Uwaga, premiera

Obowiązki gonią, więc będę się streszczał, zresztą w morzu rzeczy, które można lub trzeba napisać, jakoś nie mam ostatnio serca do blogowania. Ekhem.

Już-już, lada chwila premiera „Malowidła”, mojej nowej powieści, która ukaże się nakładem wydawnictwa Videograf. Z tej okazji wraz z Akademią Szpiegów Sir Lock zorganizowaliśmy wydarzenie, podczas którego nie tylko będzie można obejrzeć mą nikczemną facjatę i wygrać/kupić książkę, ale także pobawić się w storytellingowym escape roomie zainspirowanym zboczonymi płodami mojej wyobraźni. (Nie łudzę się, że ktoś chciałby słuchać, jak przynudzam o powieści, ale no – escape room! zabawa! czad!).

Rzecz będzie miała miejsce w niedzielę 22.05.2016 o godz. 18.00 w Warszawie, al. Jerozolimskie 47, lok. 8. Ponadto, przez cały weekend Sir Lock daje specjalną zniżkę na swoje pokoje. Więcej info w WYDARZENIU na Fejsbuku. [EDIT:  z powodu problemów z drukarnią musieliśmy przesunąć wydarzenie na początek lipca; głupio mi 😦 ale mam nadzieję, że będziecie i tak śledzić rozwój wypadków. Co się odwlecze, to nie uciecze!]

Tak na smaka krótki filmik (i tu podziękowania dla ludzi, którzy pomogli go tworzyć, czyli Moniki i Emila Borzechowskich, Radka Dubisza i mojej żony, Pauliny).

Zajrzyjcie też czasem na podstronę „Malowidła”, na której znajdziecie więcej informacji o samej książce. Z czasem będę tam wrzucał linki do recenzji i pogłoski o tym, gdzie książkę można dostać.

To wszystko na dziś. Trzymajcie się ciepło, a ja wracam do pracy nad kolejną powieścią. Bo przecież jedną historię kończy się tylko po to, żeby móc z czystym sumieniem zacząć następną. Taki to wielki życia krąg.

JAGACON – już za tydzień!

Na Niedobrych Literkach informacja o zbliżającym się Jagaconie. Prezentacje już przyszykowane, towarzystwo zapowiada się zacne. Będzie grozaicznie.

niedobre literki

JAGACON_wlepka_3Jakiś czas temu pisaliśmy już na niedobrych literkach o trzeciej edycji świętokrzyskiego Jagaconu. Konwent odbędzie się w Suchedniowie i trwać będzie od 17 do 19 lipca. W tym roku organizatorzy zapewnią nam znacznie zwiększoną dawkę grozy i bizarro. Dość wspomnieć, że na liście gości Jagaconu 2015 znaleźć można takie osobistości, jak Kazimierz Kyrcz Jr, Grzegorz Gajek, Michał Stonawski, Krzysztof „Korsarz” Biliński, Marcin Rojek czy Darek Kuchniak. Siła złego! Co wprawia w radosne uniesienie tym bardziej, że konwent z edycji na edycję cieszy się coraz większym (i w pełni zasłużonym!) zainteresowaniem fanów.

h

1598027_874360865953925_8964643319095523802_o

h

Pełną listę atrakcji z udziałem naszych atrakcyjnych współzłoczyńców znajdziecie na atrakcyjnej graficznie stronie konwentu, w rozwijanym menu zakładki Program.

Przybywajcie, jako i my przybędziemy!

h

View original post

Zapowiedzianki

Wiosna to taka optymistyczna pora roku. Ludzie książki piszą, wydają płyty, nagrywają nowe single. Dobrze jeszcze tylko, żebyście wy, Drodzy Czytelnicy/Słuchacze, o tym usłyszeli. Dla tego przygotowałem trzy niespodzianki-polecanki-zapowiedzianki: dwie umiarkowanie stronnicze i jedną otwarcie samolubną.

femme fataleZacznijmy od zapowiedzianki stronniczej numer jeden. Kazek Kyrcz popełnił był świeżuśki zbiór opowiadań, któren to ujrzy światło dnia już wcale niedługo, bo najprawdopodobniej 24 kwietnia. Zwie się zbiór ów „Femme fatale”, a wydawca przedstawia go następująco:

Znajdziecie tu piętnaście barwnych historii, w których groza często miesza się z groteską, a bywa, że i z czystą, rozbrajającą komedią. Do tego, przy całej tematycznej różnorodności tekstów, nie mamy tu do czynienia z jakąś bezładną zbieraniną, ale z dobrze przemyślaną układanką, która po uzupełnieniu ostatniej luki, ukazuje nam fascynujący obraz współczesnego świata.

Kazka prawdopodobnie żadnemu fanowi grozy przedstawiać nie trzeba, na pewno czytaliście jego poprzednie książki, widzieliście go na konwentach etc. Jeśli chodzi o jego prozę, to mam do niej duże zaufanie, bo nieraz już pokazał, że potrafi i postraszyć, i ponabijać się, i – jeśli zajdzie potrzeba – (z przeproszeniem) pierdolnąć między oczy. Po „Femme fatale” sięgnę i, kto wie, może nawet podzielę się tutaj wrażeniami z lektury.

Zapowiedzianka stronnicza numer dwa to coś z zupełnie innej bajki, chociaż również wiąże się nazwiskiem pewnego pismaka i okazjonalnego grozaika – Marcina Rusnaka. Tak się składa, że Marcin daje czadu (jak to mawiają bohaterowie słabo przetłumaczonych powieści Kinga) w rockowej kapeli o klimatycznej nazwie Scarecrow. Strachy na wróble w ostatnim czasie podzieliły się ze światem EP-ką.

„Cztery” to dwadzieścia minut solidnego grania wzbogaconego nietuzinkowymi tekstami. Jeśli chowacie gdzieś na dnie szafy przetarte na kolanach dżinsy i bundeswery z naszywkami AC/DC, Lynyrd Skynyrd, Thin Lizzy itp., to ta muzyka została stworzona dla Was.

Na zakończenie zapowiedzianka samolubna, egoistyczna, automamoniczna i w ogóle nieelegancka. No bo ja i Radek Dubisz (czyli zespół GeaR) też coś nagraliśmy. I nieśmiało zapraszamy do posłuchania.

Stary rok, nowy rok

Okej, zbliża się już luty, więc właściwie czas na podsumowania i postanowienia minął jakieś dwa tygodnie temu. Ale co mi tam. Ostatni miesiąc starego roku i pierwszy miesiąc nowego były dość ciężkie. Poniekąd stąd moje zapóźnienie. Grudzień… Uff, szkoda gadać. W pracy nerwówka, w wydawnictwie opóźnienia. Na Święta i Sylwestra kasy brak. Zwykła rutyna.

Niemniej cały rok 2012 uważam za udany. Zwłaszcza z literackiego punktu widzenia. Napisałem trzynaście opowiadań. Jedni powiedzą „dużo”, inni „mało”. Jak na mnie dużo.

Zdecydowanie jasnym punktem w kalendarzu był udział w projekcie „31.10. Wioska przeklętych”. Do tego publikacje w Qfancie. No i zanurzenie w psychotycznym świecie bizarro.

Poślizg z powieścią nie był bardzo przyjemny, ale z drugiej strony 2013 r. zacząłem od debiutu, a to chyba dobra wróżba. Za jakieś dwa miesiące (mam nadzieję) ukaże się antologia bizarro, do której się załapałem. Dostałem też propozycję wzięcia udziału w innym bizarrycznym projekcie, o którym na razie sza, aczkolwiek zapowiada się ciekawe. Ponadto czeka mnie jeszcze obiecana publikacja w Nowej Fantastyce.

A na dalszą część roku kolejne plany. Coś na pewno wydarzy się na Halloween. Poza tym próbuję wbić się do kolejnej antologii – tym razem zbioru opowieści niesamowitych, inspirowanych twórczością Lovecrafta, Grabińskiego i Ligottiego. Zobaczymy, co z tego będzie.

Od jakiegoś czasu chodzi też za mną pomysł wydania zbioru moich co bardziej udanych opowiadań w postaci darmowego e-booka. Ukazywało się toto w sieci albo jakichś pismach przez lata i pomyślałem, że fajnie byłoby przynajmniej część zebrać w jednym miejscu i zaserwować Czytelnikowi.

No, najambitniejsze przedsięwzięcie to oczywiście nowa powieść. Powstaje, powstaje, a jakże. Będzie dwa razy grubsza od „Szaleństwa…”, dlatego to trochę trwa. Ale postęp prac oceniam na prawie 70%. Potem, rzecz jasna, dojdzie walka o publikację, ale może nie będzie aż tak źle. W sumie zależy, czy „Szaleństwo…” się sprzeda.

Myślę, że z samym tekstem uwinę się do marca. To taki nieoficjalny deadline.

Mam też już szkic i pierwsze rozdziały kolejnej powieści. Miało być opowiadanie, ale po napisaniu 30 niesformatowanych stron zorientowałem się, że nici z tego. Za bardzo mi się w mózgu historia rozrosła.

No. Krótko mówiąc, pora wracać do pisania. Blogowanie blogowaniem, ale wszyscy ci bohaterowie porzuceni na skrajach przepaści liczą na mnie. Nie mogę ich zawieść, nie?

Trzymajcie się i do kolejnego przeczytania.

Muzyka, która dla mnie gra cz.5: nowocześnie

Myślę, że po moich poprzednich wpisach muzycznych dało się zauważyć, że jestem tradycjonalistą. Stary dobry rock z domieszką bluesa i muzyki instrumentalnej to to czego mi trzeba, kiedy poszukuję nastroju do stukania w klawisze. Niemniej zdarza mi się słuchać rzeczy nieco bardziej na czasie, choć nie powiem, żebym skalał się znajomością tzw. mainstreamu. W każdym razie, żeby dowieść sobie i Wam, że pomimo przekroczenia ćwierćwiecza nie zdziadziałem jeszcze zupełnie, postanowiłem wybrać się do krainy muzyki mniej lub bardziej nowoczesnej.

Moja pierwsza muzyczna propozycja to piosenka „What The Water Gave Me” zespołu Florence and The Machine. Bardzo nastrojowa rzecz. Jeśli chodzi o styl to mocno eklektyczna, trochę soulowa, trochę popowa, trochę jakby new-age. Na pochwałę zasługuje bogata i nietypowa instrumentacja. W ensemble można usłyszeć m.in. harfę i organy hammonda. Obfitość różnych brzmień nie jest jednak w stanie przyćmić potężnego wokalu Florence Welsh, nawet kiedy refren osiąga szczytowy punkt crescendo. Klimat uzupełnia lekko mistyczny tekst.

Tego kawałka słuchałem m.in. podczas pracy nad ostatnią powieścią. Bardzo mi pasował do opisów podróży do wyśnionych krain. Ktoś napisał kiedyś, że muzyka Florence and The Machine jest jak mgła snująca się nad Tamizą. Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest również jak mgła, która otula zapomniane miasto Sogno Ventura.

Ale sza;]. Posłuchajcie piosenki.


Kolejna propozycja pochodzi z naszego własnego ryneczku muzycznego, chociaż akurat pan będzie śpiewał po angielskiemu. Chodzi mi o piosenkę „Feel The Music’s Over” Comy.

Coma to co prawda nie jest taki całkiem młodziutki zespół. Jak oni zaczynali grać, to ja byłem bodaj gdzieś w pierwszej klasie liceum. Więc tak, to moja młodzieńcza fascynacja. Ale znosi próbę czasu. Może z perspektywy lat zrobiła się trochę zbyt… jakby to ująć? Emocjonalna? No, to trochę jest muzyka dla nastolatków. Ale z drugiej strony rock i blues powinien być emocjonalny, pełen młodzieńczej siły, patosu, dramatyzmu etc. Zresztą moja pisanina też bywa bardzo emocjonalna i patetyczna. Przekonacie się, jak wreszcie ukaże się moje opowiadanie „Żałoba ludów”. W dialogu z tradycją tragedii antycznej trudno uniknąć patosu.

Ale odbiegam od tematu. Maestro, muzykę proszę.

Uffa, to może żeby trochę sobie smaka odmienić, zaproponuję teraz coś bardziej przyziemnego i brudnego. Brud i przyziemność są ważne, jeśli chce się pisać horrory. Przy komponowaniu play-listy do pisania warto wprowadzić jakieś urozmaicenie, żeby nie dać się ponieść emocjom. Dla mnie idealnym przypomnieniem, że pora przyp… to znaczy, zwiększyć dynamikę akcji są kawałki The Black Keys.

Szczególnie lubię piosenkę „Strage Times”, którą zresztą ongiś grałem z nieistniejącym już zespołem Shuffle. Jest ona kwintesencją brudu i przyziemności. Przyziemność zapewnia prostacka perkusja grająca na dwa, a brud rozkręcone w opór przestery. Do tego dobre tempo i niepokojący refren i mamy idealny, horrorowy kawałek.