiedział:

– Suszarka mi się w łazience urwała. Cały kawał tynku odleciał. Byłaby pani łaskawa wcisnąć przycisk?

Dozorczyni chętnie spełniła prośbę i trajkotała dalej. Wyraz szoku błyskawicznie zniknął z jej oczu.

– No Matko Bosko, i pan to będziesz tak sam naprawiał? Nie lepiej jakiegoś specjalistę nająć? Przecież pan będziesz musiał wliźć na jakiś stołek. Jeszcze, tfu – nie daj Boże! – się pan spadniesz i połamiesz.

– Da pani spokój, pani Wiesiu, nic mi nie będzie.

– O, chłopy, chłopy! Z wami to tak zawsze. A tego pana Rybaka spod osiemnastki pan pamiętasz? Co to nie chciał, żeby mu łazienkę przerabiali, bo niby wcale jeszcze nie taki stary? A jak się w wannie rymsnął, to tyle go biedaka było.

– Może i tak, ale co robić, pani Wiesiu? Człowiek musi coś robić, bo jak się raz położy, to już potem nie wstanie.

– A to też słuszna racja, panie kochany, ale tak samemu? W pańskim wieku? („Przyganiał kocioł garnkowi” – pomyślał Staniek). A zięć pański? Takie chłopisko! Nie lepiej, żeby przyjechał i panu pomógł?

– A gdzie tam go będę ciągał. Zapracowany chłopak. To nic takiego, pani się nie martwi.

W tym momencie, ku wielkiej uldze Stańka, nadjechała winda. Wszedł do niej czym prędzej, mówiąc:

– No nic, trzeba jechać…

Jednak pani Żołądek nie dała się tak łatwo zbyć. Zatrzymała drzwi od windy.

– To może chociaż pojadę z panem. Jak by pan spadł, będzie komu karetkę wezwać – zaproponowała radośnie.

– Nie, dziękuję – odparł Staniek nieco ostrzej, niż zamierzał, i wdusił przycisk zamykania drzwi. – Pani puści!

Niknąca w szparze twarz dozorczyni wydała się oburzona, ale mało go to obchodziło. Miał ważniejsze rzeczy do roboty.

Gdy tylko wrócił do mieszkania, zaniósł wszystkie graty do łazienki. Folię starannie rozłożył na podłodze. Następnie wziął z kuchni największy nóż, jaki miał, i zaczął go ostrzyć. Przerwał po kilku minutach. Zaniósł do łazienki jeszcze rolkę worków na śmieci, rękawice robocze, butelkę denaturatu oraz pudełko zapałek. Potem wrócił do ostrzenia.

Kiedy był już zadowolony z efektów swej pracy, wlazł niezgrabnie do brodzika i przeciął gardło leżącego tam ciała. Gęsta, trupia krew zaczęła się sączyć z rany, ale o wiele za wolno, więc rozciął jeszcze nadgarstki, a po namyśle także pachy i pachwiny. Nie znał się na oprawianiu tusz, lecz na jego oko wyglądało na to, że tyle wystarczy. Odkręcił wodę, żeby od razu spłukiwała krew, a potem wylazł na folię.

Popatrzył po sobie. Był zadziwiająco czysty: ani jedna kropla czerwonej posoki nie zabrudziła mu koszuli. Nawet dłonie miał nieskalane. Tylko ślady na nożu świadczyły o tym, co przed chwilą zrobił.

Po mniej więcej godzinie postanowił przejść do następnego punktu programu. Tym razem nie łudził się, że pójdzie tak gładko i czysto, więc rozebrał się do naga. Tak przygotowany wyciągnął ciało z brodzika na folię. Sięgnął po piłę.

Odcięcie nóg i podzielenie ich na połowy zajęło mu kilka godzin. Co gorsza musiał pracować na klęczkach, więc czuł się tak, jakby to własne stawy kolanowe rozwalał siekierką. Nie mógł też robić zbyt wiele hałasu, żeby nie zwrócić uwagi sąsiadów, a cichsze rozwiązania z reguły są bardziej długotrwałe. Zwłaszcza jeśli ma się do czynienia z wyjątkowo zawziętym ścięgnem.

Gdy skończył, zapakował posztukowane kończyny do worka na śmieci. Chciał je wynieść do kuchni, lecz nie miał siły wstać. Oparł się o ścianę i zemdlał.

Po jakimś czasie ocucił go smród surowego mięsa. Ból wypełniał całe jego ciało, oblepiał go wraz z cuchnącym, gęstym potem i resztkami zaschniętej krwi. Przez chwilę był gotów uwierzyć, że sam umarł i jest w piekle, ale to byłoby zbyt piękne. W rzeczywistości czekała go jeszcze praca. Zwlókł się z podłogi, wywołując eksplozje bólu we wszystkich stawach. Podniósł pierwszy zapakowany worek, zawiązał go starannie i włożył do lodówki. Potem wrócił do łazienki i wziął się za odpiłowywanie ramion.

Z tym poradził sobie nieco szybciej, mimo że po drodze dwa razy zemdlał. W następnej kolejności odpiłował głowę. Ramiona i głowę zapakował w dwa oddzielne worki: pierwszy włożył do lodówki, drugi do zamrażalnika.

Teraz czekała go najtrudniejsza część: korpus. Poczuł jednak, że musi chwilę odpocząć, zanim się za niego weźmie. Żeby uwolnić się od oparów rzeźni, wyszedł do korytarzyka. Tam dopadł go kilkugodzinny, nieprzynoszący wytchnienia sen.

Kiedy się ocknął, była już noc. Zapalił światło, zwymiotował do kibla i wrócił do roboty.

Okaleczony korpus wpakował z powrotem do brodzika. Jamę brzuszną rozciął przy pomocy tego samego noża, którego użył do wykrwawiania, ale wnętrzności musiał wyciąć siekierką. Zapakował je do kolejnego worka i wepchnął do zamrażalnika. Resztę torsu przepiłował na cztery duże kawały, które zajęły ostatnie wolne półki w lodówce.

One thought on “Fragment II

  1. Konkretne. Mam sentyment do konkretnych opisów w tym temacie. Może dlatego, że liryka pozbawia mnie tej możliwości? A przynajmniej spłycałaby ją. Proza daje zdecydowanie większe opcje na tym polu. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s