Fragment

Podłoga pod jego stopami była chłodna. Klęknął i sięgnął pod koję, aby wydobyć stamtąd flarę. Wziął ją do ręki i odczekał chwilę. Zamknął oczy i dopiero wtedy zapalił. Jasny blask przesączył się przez powieki, tworząc zielonkawe widmo. Skrzywił się i niechętnie otworzył oczy.

Jego kajuta była szarozielonkawa, jakby dziwaczne światło flary wraz z ciemnością wessało wszystkie kolory. W nim otoczenie wyglądało obco. Meble były dłuższe, mógłby też przysiąc, że pomieszczenie jest jakby trochę większe.

Przeszedł do niewielkiej kabiny odświeżającej. Odkręcił wodę i oparł się o zlew, słuchając szumu. Potem odłożył flarę i nabrał trochę wody w dłonie. Zwilżył czoło, lecz gdy opuścił ręce ku policzkom, z zaskoczeniem natrafił na szorstki zarost. Popatrzył w lustro. Jego policzki pokrywała gęsta płowa broda.

Cofnął się powoli od lustra i oparł plecami o chłodną ścianę. Popatrzył na swoje dłonie, potem ponownie na tego niewysokiego człowieka z brodą i długimi włosami, który stał przed nim.

– Ionas… – szepnął.

Przełknął powoli. Wytoczył się z kabiny, czując lekki zawrót głowy, potem wyszedł z kajuty i wziął głęboki oddech. Powietrze pachniało obco. Wokół panowała cisza. Zajrzał do sąsiednich kajut, ale nikogo tam nie było – ani Breny, ani Iuliusa.

Stanął na korytarzu, oparty o ścianę i wsłuchany w ciche życie stacji.

– „Gdzie ja jestem?” – zapytał się w duchu.

Czuł, że po jego plecach pełznie powoli zimny strach. Wzdrygnął się.

– „To nie ja” – powiedział do siebie. – „Gdzie oni wszyscy są… Iulius… Brena… i Kris? To nie ja… To nie jest wszystko we mnie. Nie wymyśliłem… Mój Boże. Ta cisza. Czemu tu jest tak cicho? Cicho… Mój Boże. Gdzie wszyscy są? Gdzie ja jestem? Czy ta stacja… To ta stacja? Nie wymyśliłem tego wszystkiego, nie mogłem. Świat… świat to nie wszystko, to nie ja. Jest coś, musi być.”

Odbił się od ściany i błędnym krokiem ruszył w dół korytarza. Nogi niosły go przez zielonoszarą pustkę kolejnych pomieszczeń: sala za salą, korytarz, drzwi, korytarz. Pustka. I cisza pełna jego oddechu, jego kroków, szurnięć jego kombinezonu. Echo.

Potknął się i upadł.

Poczuł drżenie. Przeszło przez podłogę, wmieszało się w rytm jego oddechu, wlało w niego. Drżał cały, a wszystko drżało wokół niego. I nagle poczuł pustkę jeszcze głębszą, jakby zimna ręka dotknęła go przez obłok pary. Ogarnęło go przekonanie, że tam dalej, poza nim, poza cienką błoną stali, nie ma już nic.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s