Święto strachów

image

Jack przyszedł wieczorem. Uśmiechnął się do mnie. Dziś święto strachów, powiedział. Zmówiłeś paciorek?

Reklamy

Niezbędnik kulturalny steampunkowego kryminalisty

Tytułem wstępu: podczas tegorocznych Dni Fantastyki we Wrocławiu [EDIT: a także podczas Jagaconu w Suchedniowie] miałem przyjemność wygłosić prelekcję poświęconą pisaniu steampunkowych kryminałów. Niestety, jak to często bywa, gdy umysł nieprzywykły do przestrzegania jakiejkolwiek metody czy porządku, zbrakło mi czasu, by powiedzieć wszystko, com zamierzył. Wobec przemożnych ciągot do gadania o wypruwaniu wnętrzności, rozszarpywaniu wątpi i ścinaniu głów nie poświęciłem zbyt wiele czasu książkom i serialom, które mogą pomóc gorliwemu kryminaliście wczuć się w ducha epoki pary. Niniejszym pragnę zadośćuczynić za to uchybienie.

Książki

Zacznijmy po starszeństwie, a zatem od książek. Od razu zaznaczam, że nie będą to utwory steampunkowe; wszak rzecz tkwi w tym, aby do steampunku (który jest stanem ducha bardziej niż konwencją literacką) dojść samemu, własną drogą. Sensowne wydaje się w związku z tym wskazanie startu, a nie mety.

Dan Simmons, „Drood”

droodO czym jest „Drood”? Na wierzchu – o Karolu Dickensie i jego ostatniej, niedokończonej powieści „Tajemnica Edwina Drooda”. Głębiej – o fascynacji złem. Bo Dickens w źle był zakochany. Z cierpienia bliźnich czerpał energię (do wygłaszania moralizatorskich kazań).

Jest to też historia o obsesji i szaleństwie rodzących się w oparach opium. W tym sensie jest ona bardzo steampunkowa, gdyż dekadencja oraz rozkład stanowią kwintesencję tej konwencji.

Co ciekawe Simmons ostatnio napisał też powieść o Sherlocku Holmesie. Niewykluczone, że pasowałaby w niniejszym zestawieniu lepiej niż „Drood”, ale cóż zrobić, jeszcze nie miałem przyjemności się z nią bliżej zapoznać.

Anthony Horowitz, „Dom jedwabny”

dom-jedwabny-b-iext4622088A skoro już o Sherlocku mowa… Zakładam, że nie śmielibyście czytać tego tekstu, nie mając korpusu dzieł Arthura Conan Doyle’a w małym palcu. Dlatego chciałbym Wam polecić powieść jego wielkiego spadkobiercy, Anthony’ego Horowitza. W „Domu jedwabnym” znajdziecie wszystko, co powinno trafić do dobrego steampunkowego kryminału, a więc zwyrodniałych arystokratów, wstrząsające zbrodnie, chciwych sensacji dziennikarzy i, oczywiście, obowiązkowy pościg w dwukonnych bryczkach. Ponadto Horowitz wnosi do historii o największym detektywie wszechczasów drobinę cynizmu, której wymaga wrażliwość dzisiejszego czytelnika. Doyle’owski Holmes, choć wciąż wspaniały, zestarzał się ociupinkę, zdziecinniał w swym przepastnym fotelu, w cieple gazowego kominka.

Karol Dickens, „Oliver Twist” (albo którakolwiek inna z jego powieści)

oliver-twist-charles-dickens-paperback-cover-artJak wspomniałem, Dickens, choć kryminałów (czy też powieści sensacyjnych, jak to się wonczas mówiło) nie pisywał, do zbrodni czuł wielkie ciągoty. Na kartach jego książek roi się od skazańców, zbiegłych więźniów, złodziei, oszustów i inszych podejrzanych typów. Wieść gminna głosi, że przygotowując się do napisania felietonu krytykującego publiczne egzekucje zebrał radosną kompanię birbantów i specjalnie wynajął pokoje blisko placu straceń, aby nie stracić miejsc w pierwszym rzędzie i móc się rozkoszować pełnią makabrycznych wrażeń.

Mimo iż pobudki wielkiego pisarza pozostają niejasne, bystrości jego oka i ostrości pióra nie można kwestionować. Warto w związku z tym dać mu się poprowadzić do świata nędzarzy, więźniów skazanych za długi i młodocianych rzezimieszków.

Seriale

„Ripper Street”

ripper-street__140523025227„Ripper Street” to serial kryminalny, który zabiera nas na ulice Whitechapel, osławionej londyńskiej dzielnicy morderców, kurew i handlarzy opium. Przeszła ona do historii, gdy pewnej nocy u progu jesieni 1888 r. nawiedził ją tajemniczy osobnik zwany z początku Skórzanym Fartuchem, a później – Kubą Rozpruwaczem (z angielska Jackiem Ripperem, stąd tytuł). Akcja toczy się kilka lat po tamtych wydarzeniach, lecz widmo psychopatycznego mordercy zdaje się nigdy nie odstępować głównego bohatera, inspektora Edmunda Reida (wybitna, wybitna i jeszcze raz wybitna kreacja Matthew Macfadyena).

Twórcom znakomicie udało się oddać atmosferę brudnego i zdeprawowanego Londynu u schyłku XIX wieku. Przy okazji pochylili się nad kilkoma problemami, o których często zapominamy, gdy marzą nam się historie z pięknymi damami i eleganckimi dżentelmenami w rolach głównych. Pokazali m.in. brutalność policji, uznającej pałowanie za całkowicie normalną technikę prowadzenia przesłuchań. Przypomnieli też widzom, że był taki czas, gdy dzieci nie mogły liczyć na żadną pobłażliwość ze strony prawa (ostatecznie, skoro pracowały jak dorośli, to i powinny być sądzone jak dorośli, prawda?).

„Śmierć w Pemberley”

433_DCTP_25July13Pamiętacie „Dumę i uprzedzenie”? A wiedzieliście, że baronessa Phyllis Dorothy James z Holland Park, lepiej znana jako P.D. James, popularna autorka kryminałów, napisała kontynuację tejże powieści? A jakże, tak było, w dodatku złośliwie wcisnęła tam morderstwo. Skutek okazał się ciekawy i temat zaraz podchwyciła BBC, która postanowiła przełożyć książkę na język ruchomych obrazków (a zatem ten punkt na mojej liście to takie trochę dwa w jednym).

Tylko co to ma do steampunku? Niby rzecz się dzieje w XIX wieku, ale w jego pierwszej połowie, a to druga (mijająca pod znakiem rządów królowej Wiktorii) częściej stanowi dla nas źródło inspiracji. Ponadto akcja „Śmierci w Pemberley”, podobnie jak „Dumy i uprzedzenia”, toczy się w kręgu kultury dworskiej. A zatem w kadrze nie mieszczą się żadne nowinki technologiczne, żadni dziarscy inżynierowie, żadne rozkrzyczane sufrażystki. Punku tam nie ma ani grama, wszystko jest ładniutkie, równiutkie, poukładane. Po co to zatem czytać/oglądać?

Autorzy steampunkowi, tworząc swoje światy, przeważnie próbują uchwycić moment tuż po upadku pewnego porządku. Warto jednak wiedzieć, jaki to był porządek. I tu właśnie przychodzi nam z pomocą P.D. James. Tak jak w „Ripper Street” możemy oglądać narodziny nowoczesnej kryminalistyki, tak w „Śmierci w Pemberley” mamy do czynienia z (w najlepszym razie) protokryminalistyką. Autopsje? „Bluźnierstwo!”. Dowody? „Ja żem widział, jak łon tam szedł, wasza miłość”. Profile psychologiczne? „Wszak człek ten jest do cna zepsutym!”.

„Detektyw Murdoch”

1632712407_68527242001_murdoch-640x330Ten sympatyczny kanadyjski serial na pierwszy rzut oka mógłby się wydawać bliski „Ripper Street”, no bo mówi się w nim o TRUDNYCH SPRAWACH. Wiecie, homoseksualizm (w XIX w. uważany za przestępstwo i surowo karany), rasizm (w XIX w. nie uważany za przestępstwo, ani nawet przejaw złego smaku), eugenika (prababcia inżynierii genetycznej), wzmiankowana już brutalność policji itp. Jednak wszystko to podane w zupełnie innym sosie. W świecie Murdocha źli ludzie są… no, źli. A gliniarze to poczciwe chłopaki z sąsiedztwa. Fakt, bywa, że inspektora nerwy poniosą i komuś przywali, ale to nie po złości, panie złoty, nie po złości. Zresztą, wszystko zawsze dobrze się kończy. A zatem, jeśli chcecie wejść w problematykę społeczną XIX w. nie opłacając tego depresją, tylko ot, tak, rozrywkowo, to ten serial jest dla Was. Przy okazji tytułowy bohater (zwany czasem „the artful detective”, czyli powiedzmy „pomysłowym detektywem Dobromirem”) uwielbia nowinki techniczne, więc co i rusz wynajduje jakieś lampy UV albo walczy z telegrafami, fonografami i tym podobnymi ustrojstwami. Od czasu do czasu udaje mu się nawet popchnąć medycynę o parę dekad naprzód, gdy – dajmy na to – dokonuje przełomu w badaniach nad grupami krwi. Oczywiście śmieję się, lecz niech Was nie zrazi mój ton, gdyż, ogólnie rzecz obejmując, scenarzyści „Murdocha” robią porządny risercz, dzięki czemu serial może dać Wam niezły ogląd tego, co w XIX-wiecznej kryminalistyce było już praktykowane, i tego, co było teoretycznie możliwe, biorąc pod uwagę ówczesny poziom rozwoju technologicznego.

Na zakończenie

Mam nadzieję, że powyższe zestawienie okaże się przydatne w literackich zmaganiach z konwencją kryminału steampunkowego albo chociaż pomoże Wam w poszukiwaniu rozrywek na wakacyjne wieczory. Serdecznie zapraszam na prelekcję „Krew i para, czyli elementarz kryminału steampunkowego”, którą okazjonalnie wygłaszam na konwentach.

JAGACON – już za tydzień!

Na Niedobrych Literkach informacja o zbliżającym się Jagaconie. Prezentacje już przyszykowane, towarzystwo zapowiada się zacne. Będzie grozaicznie.

niedobre literki

JAGACON_wlepka_3Jakiś czas temu pisaliśmy już na niedobrych literkach o trzeciej edycji świętokrzyskiego Jagaconu. Konwent odbędzie się w Suchedniowie i trwać będzie od 17 do 19 lipca. W tym roku organizatorzy zapewnią nam znacznie zwiększoną dawkę grozy i bizarro. Dość wspomnieć, że na liście gości Jagaconu 2015 znaleźć można takie osobistości, jak Kazimierz Kyrcz Jr, Grzegorz Gajek, Michał Stonawski, Krzysztof „Korsarz” Biliński, Marcin Rojek czy Darek Kuchniak. Siła złego! Co wprawia w radosne uniesienie tym bardziej, że konwent z edycji na edycję cieszy się coraz większym (i w pełni zasłużonym!) zainteresowaniem fanów.

h

1598027_874360865953925_8964643319095523802_o

h

Pełną listę atrakcji z udziałem naszych atrakcyjnych współzłoczyńców znajdziecie na atrakcyjnej graficznie stronie konwentu, w rozwijanym menu zakładki Program.

Przybywajcie, jako i my przybędziemy!

h

View original post

Królowa-kurwa i jej sługi, czyli recenzja „Femme fatale”

Od autora: Jakiś czas temu odgrażałem się, że zrecenzuję najnowszą książkę Kazka Kyrcza i oto dzień ów nastał. Tekst pierwotnie zawisł na portalu Zbrodnia w Bibliotece, a od dziś będzie dostępny także tutaj, w moim prywatnym zakątku cyberprzestrzeni.

femme fataleKazimierz Kyrcz Jr to autor obecny na polskim rynku literatury grozy już od przeszło dziesięciu lat. Znamy go, lubimy, wiemy, czego się po nim spodziewać. Przyzwyczaił nas do surowego, by nie powiedzieć brutalnego stylu, mrocznego i pokręconego poczucia humoru, potworów, psychopatów i tak dalej. Oczywiście miał w tym swój mroczny zamysł. Wprowadził nas w fałszywe poczucie bezpieczeństwa, żeby potem walnąć znienacka.

Pierwszym ciosem była powieść „Podwójna pętla”. Kyrcz znalazł w niej zupełnie nowy głos, rezygnując ze współpracy z innymi pisarzami (jego wcześniejsze książki zawsze powstawały w tandemie) i zdecydowanie oddalając się od horroru paranormalnego na rzecz grozy psychologicznej.

„Femme fatale”, nowy zbiór opowiadań autora, to w pewnym sensie intelektualna kontynuacja „Podwójnej pętli”. Potworów w tej książce nie brakuje, ale wszystkie one noszą ludzkie skóry (co nie znaczy, że fantastyki w ogóle tu nie uświadczysz).

W historiach Kyrcza przewija się kilka lejtmotywów. Najważniejszy z nich to prawdopodobnie motyw kobiety fatalnej. Autor bawi się nim, przeinacza, prowokuje. W opowiadaniach kobiety raz są katami, raz ofiarami, bywa też, że pełnią jedynie funkcję katalizatora, czynnika, który staje się punktem wyjścia dla manii, obsesji i psychoz (jak w „Bardziej niż myślisz”). A skoro już o tym mowa, wszelkiego rodzaju zaburzenia psychiczne to kolejny istotny temat.

Bohaterowie w „Femme fatale” są przeważnie ludźmi przegranymi, którzy z powodu własnych złych decyzji lub pod wpływem sił zewnętrznych stracili wszystko (a przynajmniej wszystko co ważne). Większość z nich żyje w jakiejś szarej strefie, nie całkiem w obrębie społeczeństwa, ale też nie całkiem poza nim. W tej dziwnej przestrzeni na skraju normalności rodzą się psychiczne patologie, wynikające albo z wypaczonej potrzeby naprawiania społecznej maszyny, albo z wściekłości na jej dysfunkcjonalność.

Tło dla działań portretowanych przez autora wykolejonych jednostek nieodmiennie stanowi miasto (nie bez powodu książka ukazała się w ramach serii City), w którym nietrudno zidentyfikować dzisiejszy Kraków. To jeszcze jeden ważny motyw, gdyż u Kyrcza przestrzeń miejska zawsze jest opresyjna. Mieszkańcy blokowisk podglądają się nawzajem i manipulują sobą (patrz „Za ścianą”), swoboda ruchu jest poważnie ograniczona, gdyż ulice wiecznie blokują kilometrowe korki, w korporacyjnych biurowcach szefowie wykorzystują pracowników (na przykład w „W dziurach drapaczy”), w sypiących się kamienicach gnieżdżą się menele i szaleńcy. W dodatku wszelkie próby zmiany są z góry skazane na niepowodzenie, czego dowodem zaczęte, a potem porzucone konstrukcje.

Skutek? Błędne koło patologii. Ze wszystkich kobiet fatalnych miasto jest zdecydowanie najgorszą, królową-kurwą. W historiach Kyrcza wszystko działa przeciwko człowiekowi: prawo, normy społeczne, przestrzeń, w której żyje, a wreszcie on sam, jego zadręczony umysł i skatowana dusza (jeśli jeszcze ją ma). Ze względu na to „Femme fatale” nie jest lekturą łatwą, ale w pewien przewrotny sposób może nieść otuchę, bo w odpowiednim kontekście nasze codzienne szaleństwa i lęki przestają być aż tak straszne.

Pyry i smoki

Największy konwent fantastyczny w Polsce zaczął się i skończył, czyli że niby minął, już po nim, finito, kaput, the end. A ja tam z gośćmi byłem, nic (cholera!) nie wypiłem, a com widział, słyszał sam nie wiem: za dużo wrażeń miałem, ot i cała afera. Znaczy się, emocje sprzeczne.

O osobie wiadomej, która raczyła nawiedzić imprezę, co poskutkowało niejaką turbacją w kręgach fandomowej socjety, zmilczę. Przyznaję, jej obecność zaskoczyła mnie, może nawet w pierwszej chwili nieco wzburzyła, lecz w szerszej perspektywie zda się mało ważną.

Tyle w temacie.

pyrkon2-132

Jeśli chodzi o doświadczenia przyjemne, to nie powiem, nie zbrakło i takich. Pierwej miałem okazję spotkać się z niezwykłymi dżentelmenami tworzącymi wydawnictwo Van Der Book. Posłuchałem o steampunku, dostałem od nich książeczkę (pierwszy tom antologii; własną niecną personą zjawię się w tejże tomie wtórym), uścisnąłem prawice (dwie), zrobiłem sobie aliganckie zdjęcie.

Potem wpadłem na prelki znanych i lubianych grozaików: Kazka Kyrcza i Dawida Kaina. Zgarnąłem kolejną książkę (Kazkowy zbiór opowiadań, o którym wspominałem jakiś czas temu). Obleciałem też wystawy, stoiska z planszówkami etc. Znalazłem nawet chwilę, żeby rzucić okiem na Poznań. Nie zachwycił mnie. Wydał mi się stary, wymęczony, przykurzony, wyblakły. Choć może zadziałał tu mechanizm projekcji, bo po całym dniu w konwentowym huku sam taki się czułem.

Pyrkon to mikrokosmos, mikroświat, co z jednej strony mnie cieszy, bo dowodzi rosnącej popularności fantastyki, a z drugiej dołuje, bo wszak jestem dziwadłem, a dziwadła od światów (dużych i małych) stronią. Jeśli 30 tysięcy fantastów jest w stanie zebrać się na stosunkowo ograniczonej przestrzeni (i narzekać, że pozostałe 29 999 zajmuje należne im miejsce w kolejce na taką czy inną prelekcję), znaczy to, Mili Państwo, żeśmy już nie żadna subkultura, nawet nie społeczność, tylko regularna mniejszość etniczna. Jest nas wszak więcej niż Łemków. Fantastyka przestaje być przestrzenią dziwactwa i nic się z tym nie zrobi. Myśl to słodko-gorzka.

Zapowiedzianki

Wiosna to taka optymistyczna pora roku. Ludzie książki piszą, wydają płyty, nagrywają nowe single. Dobrze jeszcze tylko, żebyście wy, Drodzy Czytelnicy/Słuchacze, o tym usłyszeli. Dla tego przygotowałem trzy niespodzianki-polecanki-zapowiedzianki: dwie umiarkowanie stronnicze i jedną otwarcie samolubną.

femme fataleZacznijmy od zapowiedzianki stronniczej numer jeden. Kazek Kyrcz popełnił był świeżuśki zbiór opowiadań, któren to ujrzy światło dnia już wcale niedługo, bo najprawdopodobniej 24 kwietnia. Zwie się zbiór ów „Femme fatale”, a wydawca przedstawia go następująco:

Znajdziecie tu piętnaście barwnych historii, w których groza często miesza się z groteską, a bywa, że i z czystą, rozbrajającą komedią. Do tego, przy całej tematycznej różnorodności tekstów, nie mamy tu do czynienia z jakąś bezładną zbieraniną, ale z dobrze przemyślaną układanką, która po uzupełnieniu ostatniej luki, ukazuje nam fascynujący obraz współczesnego świata.

Kazka prawdopodobnie żadnemu fanowi grozy przedstawiać nie trzeba, na pewno czytaliście jego poprzednie książki, widzieliście go na konwentach etc. Jeśli chodzi o jego prozę, to mam do niej duże zaufanie, bo nieraz już pokazał, że potrafi i postraszyć, i ponabijać się, i – jeśli zajdzie potrzeba – (z przeproszeniem) pierdolnąć między oczy. Po „Femme fatale” sięgnę i, kto wie, może nawet podzielę się tutaj wrażeniami z lektury.

Zapowiedzianka stronnicza numer dwa to coś z zupełnie innej bajki, chociaż również wiąże się nazwiskiem pewnego pismaka i okazjonalnego grozaika – Marcina Rusnaka. Tak się składa, że Marcin daje czadu (jak to mawiają bohaterowie słabo przetłumaczonych powieści Kinga) w rockowej kapeli o klimatycznej nazwie Scarecrow. Strachy na wróble w ostatnim czasie podzieliły się ze światem EP-ką.

„Cztery” to dwadzieścia minut solidnego grania wzbogaconego nietuzinkowymi tekstami. Jeśli chowacie gdzieś na dnie szafy przetarte na kolanach dżinsy i bundeswery z naszywkami AC/DC, Lynyrd Skynyrd, Thin Lizzy itp., to ta muzyka została stworzona dla Was.

Na zakończenie zapowiedzianka samolubna, egoistyczna, automamoniczna i w ogóle nieelegancka. No bo ja i Radek Dubisz (czyli zespół GeaR) też coś nagraliśmy. I nieśmiało zapraszamy do posłuchania.

O kolekcjonowaniu typów ludzkich

pisarzPisarz to ponure indywiduum o fizjonomii grabarza, które dnie całe przepędza na podglądaniu, szczególne znajdując upodobanie w tropieniu wariatów. Krotochwilom takim oddaje się z uporem, jak zwykło się mawiać, godnym lepszej sprawy. Jeśli kto nie zasłoni wieczorem okien, pisarz wnet spoziera mu do kuchni, a i na zasłonkach nieraz ogląda teatrzyk cieni. Udając, że przegląda gazetę, w miejscach publicznych przysłuchiwa się rozmowom. W toalecie kryje się nie za fizjologiczną potrzebą, ale dla rejestrowania ekstraordynaryjnych kloacznych odgłosów. Wreszcie, w autobusach i tramwajach, ogluje ładne dziewczęta, mimo iż żonaty, bo wszak „kolekcjonuje typy”, a czymże by była literatura bez heroin?

Ale czemuż on to robi? Czy jest to jakiś perwerta (znaczy się zboczeniec)? Bez wątpienia, choć nie erotycznej natury.

Mógłby ktoś pomyśleć, że podglądactwo pisarza ma cel kronikarski, że dokumentuje on nieskończenie różnorodną rzeczywistość i próbuje (niczym jakowyś kosmiczny Syzyf) zatrzymać upływ czasu, powstrzymać niekończącą się degradację tkanek, przenosząc istotę materii podglądanej w przestrzeń idei. A gdzież tam! Łotr ów szuka jedynie pożywki dla niezaspokojonej swej fantazji, by móc potem oddawać się plotkarstwu najparszywszej odmiany i uprawiać potwarz tudzież donosicielstwo. Weźmy taki przykład: autobus, godziny szczytu, on stary, ona młoda, trzymają się za ręce. Cóż to za awantura? Ano, gadają (kto gada do rzeczy nie należy), że stary otruł żonę, dzieweczka zaś (zdałoby się, wcielenie anielskiej niewinności), w istocie miała cielesne stosunki z własnym ojcem, co stało się źródłem poważnego kompleksu na tle erotycznym. I co z tego będzie? Ano morderstwo, jak nic kolejne morderstwo!

Tak to pisarz przekształca otaczającą go rzeczywistość dla pofolgowania nieprzystojnym ciągotom. A przynajmniej zwykł to czynić – drzewiej, w lepszych czasach. Bo dziś, cóż, internet, panie, literat za komputerem siedzi, na Fejsbuku grzebie, a tam, wiadomo,  nieprawda, wszystko nieprawda, fikcja najczystszej próby i plotki tak wstrętne, że inszych tworzyć nie ma po co. Można myśleć: kryzys, pisarz redundantny. W żadnym razie. Dla zboczeńców zawsze znajdzie się miejsce.

Niemniej trzeba iść z duchem czasu. Ongiś, gdy udawał się pisarz, dajmy na to, do sklepu, każdy przechodzień był mu ofiarą: co jeden to oryginał. Teraz na ulicach prawie już patrzeć nie ma na co, bo człowiek do człowieka podobny jak do ciastka ciastko. Nosów wstrętnych ubywa z każdym dniem, wariaci siedzą grzecznie w przytułkach, co drugi zdrowo się odżywia, co trzeci uprawia jogę… I jak tu zmyślać utopie! Niby tam gdzieś jakaś wojna, niby ktoś kogoś maczetą zarąbał, lecz skąd to wszystko wiadomo? Przecież z Fejsbuka, a tam, ustaliliśmy, bezustanne blagierstwo. Cóż zatem pozostaje? Ano nic tylko się przystosować, przekręcić północ ku południowi, plus ku minusowi, bieg literackich fluidów odwrócić i tworzyć rzeczywistość. Tak, tak, mili Państwo, niech rzeczywistość tkwi nam teraz wewnątrz literata, a świat niech podgląda, przeinacza, obraca prawdę w plotkę. Zaraz w zakładach chirurgii plastycznej posypią się zamówienia na nosy w typie bokserskim, małe biusta, usta wąskie, zaraz ludzie zaczną sobie paluchy u stóp wyłamywać, aby móc się pochwalić chodem cudaczym, zaraz przestaniemy gadać do siebie, udając, że korzystamy z zestawów głośno mówiących, a zaczniemy gadać do zestawów głośno mówiących, udając, że gadamy do siebie.

Tak będzie! Taka właśnie nowa rola pisarzy! Inaczej być nie może…