Zapowiedzianki

Wiosna to taka optymistyczna pora roku. Ludzie książki piszą, wydają płyty, nagrywają nowe single. Dobrze jeszcze tylko, żebyście wy, Drodzy Czytelnicy/Słuchacze, o tym usłyszeli. Dla tego przygotowałem trzy niespodzianki-polecanki-zapowiedzianki: dwie umiarkowanie stronnicze i jedną otwarcie samolubną.

femme fataleZacznijmy od zapowiedzianki stronniczej numer jeden. Kazek Kyrcz popełnił był świeżuśki zbiór opowiadań, któren to ujrzy światło dnia już wcale niedługo, bo najprawdopodobniej 24 kwietnia. Zwie się zbiór ów „Femme fatale”, a wydawca przedstawia go następująco:

Znajdziecie tu piętnaście barwnych historii, w których groza często miesza się z groteską, a bywa, że i z czystą, rozbrajającą komedią. Do tego, przy całej tematycznej różnorodności tekstów, nie mamy tu do czynienia z jakąś bezładną zbieraniną, ale z dobrze przemyślaną układanką, która po uzupełnieniu ostatniej luki, ukazuje nam fascynujący obraz współczesnego świata.

Kazka prawdopodobnie żadnemu fanowi grozy przedstawiać nie trzeba, na pewno czytaliście jego poprzednie książki, widzieliście go na konwentach etc. Jeśli chodzi o jego prozę, to mam do niej duże zaufanie, bo nieraz już pokazał, że potrafi i postraszyć, i ponabijać się, i – jeśli zajdzie potrzeba – (z przeproszeniem) pierdolnąć między oczy. Po „Femme fatale” sięgnę i, kto wie, może nawet podzielę się tutaj wrażeniami z lektury.

Zapowiedzianka stronnicza numer dwa to coś z zupełnie innej bajki, chociaż również wiąże się nazwiskiem pewnego pismaka i okazjonalnego grozaika – Marcina Rusnaka. Tak się składa, że Marcin daje czadu (jak to mawiają bohaterowie słabo przetłumaczonych powieści Kinga) w rockowej kapeli o klimatycznej nazwie Scarecrow. Strachy na wróble w ostatnim czasie podzieliły się ze światem EP-ką.

„Cztery” to dwadzieścia minut solidnego grania wzbogaconego nietuzinkowymi tekstami. Jeśli chowacie gdzieś na dnie szafy przetarte na kolanach dżinsy i bundeswery z naszywkami AC/DC, Lynyrd Skynyrd, Thin Lizzy itp., to ta muzyka została stworzona dla Was.

Na zakończenie zapowiedzianka samolubna, egoistyczna, automamoniczna i w ogóle nieelegancka. No bo ja i Radek Dubisz (czyli zespół GeaR) też coś nagraliśmy. I nieśmiało zapraszamy do posłuchania.

O kolekcjonowaniu typów ludzkich

pisarzPisarz to ponure indywiduum o fizjonomii grabarza, które dnie całe przepędza na podglądaniu, szczególne znajdując upodobanie w tropieniu wariatów. Krotochwilom takim oddaje się z uporem, jak zwykło się mawiać, godnym lepszej sprawy. Jeśli kto nie zasłoni wieczorem okien, pisarz wnet spoziera mu do kuchni, a i na zasłonkach nieraz ogląda teatrzyk cieni. Udając, że przegląda gazetę, w miejscach publicznych przysłuchiwa się rozmowom. W toalecie kryje się nie za fizjologiczną potrzebą, ale dla rejestrowania ekstraordynaryjnych kloacznych odgłosów. Wreszcie, w autobusach i tramwajach, ogluje ładne dziewczęta, mimo iż żonaty, bo wszak „kolekcjonuje typy”, a czymże by była literatura bez heroin?

Ale czemuż on to robi? Czy jest to jakiś perwerta (znaczy się zboczeniec)? Bez wątpienia, choć nie erotycznej natury.

Mógłby ktoś pomyśleć, że podglądactwo pisarza ma cel kronikarski, że dokumentuje on nieskończenie różnorodną rzeczywistość i próbuje (niczym jakowyś kosmiczny Syzyf) zatrzymać upływ czasu, powstrzymać niekończącą się degradację tkanek, przenosząc istotę materii podglądanej w przestrzeń idei. A gdzież tam! Łotr ów szuka jedynie pożywki dla niezaspokojonej swej fantazji, by móc potem oddawać się plotkarstwu najparszywszej odmiany i uprawiać potwarz tudzież donosicielstwo. Weźmy taki przykład: autobus, godziny szczytu, on stary, ona młoda, trzymają się za ręce. Cóż to za awantura? Ano, gadają (kto gada do rzeczy nie należy), że stary otruł żonę, dzieweczka zaś (zdałoby się, wcielenie anielskiej niewinności), w istocie miała cielesne stosunki z własnym ojcem, co stało się źródłem poważnego kompleksu na tle erotycznym. I co z tego będzie? Ano morderstwo, jak nic kolejne morderstwo!

Tak to pisarz przekształca otaczającą go rzeczywistość dla pofolgowania nieprzystojnym ciągotom. A przynajmniej zwykł to czynić – drzewiej, w lepszych czasach. Bo dziś, cóż, internet, panie, literat za komputerem siedzi, na Fejsbuku grzebie, a tam, wiadomo,  nieprawda, wszystko nieprawda, fikcja najczystszej próby i plotki tak wstrętne, że inszych tworzyć nie ma po co. Można myśleć: kryzys, pisarz redundantny. W żadnym razie. Dla zboczeńców zawsze znajdzie się miejsce.

Niemniej trzeba iść z duchem czasu. Ongiś, gdy udawał się pisarz, dajmy na to, do sklepu, każdy przechodzień był mu ofiarą: co jeden to oryginał. Teraz na ulicach prawie już patrzeć nie ma na co, bo człowiek do człowieka podobny jak do ciastka ciastko. Nosów wstrętnych ubywa z każdym dniem, wariaci siedzą grzecznie w przytułkach, co drugi zdrowo się odżywia, co trzeci uprawia jogę… I jak tu zmyślać utopie! Niby tam gdzieś jakaś wojna, niby ktoś kogoś maczetą zarąbał, lecz skąd to wszystko wiadomo? Przecież z Fejsbuka, a tam, ustaliliśmy, bezustanne blagierstwo. Cóż zatem pozostaje? Ano nic tylko się przystosować, przekręcić północ ku południowi, plus ku minusowi, bieg literackich fluidów odwrócić i tworzyć rzeczywistość. Tak, tak, mili Państwo, niech rzeczywistość tkwi nam teraz wewnątrz literata, a świat niech podgląda, przeinacza, obraca prawdę w plotkę. Zaraz w zakładach chirurgii plastycznej posypią się zamówienia na nosy w typie bokserskim, małe biusta, usta wąskie, zaraz ludzie zaczną sobie paluchy u stóp wyłamywać, aby móc się pochwalić chodem cudaczym, zaraz przestaniemy gadać do siebie, udając, że korzystamy z zestawów głośno mówiących, a zaczniemy gadać do zestawów głośno mówiących, udając, że gadamy do siebie.

Tak będzie! Taka właśnie nowa rola pisarzy! Inaczej być nie może…

Muzyka sfer

10410777_766075333469530_7939364293059229451_nJakiś czas temu opowiadałem Wam o tym, że do moich licznych planów na rok 2015 należy rozkręcenie projektu związanego z muzyką elektroniczną w klimatach s-f. No i stało się, wyszliśmy z mroku. Jest nas dwóch, nazywamy się GeaR i spędzamy dnie na wsłuchiwaniu się w dźwięczenie ciał niebieskich.

Jeśli zajrzycie na nasz profil na FB (do czego zachęcam), to znajdziecie tam następujący manifest:

Pitagoras twierdził, że muzyka jest spoiwem kosmosu. Celem GeaR jest przetworzenie tego spoiwa na elektroniczne brzmienia.

Jeśli wierzyć greckiemu filozofowi, odległe nebule, umarłe gwiazdy, pulsary i nieprzebrane roje planet bezustannie dźwięczą w tajemnicznej harmonii wszechrzeczy. Jako ludzie wychowani na literaturze i kinie s-f, na Lemie, Strugackich, Asimovie i Clarku, myślami często błądzimy po odległych zakątkach wszechświata, trawersujemy rakietowe szlaki, marzymy o obcych światach i nieodkrytych cywilizacjach: czasem zapierających dech w piersi, a czasem przerażających. Chcielibyśmy podzielić się z Wami dźwiękowymi obrazkami z tych podróży, stworzyć coś, przy czym dobrze będzie wam się czytało, grało w RPG albo po prostu dumało o tym, co leży poza ostatnią granicą.

Ja i Radek (GiR, hehe) na co dzień pokazujemy światu ponure gęby, ale w głębi ducha, jak być może domyślacie się po powyższym opisie, jesteśmy marzycielami. Bezdeń kosmosu, choć czasem straszna, ma w sobie też coś romantycznego. Jeśli odczuwacie czasem jej magnetyczne oddziaływanie, to zachęcam do przesłuchania naszej playlisty z SoundClouda. Słuchajcie i piszcie, co myślicie!

Przy okazji chciałbym Wam też pokrótce opowiedzieć, co zadecydowało o tym, że postanowiłem się w taki projekt zaangażować.

Ktoś kiedyś powiedział, że tam, gdzie nie sięgają słowa, zaczyna się muzyka. I tak chyba właśnie jest ze mną. Gdy burzą się we mnie jady, piszę i to przynosi ulgę. Odganiam demony. Ale czasem to zwyczajnie za mało. Literacki świateczek też ma swoje szatany; kiedy ostatnie słowa zostaną powierzone pamięci komputera, rzeczywistość o sobie przypomina, zaczynają się poprawki, negocjacje z wydawcami itd. Muszę mieć dodatkowy wentyl bezpieczeństwa. Niegdyś go miałem w postaci studenckiej kapeli rockowej i teraz poczułem, że znów potrzebne mi jest coś takiego.

Druga sprawa to to, że świat cierpi na chroniczny niedobór piękna. Miniony rok przeżuł mnie i zmaltretował tak, że odczułem to silniej niż kiedykolwiek. Dom i praca, praca-dom, w domu znaczki. No i kasa. Całe szczęście rzuciłem już tłumaczenia ekonomiczno-finansowe, bo mamoniczny grzyb w końcu przeżarłby mi mózg. Sztuka jest nam potrzebna jak powietrze, jeśli nie bardziej. Sztuka w każdej postaci – popsztuka nie jest w niczym gorsza od, ekhem, sztuki wysokiej. Stąd ta gwałtowna potrzeba, żeby grać. Grać i pisać, pić wino i opychać się dobrym żarciem – oto mój plan na najbliższy rok.

Zagłodzona polszczyzna

Durer, Syn marnotrawnyLubię literaturę zagraniczną, szczególnie brytyjską. Często po nią sięgam. A kiedy czytam, podstępne słówka i zwroty lęgną mi się w głowie. Jak parazyty. Powolutku, pomalutku przetwarzają kod zaimplantowany przed laty przez dobrą matulę. Potem siadam, próbuję pisać i co się okazuje? Do komputera ścieka polszczyzna chuda, zabiedzona, bez fantazji. Poglisz to to może jeszcze nie jest, ale coś jednak nie gra.

Rzecz jasna, język to żywe bydlę, musi ewoluować. Jak nie ma co żreć, to kombinuje. Przed pewnymi rzeczami nie uciekniemy, walki o czystość języka i rasy promować nie zamierzam. Zresztą angielski (główny winowajca w całej sprawie) jest piękny i bliski memu sercu, więc złego słowa pod jego adresem także nie powiem. Niemniej mam wrażenie, że momentami na zbyt wiele tej takiej owakiej ewolucji pozwalamy. Daliśmy jej, między innymi, zapędzić się w kozi róg i niewolę tłumaczeń.

Książek zagranicznych na księgarnianych półkach jest zatrzęsienie – chyba nikogo nie trzeba o tym przekonywać. A tłumacze, niestety, bywają różni. Część z nich można śmiało nazwać pisarzami (nawet jeśli nie popełnili w życiu ani jednego autorskiego tekstu). Część to amatorzy, których wypociny stanowią obrazę dla sztuki i dobrego smaku. Jednak najbardziej niebezpieczni są porządni fachowcy. Ci, którzy dostarczają… ekhem… solidny produkt. To podlece wabiące młodych pismaków na manowce, karmiące ich polszczyznę czipsami, frytkami i inszym smakowitym papierem pozbawionym wartości odżywczych. A najgorsze jest to, że nie sposób ich nienawidzić, bo frytki, cholera, każdy lubi.

Tym sposobem dochodzimy do paradoksu, który Anglosasi ujęli trafnym powiedzonkiem „mieć ciastko i zjeść ciastko”. Czytać zagraniczną literaturę chcemy i to nie zawsze w oryginale. Z drugiej strony, to nie ona powinna kształtować nasze pismacze umiejętności. Dlaczego? Ano dlatego, że solidne produkty zazwyczaj bazują na sprawdzonych rozwiązaniach, które są zwyczajnie nudne. Ktoś kiedyś powiedział mi, że jeśli chciałbym napisać „ostry jak brzytwa”, to już lepiej żebym napisał „ostry jak sraczka”. Coś jest na rzeczy. Chciałbym myśleć, że w jakimś stopniu władamy ewolucją języka, że jesteśmy w stanie pchnąć go poza taką czy inną granicę, a nie tylko dryfujemy uczepieni jego wyleniałego ogona.

Ale wróćmy do ciastka. Chcielibyśmy opychać się niezdrowymi świństwami, a mimo to trzymać linię. Jak to zrobić? Zalecam od czasu do czasu przejść na dietę. Sam ostatnio kurowałem się koktajlami z Prusa. Do tego jeszcze niezbędne są ćwiczenia, np. myślenie o sraczce przy każdym opisie kła, pazura, noża, miecza etc.

Polszczyzna jest piękna i elastyczna. Gdy trzeba, potrafi być rubaszna albo dosadna. Kiedy indziej czaruje subtelnością, melodyką. Okazjonalny post jej nie zabije, ale bardzo nie chciałbym biedactwa zagłodzić.

Dalej od ognia

P1020086Mam ambiwalentny stosunek do cywilizacji. Z jednej strony dorastałem w blasku świateł, kołysany do snu zaśpiewem tramwajów gnających po szynach prowadzących Bóg wie dokąd. Z drugiej — nieraz odbieram miasto jako opresyjne. Gdzie się nie ruszę, ściga mnie internet, satelity gapią się natrętnie z orbity, w pracy pełzają wokół mnie kable, w autobusach prą na mnie gęby. Nic tylko wyć!, uciekać!

Więc uciekam.

Ostatnio — do Puszczy Białowieskiej. Kryje się w tych lasach jakaś moc, drzewa tamtejsze zdają się, jak pisał Tolkien, zenciałe. A może to zdrzewiali entowie? Człowieczkowie z kolei, silniej niż gdzie indziej, emanują tymczasowością, jakby przycupnęli tam tylko na chwilkę; przegnańcy, tułacze. Oczywiście świadom jestem, że mitologizuję, lecz gdzie mit, tam moc. Silne muszą być puszczańskie bogi, jeśli, mimo tego iż mordujemy ich od wieków, wciąż jeszcze potrafią oddziaływać na maluczkich takich jak ja.

Niestety, przed cywilizacją trudno uciec. Bo cóż robiłem w Puszczy? Polowałem na żubry. Z aparatem, ma się rozumieć. Przewodnik zabrał mnie na polanę, na której pobudowaliśmy ordynarne paśniki dla tych majestatycznych bestii. I żarły tam one nasze ludzkie siano, niespecjalnie wiele robiąc sobie z mej obecności, dopóki nie podlazłem za blisko. A zatem dzikość ugłaskana, wygodna, jeśli nie liczyć potrzeby zerwania się rańcem — o godzinie, o której większość z nas rusza do pracy.

Niemniej przeżycie samo w sobie było dla mnie, mieszczucha, ekscytujące. I ile energii mogłem przejąć od króla-pozoranta (ile w nim jej jeszcze zostało z czasów demonicznych), tyle przejąłem. Oczyściłem się.

Obok tego oddawałem się rozrywkom bardziej przyziemnym i podnietom zgoła niemistycznym. Grałem w gry planszowe, spałem, jadłem nieprzyzwoicie duże ilości nieprzyzwoicie tłustego jedzenia, spędzałem czas ze znajomymi. Skorzystam zresztą z okazji i przyzwę tu postać jednego, a właściwie jednej, z nich, a mianowicie Pauliny Król, zapalonej promotorki literackiego horroru i pisarki (koniecznie odwiedźcie jej BLOG), którą wreszcie miałem okazję poznać niewirtualnie. Przy kawie, gdy za oknem zamieć, mieliśmy okazję… ekhem… omówić ważne sprawy rozmaitych osób z naszego grozoidalnego wszechświatka. A poza tym pogadać o planach, o magii Puszczy, o książkach, o filmach. Fajnie było i z tego miejsca ślę Ci, Paulino, cyberpozdrowienia.

Gdy kilka krótkich dni urlopu minęło, przyszło mi wracać. A cóż cywilizacja i człowieczkowie? Ano wyszczerzyli się radośnie i przypomnieli, na co ich stać. Moja podróż zakończyła się epizodem ze skurwysynem, który rąbnął na drodze sarnę (nie w Puszczy, tylko jakieś 50 km od Warszawy) i nawet się nie zatrzymał, żeby sprawdzić, czy przeżyła. Przeżyła, choć nie wiem jak długo. Mam nadzieję, że policjanci, których wraz ze znajomymi wezwaliśmy na miejsce zdarzenia, faktycznie sprowadzili kogoś kompetentnego, kto się zwierzakiem zajął albo chociaż ujął mu cierpień. Jednak biorąc pod uwagę, że jeden z nich świecił centralnie na sarnę, ale nie był w stanie jej wypatrzyć, dopóki mu paluchem nie pokazaliśmy, trudno mi zachować optymizm.

Co się robi pod koniec roku…

Don_Quixote_10Nadszedł czas, w którym tradycyjnie podsumowujemy rok miniony tudzież plany czynimy na rok nadchodzący. Jeśli chodzi o mnie, do podsumowywania jest niewiele, a plany to takie splątane nieszczęście, że nie wiada, jak się za to zabrać. Niemniej popróbuję.

Na początek, co łatwo prześledzić, wyraźnie zaniedbałem ten zakątek cyberprzestrzeni, który właśnie odwiedzasz, Miły Czytelniku. Ja z natury mało jestem wylewny, stąd może to wieczne przekładanie nowych wpisów „na jutro”. Albo zagiąłem czasoprzestrzeń i właśnie minęło półroczne dziś (tzn. wczoraj) i wreszcie do owego jutra dotarłem. Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.

Tak czy siak, skoro już piszę, a nawet powziąłem zamysł, coby spisać dzieje me z kończącego się właśnie roku, popatrzmy, co też się wydarzyło.

W ogólnym rozrachunku minione dwanaście miesięcy przyniosło mi kilka poważnych zawodów, zmęczyło mnie, wytarmosiło za uszy. Przybyło mi dłużników (co pewnie lepsze jest, niż gdyby przybyło mi długów), zmieniłem pracę, naużerałem się z wydawcami. Było też kilka lepszych momentów. Moje opowiadania pokazały się w trzech antologiach, zawitałem na kilku konwentach, zaklepałem sobie miejsce na przyszły rok w Nowej Fantastyce, a także w kilku zbiorkach, które dopiero powstają. Nie zmienia to jednak faktu, że pod wieloma względami znalazłem się na rozdrożach.

Od jakiegoś czasu narasta we mnie jakiś niepokój i niezadowolenie z tego języka, którym gadam poprzez większość moich tekstów. Stąd chaotyczne i gorączkowe poszukiwania nowej przestrzeni, nowych słów, min i grymasów, w których mógłbym się odnaleźć. Dręczy mnie tęsknota za teatrem i muzyką. Plany, żeby zrobić coś z tym pierwszym, jak dotąd nie wypaliły. Co do tego drugiego, to wraz z moim przyjacielem Radkiem Dubiszem zacząłem rozkręcać projekt, który ma na celu połączenie naszej wspólnej fascynacji muzyką elektroniczną (myśl Vangelis, Jean-Michel Jarre itp.) i literaturą science-fiction. Pierwsze efekty już słychać i dotąd jesteśmy zadowoleni, więc po Nowym Roku pewnie ruszymy z tym na poważnie (nasz profil na SoundCloudzie).

Jeśli chodzi o pismactwo, to nagle, i zgoła niespodziewanie, popadłem w okołosteamowe klimaty, targając za sobą bagaż umiłowania do makabry i grozy, rzecz jasna, lecz także odnajdując niemałą radość w snuciu intryg kryminalnych. Być może niedługo przedstawię Wam dwóch detektywów, którzy w ludziach szukają resztek człowieczeństwa, a w rynsztokach sprawiedliwości, ale na razie sza!

Planów powieściowych nie mam, choć pomysły, a i owszem. Jednak moje dwie ostatnie książki wciąż czekają na werdykt wydawców, więc nie spieszno mi zaczynać coś nowego. Tym bardziej, że nie bardzo wiem, w jakim kierunku się zwrócić, czy ciągnąć coś starego, czy szukać czegoś nowego.

Mówiąc krótko, mam za sobą wredny, przejściowy rok, rok czekania, w którym nic nie poszło do końca tak, jak to sobie założyłem. Cóż, tak bywa. Wierzę, że w nadchodzących miesiącach coś się wyklaruje. I, jak zwykle, gdy coś mi się nie udaje, czuję się podekscytowany, bo porażka oznacza, że będę mógł zacząć coś nowego. To się nazywa kompleks Don Kichota.

Reklama

Dziś będzie krótko, węzłowato i materialistycznie. Dwie antologie, które zapowiadałem jakiś czas temu, można już nabyć (drogą kupna, bo jakżeby inaczej), do czego też z całego serca Was zachęcam.

Zacznijmy może od przedwczorajszej premiery, czyli „Księgi Wampirów”, którą można dorwać TUTAJ. Poniżej opis z okładki:

236389-352x500Tęsknisz za bezwzględnymi bestiami lub arystokratycznymi, lecz bezlitosnymi krwiopijcami? Pragniesz prawdziwej, gęstej i pachnącej człowiekiem krwi? Masz dość brokatowej popkulturowej papki?

Wampir – to kiedyś brzmiało dumnie. Przywróćmy sens temu słowu i niech na nowo króluje bezpretensjonalna przemoc!

„Księga Wampirów” zabierze Cię na szaloną przejażdżkę przez najciekawsze wampirze historie – retro, high-end, postapo, klasyka czy satyra. Spotkasz tutaj zarówno wampiry uzbrojone w kły i pazury, jak i energetycznych cwaniaków. Wszystkie na równi prawdziwe i niebezpieczne.

Dwudziestu zbuntowanych przeciwko dziwnym trendom autorów postanowiło na nowo zdefiniować obraz wampira. To już nie jest zakochany nastolatek…

Dołącz do szeregu albo chwytaj za krzyż i walcz! To nowa epoka. Krwawa i NASZA.

W antologii tej znalazło się moje opowiadanie Wampir. Tytuł mało zaskakujący, ale treść, mam nadzieję, już nieco bardziej, gdyż postanowiłem temat wampiryzmu wykorzystać w konwencji z jednej strony lekko sf-owej, a z drugiej troszeczkę kryminalnej, próbując przy tym wydobyć najmroczniejsze i najbardziej pierwotne elementy historii o demonicznych krwiopijcach.

Teraz weźmy na warsztat „Toystories”, zbiorek wydany przez młodziutkie wydawnictwo Morpho. Premiera miała miejsce w ostatnią sobotę. Książkę można znaleźć TUTAJ.

1545623_1458828714344953_1784380529_nAntologia „Toystories” to kompilacja intrygujących opowiadań zarówno pisarzy ze sporym dorobkiem literackim, jak i debiutantów, a utwory w niej zawarte ujmują świeżością pomysłów, wprawnym warsztatem oraz zaskakującymi twistami fabuły. Ten zbiór dowodzi, że bez względu na wiek można się świetnie bawić czytając o zabawkach. Również o tych, których nie chcielibyśmy spotkać w dziecięcych pokojach. – Stefan Darda

Każde z nas kiedyś bawiło się zabawkami… A co by się stało, gdyby zabawki postanowiły pobawić się nami, ludźmi? Czy wówczas także uważalibyśmy to za zabawne? Czy byłby to powód do radości? Wątpię. Takim powodem jest natomiast „Toystories” – zbiór świetnych opowiadań, które pobudzają wyobraźnię i pozostają w pamięci na długo po zakończeniu lektury. – Kazimierz Kyrcz Jr

W tym zbiorku znalazło się z kolei moje opowiadanie Arte factum. Co ciekawe, jest ono związane z Wampirem, gdyż występuje tu ten sam bohater, cyniczny najemnik imieniem Sewerus. Jeśli kogoś to interesuje, o jego innych przygodach można też poczytać w opowiadaniach Synowie Kaina i Angelwing, które trafiły do mojego darmowego zbiorku „Sen, brat śmierci” (do pobrania TUTAJ). Arte Factum jest dość długim tekstem, mój kolega Julek Wojciechowicz (również zaangażowany w projekt „Toystories”) śmiał się, że to praktycznie mikropowieść. Ale dzięki temu miałem szansę pokazać spory kawałek świata, który w mojej głowie dojrzewa już od paru lat, a także opowiedzieć trochę więcej o samym Sewerusie, nadać jego przeszłości bardziej namacalną formę.

Mam nadzieję, że i Wy zechcecie się z nim zapoznać. Jest brzydki, zgorzkniały, bywa okrutny, absolutnie nie pozostaje w zgodzie ze swoim wewnętrznym dzieckiem, lecz myślę, że w jego towarzystwie nie będziecie się nudzić.