Królowa-kurwa i jej sługi, czyli recenzja „Femme fatale”

Od autora: Jakiś czas temu odgrażałem się, że zrecenzuję najnowszą książkę Kazka Kyrcza i oto dzień ów nastał. Tekst pierwotnie zawisł na portalu Zbrodnia w Bibliotece, a od dziś będzie dostępny także tutaj, w moim prywatnym zakątku cyberprzestrzeni.

femme fataleKazimierz Kyrcz Jr to autor obecny na polskim rynku literatury grozy już od przeszło dziesięciu lat. Znamy go, lubimy, wiemy, czego się po nim spodziewać. Przyzwyczaił nas do surowego, by nie powiedzieć brutalnego stylu, mrocznego i pokręconego poczucia humoru, potworów, psychopatów i tak dalej. Oczywiście miał w tym swój mroczny zamysł. Wprowadził nas w fałszywe poczucie bezpieczeństwa, żeby potem walnąć znienacka.

Pierwszym ciosem była powieść „Podwójna pętla”. Kyrcz znalazł w niej zupełnie nowy głos, rezygnując ze współpracy z innymi pisarzami (jego wcześniejsze książki zawsze powstawały w tandemie) i zdecydowanie oddalając się od horroru paranormalnego na rzecz grozy psychologicznej.

„Femme fatale”, nowy zbiór opowiadań autora, to w pewnym sensie intelektualna kontynuacja „Podwójnej pętli”. Potworów w tej książce nie brakuje, ale wszystkie one noszą ludzkie skóry (co nie znaczy, że fantastyki w ogóle tu nie uświadczysz).

W historiach Kyrcza przewija się kilka lejtmotywów. Najważniejszy z nich to prawdopodobnie motyw kobiety fatalnej. Autor bawi się nim, przeinacza, prowokuje. W opowiadaniach kobiety raz są katami, raz ofiarami, bywa też, że pełnią jedynie funkcję katalizatora, czynnika, który staje się punktem wyjścia dla manii, obsesji i psychoz (jak w „Bardziej niż myślisz”). A skoro już o tym mowa, wszelkiego rodzaju zaburzenia psychiczne to kolejny istotny temat.

Bohaterowie w „Femme fatale” są przeważnie ludźmi przegranymi, którzy z powodu własnych złych decyzji lub pod wpływem sił zewnętrznych stracili wszystko (a przynajmniej wszystko co ważne). Większość z nich żyje w jakiejś szarej strefie, nie całkiem w obrębie społeczeństwa, ale też nie całkiem poza nim. W tej dziwnej przestrzeni na skraju normalności rodzą się psychiczne patologie, wynikające albo z wypaczonej potrzeby naprawiania społecznej maszyny, albo z wściekłości na jej dysfunkcjonalność.

Tło dla działań portretowanych przez autora wykolejonych jednostek nieodmiennie stanowi miasto (nie bez powodu książka ukazała się w ramach serii City), w którym nietrudno zidentyfikować dzisiejszy Kraków. To jeszcze jeden ważny motyw, gdyż u Kyrcza przestrzeń miejska zawsze jest opresyjna. Mieszkańcy blokowisk podglądają się nawzajem i manipulują sobą (patrz „Za ścianą”), swoboda ruchu jest poważnie ograniczona, gdyż ulice wiecznie blokują kilometrowe korki, w korporacyjnych biurowcach szefowie wykorzystują pracowników (na przykład w „W dziurach drapaczy”), w sypiących się kamienicach gnieżdżą się menele i szaleńcy. W dodatku wszelkie próby zmiany są z góry skazane na niepowodzenie, czego dowodem zaczęte, a potem porzucone konstrukcje.

Skutek? Błędne koło patologii. Ze wszystkich kobiet fatalnych miasto jest zdecydowanie najgorszą, królową-kurwą. W historiach Kyrcza wszystko działa przeciwko człowiekowi: prawo, normy społeczne, przestrzeń, w której żyje, a wreszcie on sam, jego zadręczony umysł i skatowana dusza (jeśli jeszcze ją ma). Ze względu na to „Femme fatale” nie jest lekturą łatwą, ale w pewien przewrotny sposób może nieść otuchę, bo w odpowiednim kontekście nasze codzienne szaleństwa i lęki przestają być aż tak straszne.

Reklamy

Patrz pod różne

Już prawie dwa tygodnie minęły od DF-ów. Nawet nie zauważyłem kiedy. Więc może rzucę garść wrażeń, choć ogólnie będzie nie o tym.

Całe doświadczenie było dla mnie pewnym stresem. Trochę się spieszyłem, więc nie mogłem się wczuć, jak trza, pójść spokojnie ze wszystkimi na piwo itp. Poza tym jestem socjopatą, a zatem ja plus wystąpienia publiczne to nie najlepsze połączenie. Mimo to, jestem zadowolony. Lubię Wrocław. Zjadłem bardzo dobre pierogi z pieca na rynku. Pograłem w planszówki. Pogadałem trochę o swoich książkach i szerzej o literaturze. No i wreszcie miałem okazję poznać na żywca ludzi, którzy dotąd byli dla mnie w pewnym sensie wirtualnymi zjawami. Miło było spotkać Tomka Czarnego, który mnie wciągnął do projektu „Gorefikacje” i popchnął ku nadchodzącej „Zombiefilii”. Miło było wreszcie porozmawiać twarzą w twarz z Witoldem Jabłońskim, z którym dawno temu prowadziłem wywiad przez mejla. Miło było uścisnąć prawicę Marcinowi Rusnakowi, którego literacką karierę śledzę od początku; w pewnym sensie rozwija się ona równolegle do mojej własnej. No, tylko – jak wspomniałem – szkoda, że mi czasu (i samoorganizacji) nie starczyło na jakieś porządne posiedzenie.

A skoro już o Rusnaku wspomniałem, to przejdę do zasadniczej części tego posta. Bo właściwie to chciałem przedstawić Wam kilka książkowych polecanek.

okc582adka1. „Czas ognia, czas krwi” Marcina Rusnaka. Ta chwila się odwlekała, bo ciągle albo nie miałem kasy, albo zapominałem, ale w końcu nabyłem. I z czystym sumieniem wszystkim polecam. Lekkie pióro i wyraziste postaci Marcina znałem już wcześniej z opowiadań, wiedziałem też, że potrafi dobrze poprowadzić akcję, ale miło było przekonać się, że tego wszystkiego nie zabrakło też w dłuższej historii (choć tak naprawdę to, czy „Czas ognia…” jest bardziej powieścią czy zbiorem opowiadań pozostaje kwestią dyskusyjną;]). A tak żeby Was wprowadzić w fabułę, pozwólcie, że zacytuję okładkowy opis:

Epoka wiktoriańska. Młody czarodziej przybywa do Wiednia, by kontynuować zakazane nauki. Jednak inkwizycja czuwa – miejscowa gildia zostaje zniszczona, a magowie wyjęci spod prawa. Młody adept musi się ukrywać i dowiedzieć, kto ich wsypał. A nie będzie to łatwe – na jego drodze staną: inkwizytorzy, tureckie wojska i magowie, mechaniczna kobieta i wiele innych postaci, które zmienią jego życie. Los sprawi, że będzie musiał odwiedzić wiele zakątków Europy, by poznać prawdę i zmierzyć się ze swym przeznaczeniem. Ale czy podoła wyzwaniu?

Uczta_wyobra__ni_-_Finch_373_x_5732. „Finch” Jeffa Vandermeera. Zdecydowanie jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałem w tym roku. Zresztą w ogóle Vandermeer jest chyba w tej chwili najlepszym amerykańskim pisarzem fantastycznym na rynku. Pierwszy raz do jego ponurego, zagrzybionego Ambergris wybrałem się kilka lat temu, czytając „Miasto szaleńców i świętych”. Miło było wrócić, choć to niezwykłe miejsce stało się w międzyczasie jeszcze bardziej duszne i mroczne. I znów krótki opis:

Prowadząc niemożliwe do rozwiązania śledztwo w sprawie podwójnego morderstwa, detektyw John Finch szuka prawdy wśród wojennych ruin niegdyś potężnego miasta Ambergris. Po sześciu latach rządów nieludzkich szarych kapeluszy Ambergris powoli popada w anarchię. Pozostałości armii buntowników są rozproszone, a ich przywódczyni, tajemnicza Błękitna Dama, zniknęła. Mieszkańców zamyka się w obozach. Kolaboranci wędrują ulicami, brutalnie zaprowadzając porządek. Finch musi sobie poradzić także z nowymi siłami, takimi jak zagadkowy as wywiadu Ethan Bliss, oraz z chorobą jego partnera, Wyte’a, który dosłownie rozpada się pod wpływem presji.

Drood7b_-_M3. „Drood” Dana Simmonsa. Kolejna świetna pozycja na mojej tegorocznej liście książek do przeczytania. To jedna z tych (nielicznych, jako że nie jestem człowiekiem skromnym) powieści, które sprawiły, iż załamałem ręce i powiedziałem: „K…wa, sam nigdy nie dałbym rady napisać czegoś tak dobrego”. Simmons udowadnia, że twórcy fantastyki naprawdę nie muszą mieć kompleksów i mogą spokojnie tworzyć wielką literaturę.

9 czerwca 1865 roku Charles Dickens – najsłynniejszy i najpopularniejszy powieściopisarz na świecie, będący u szczytu sławy i zdolności twórczych – jadąc pociągiem do Londynu w towarzystwie swojej potajemnej kochanki, przeżył katastrofę kolejową, która na zawsze zmieniła jego życie.

Czy po tym wypadku zaczął prowadzić mroczne podwójne życie? Czy conocne eskapady do najohydniejszych londyńskich slumsów i nasilająca się obsesja na punkcie ukrytego przed światem podziemnego Londynu, trupów, grobowców, morderstw, palarni opium i rozpuszczania zwłok w dołach z wapnem były tylko przejawem zwykłej pisarskiej ciekawości, czy jednak czymś znacznie bardziej przerażającym?

I to właściwie tyle. Do przeczytania za jakiś czas.

Avengers – recenzja

Ogólnie nie jestem wielkim fanem ekranizacji komiksów o superbohaterach. W większych dawkach toleruję tylko Batmana i X-menów. A już radosne koktajle w stylu Ligi Sprawiedliwych albo Batman vs. Predator z gościnnym udziałem Supermana zupełnie mnie odrzucają. W związku z tym należałoby zapytać, co mnie skłoniło do wybrania się na seans filmu „Avengers”, w którym występuje cała plejada bohaterów z komiksów Marvela.

Odpowiedź jest prosta: potrzebowałem dużej dawki lekkostrawnej rozrywki. I to właśnie otrzymałem.

Fabuła „Avengers” jest… no cóż, komiksowa. W filmie chodzi o to, że nordycki bóg Loki (który tutaj jest przy okazji jakimś kosmitą) chce przejąć władzę nad światem, a na drodze może mu stanąć tylko supergrupa, w której skład wchodzą m.in. Iron Man, Hulk i Kapitan Ameryka. Oczywiście sprawa jest dość skomplikowana, bo w ekipie, w której każdy jest „super” praca zespołowa stanowi wyzwanie.

Brzmi to może głupawo, ale jeśli przyjmie się pewną poprawkę na konwencję to cała historia nie razi. Tym bardziej, że sami bohaterowie są nieźle wykreowani, a relacje między nimi rozwijają się w dość ciekawy sposób. No i zawsze jest Hulk, którego prostolinijny sposób bycia i miażdżenia wszystkiego, co mu stanie na drodze, ratuje widza przed nadmiarem patosu.

Rzecz jasna postacie są warte tylko tyle, ile wcielający się w nich aktorzy. W wypadku „Avengers” producenci nie oszczędzali na obsadzie. Rolę Iron Mana po raz kolejny wziął na siebie znakomity Robert Downey Jr. Poza nim możemy podziwiać występy takich sław jak Scarlett Johansson, Samuel L. Jackson czy Mark Ruffalo.

Co zrozumiałe, najmocniejszymi aspektami filmu są po pierwsze niesamowite efekty wizualne, po drugie zapierająca dech w piersi akcja. „Avengers” zostali wykonani w technice 3D i jest to takie 3D z najwyższej półki. Robi oszałamiające wrażenie, a jednocześnie nie razi. Widz nie jest nim epatowany. Nikt nie próbuje raz na każde trzydzieści sekund dźgnąć go w oko jakimś ostrym przedmiotem. Co do akcji, to chyba wystarczy, jeśli powiem, że mimo iż film trwa aż 2,5 godziny, to ani przez chwilę się nie nudziłem.

Mówiąc krótko, jeśli potrzebujecie lekkiej rozrywki, która po dniu ciężkiej pracy pozwoli Wam się oderwać od rzeczywistości, to obejrzyjcie „Avengers”. To nie jest film, który odmieni Wasze życie, ale może przynajmniej trochę je umilić.

 

Coś na progu #1 – recenzja

Jak tylko zajrzałem do spisu treści pierwszego numeru „Czegoś na progu”, jedna rzecz od razu rzuciła mi się w oczy: zdecydowana przewaga publicystyki nad beletrystyką. Redakcja postanowiła nam zaserwować jedynie trzy utwory literackie, spośród których z dwoma rozprawię się od razu. Rozumiem splendor towarzyszący zdobyciu „dotąd niepublikowanego utworu Lovecrafta”, jednak gdy okazuje się, że jest to krótki i do tego nieszczególnie udany wiersz, trudno powstrzymać uczucie zawodu. Rozumiem też chęć pochwalenia się na okładce nazwiskiem zagranicznego autora, niestety jednak pan Edward Lee bynajmniej nie popisał się swoim opowiadaniem „Makak” – ot, banalna historyjka o voodoo i zombiakach z odrobiną seksu i flaków na okrasę.

Z zupełnie innego ciasta ulepiona jest nowela Stefana Grabińskiego „Engramy Szatery”. Tak, tak, to smakowity kąsek. Chętnie zapoznam się bliżej z twórczością autora. Nie pogardziłbym również jakimś artykulikiem biograficznym. Jak rozumiem, niektórzy widzą w tym raczej niszowym pisarzu dwudziestolecia międzywojennego kogoś w stylu polskiego Lovecrafta. Językowo z pewnością mu nie ustępuje, można powiedzieć, że reprezentuje niedocenianą szkołę polskiego impresjonizmu literackiego. Jego styl przypomina momentami co lepsze fragmenty z Żeromskiego (wiem, wiem, to kiepska reklama dla kogokolwiek, kto przemęczył się przez polskie liceum, ale spróbujcie wyrzucić z głowy wspomnienie o „Syzyfowych pracach”). Jest jednak dużo bardziej plastyczny, lżejszy. Byłem urzeczony już po przeczytaniu trzech pierwszych zdań. Zresztą posłuchajcie: „Przestrzeń była pusta. Jak daleko okiem sięgnąć, snuły się tylko wstęgi torów i wysterczały z nawierzchni słupy telegrafu. Gdy na chwilę ścichał wiatr, odzywało się na drutach stłumione mruczenie prądu – gdy wracał znów zasilony świeżą rzeszą podmuchów, głuchła gawęda depesz, a skarżył się żałośnie przestwór…”.

Co się tyczy fabuły, to jest niezła, choć z pewnością nie tak śmiała, szalona i wizjonerska jak w większości tekstów Samotnika z Providence. Za to z całą pewnością akcja jest lepiej skonstruowana. Lovecraft miał wyraźny problem z utrzymywaniem napięcia, doprowadzaniem go do punktu kulminacyjnego, a potem rozwiązywaniem historii w naturalny sposób. Grabiński radzi sobie z tym dużo, dużo lepiej. Jedyne co mu można zarzucić to zgrzyty w konstrukcji postaci. Obsesja tytułowego Szatery rozwija się zdecydowanie zbyt szybko, niektóre jego działania trudno uzasadnić psychologicznie.

To tyle, jeśli chodzi o część, która interesuje mnie najbardziej, czyli beletrystykę. Pozwólcie, że temat publicystyki omówię już tylko w dwóch słowach.

Ogólnie większość tekstów wypada bardzo fajnie. W dziale tematycznym poświęconym Lovecraftowi zebrano wiele ciekawych informacji z różnych dziedzin. Szczególnie przypadł mi do gustu artykuł Joanny Kułakowskiej „Bluźniercza przestrzeń, czyli ponadczasowość prozy H.P. Lovecrafta”. Autorka dokonała znakomitej analizy twórczości Samotnika z Providence pod kątem z jednej strony literaturoznawczym, z drugiej – antropologiczno-kulturoznawczym.

Wart uwagi jest również dział kryminalnym, w którym w dwóch esejach przedstawiona została twórczość odpowiednio Borisa Akunina oraz Henninga Mankella. Znajdziemy tam również początek wywiadu-rzeki z polskimi medykami sądowymi. Póki co panowie nie powiedzieli nic odkrywczego, ograniczyli się do starej śpiewki spod znaku „życie to nie film”, ale dostrzegam potencjał na przyszłość.

Spośród pozostałych tekstów polecam jeszcze artykuł Marcina Kiszeli o bizarro. Sam ostatnio zacząłem się interesować tym nowym gatunkiem literackim, a pan Kiszela omówił go bardzo klarowanie i przekrojowo.

No i to tyle moich przemyśleń. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Osobiście mam nadzieję na więcej opowiadań. Życzę też Łukaszowi Śmiglowi i pozostałym członkom redakcji, żeby przygoda z „Czymś na progu” potrwała dłużej – dużo dłużej – niż przygoda z „Lśnieniem”. Rynek fantastyczny potrzebuje solidnego magazynu poświęconego horrorowi i opowieściom niesamowitym.

„Gra o tron”, sezon drugi – pierwsze wrażenia

Obejrzałem dzisiaj pierwszy odcinek drugiego sezonu „Gry o tron”. Chciałbym się z wami podzielić garścią wrażeń.

Fabularnie niewiele się zmieniło. Dziwne by było, gdyby twórcy tak od razu zasypali nas niespodziewanymi zwrotami akcji. Zamiast tego ograniczyli się do zasygnalizowania głównych wątków. Pojawił się nowy gracz, Stannis Baratheon, a wraz z nim nowe bóstwo, ognisty R’hollor. A jeśli chodzi o starych graczy… Robb chce prowadzić wojnę na wyniszczenie z Lannisterami, między Cersei a jej psychopatycznym synkiem powstają pierwsze tarcia, Tyrion psychicznie przygotowuje się na to, że w King’s Landing będzie musiał ratować, co się da. Krótko mówiąc, pionki ustawiają się na miejsca.

O wykonaniu od strony technicznej nie ma co dużo gadać. Wszystko wygląda pięknie, HBO wyłożyło grubą kasiorę, na pewno nie będzie gorzej niż w poprzednim sezonie. Zastanawiam się tylko, czy tym razem szarpną się na jakąś porządną scenę batalistyczną. Znając fabułę książki, nie widzę, jak mogliby tego uniknąć. Wcześniej wykręcili się dość tandetnym chwytem, kiedy tuż przed rozpoczęciem bitwy Tyrion stracił przytomność, ale nie sądzę, żeby widzowie drugi raz przełknęli coś takiego.

Właściwie najwięcej mogę powiedzieć o obsadzie. Bądź co bądź pojawiło nam się kilkoro nowych bohaterów. Na chwilę obecną mam nieco mieszane uczucia. Stannis niby pasuje. Grający go Stephen Dillane ma gębę z jednej strony twardą, z drugiej niemożliwą do polubienia. Całkiem nieźle gra tego surowego odludka, jakim powinien być Stannis. Wydobywa z niego rodzaj towarzyskiej niezręczności, maskowanej pasywną agresją. Brakuje mi w nim jednak siły. I brody. Ale to już detal.

Liam Cunningham, wcielający się w rolę Davosa Seawortha, poddanego i chyba jedynego przyjaciela Stannisa, ogólnie wydaje mi się dobrze dobrany, więc nie będę się nad nim rozwodził. Nieco gorzej wypada Carice van Houten w roli Melisandre. Stanowczo za mało złowieszcza. No i – niestety, takie jest okrutne prawo show-biznesu – niewystarczająco atrakcyjna. Czytając książkę wyobrażałem sobie postać, która momentalnie przykuwa uwagę, rzuca się w oczy, uderza. W serialu zrobiono z niej raczej złośliwą kusicielkę, która do wszystkiego podchodzi z kpiącym pół-uśmieszkiem.

Jednak tak naprawdę to tylko pierwsze wrażenia. Z nowymi twarzami trzeba się opatrzeć. Zresztą, zobaczymy, jak sprawy będą się rozwijać. Nie martwcie się, nie będę rozbierał na części pierwsze każdego następnego odcinka, a potem zanudzał was swymi wywodami, choć pewnie pokuszę się na jakieś podsumowanie po zakończeniu sezonu. Póki co, jestem dobrej myśli. Historia jest naprawdę dobra, trudno będzie ją schrzanić.

Terry Pratchett i filozofia: „Zimistrz”

Właściwie nie przepadam za starszą twórczością Pratchetta. Więcej w niej jest groteski i parodii niż jakiejś spójnej akcji. Najbardziej jednak razi mnie cynizm. Połączenie cynizmu i baśniowości jest bolesne, zabija magię. Zresztą Pratchett nie ukrywa, że taki był jego pierwotny cel: odwrócić magiczny porządek świata fantasy do góry nogami. Intelektualnie ciekawe. Emocjonalnie… No, do mnie nie zawsze przemawia.

Dlatego wolę dzieła nowsze. Dość dokładnie można uchwycić moment, w którym Pratchett się zwyczajnie zestarzał, ostrze jego ironii uległo stępieniu, zwrócił się w stronę literatury bardziej przygodowej – nadal zabawnej, ale pisanej w sposób zwarty, zgodny z regułami sztuki.

Z tego (trwającego zresztą nadal) okresu jego twórczości najbardziej lubię cykl (a dokładniej podcykl cyklu o Świecie Dysku) o Tiffany Obolałej i Nac Mac Feeglach. Dla niewtajemniczonych: Tiffany jest początkującą czarownicą, uczennicą. Nie myślcie jednak, że studiuje na wspaniałej akademii w rodzaju Hogwartu, nie, dla niej szkołą czarownictwa jest twarde życie na angielskiej… tfu, ankh-morporkiańskiej (czy jakiejś tam innej) prowincji. Z kolei Nac Mac Feeglowie to plemię małych, lecz wyjątkowo niebezpiecznych ludzików, którzy pomagają jej stawić czoła licznym niebezpieczeństwom, jakie czyhają na młode adeptki sztuki magicznej.

Książki z tego cyklu, w porównaniu ze starszymi utworami Pratchetta, cechuje większa doza dramatyzmu i akcji. Można też zauważyć wyraźną zmianę filozoficznego nastroju autora. Po cynizmie nie zostało praktycznie nic.

Parę dni temu czytałem „Zimistrza”, drugi tom serii, i zacząłem się zastanawiać, jakie postawy intelektualne przedstawił w nim Pratchett i dlaczego właśnie one wydają mu się bliskie. Moim zdaniem te postawy są dwie. Pierwszą, rodzaj dobrodusznego hedonizmu, reprezentują Nac Mac Feeglowie. Drugą, stoicyzm albo wręcz ascetyzm stoicki, reprezentuje sama Tiffany, a także pozostało czarownice.

Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że powyższe filozofie życiowe się wykluczają. Tak, to prawda. Wydaje mi się, że stoicyzm jest w jakimś stopniu odbiciem własnej, domorosłej filozofii Pratchetta. Należy pamiętać, że wychował się on na wsi i otrzymał stare dobre imperialistyczne wychowanie brytyjskich collegów. Nic dziwnego zatem, że na pierwszym miejscu stawia ciężką pracę i utylitaryzm. Nic dziwnego też, że jego zdaniem jednostka wybitna (czarownica) musi się wyrzec siebie do tego stopnia, że nie wolno jej posiadać żadnych osobistych przedmiotów. W „Zimistrzu” jest nawet taka scena, w której Tiffany musi wyrzucić jedyny kawałek biżuterii, jaki posiada (mały, srebrny wisiorek), gdyż tytułowy Zimistrz, bóstwo zimy, mógłby dzięki niemu ją wyśledzić i przynieść ze sobą wieczne mrozy do osady, w której mieszka rodzina Tiffany. Innymi słowy, człowiek pełniący publiczną funkcję dla dobra ogółu musi poświęcić się cały. To jest podstawa brytyjskiego wychowania w pigułce. Żeby jeszcze tylko politycy chcieli się tego trzymać.

Jeśli zaś chodzi o ten hedonizm… Cóż, nie da się ukryć, że przede wszystkim czyni on Nac Mac Feeglów komicznymi. To, że spędzają życie na piciu, bijatykach i różnych innych radosnych czynnościach sprawia, że są swego rodzaju wesołymi rozbójnikami. Nie wydaje mi się jednak, żeby Pratchett obdarzył ich taką a nie inną  filozofią życiową wyłącznie w celach humorystycznych. Hedonizm, w świetle tego, cośmy powiedzieli wcześniej, musi mu się wydawać wręcz niebezpieczny, gdyż zmusza jednostki do przedkładania interesu własnego ponad interes grupy, co może prowadzić do zachowań niemoralnych i nieetycznych. Jednak moralność i etyka Feeglów nie dotyczy, nie odczuwają potrzeby czynienia zła, najwyżej są w stanie psocić. Dlaczego? Ano dlatego, że są martwi. Albo przynajmniej w to wierzą. Byli dobrzy, umarli, a potem trafili do lepszego świata, tj. naszego świata (w sensie: świata ludzi).

Za tym zabawnym pomysłem wyraźnie kryje się stare pytanie: „czy przypadkiem nie żyjemy w najlepszym z możliwych światów?” Myślę, że dla Pratchetta, z jednej strony ateisty, z drugiej człowieka głęboko przekonanego o potrzebie moralności, to pytanie jest bardzo ważne. I pociąga za sobą kolejne: „co zrobić, żeby nasz świat był najlepszym z możliwych światów?”. Propozycją odpowiedzi jest to, cośmy powiedzieli o Tiffany Obolałej.

W ten sposób dwa pozornie sprzeczne prądy myślowe zazębiają się. „Zimistrz”, podobnie jak pozostałe powieści z cyklu, nie jest negacją radości życia. Przeciwnie, jest jej wielką afirmacją, ale pokazuje, że wszystko ma swoją cenę.

George R.R. Martin „Taniec ze smokami” – recenzja

Premiera drugiego sezonu „Gry o tron” zbliża się wielkimi krokami. Ja tymczasem czytam „Pieśń lodu i ognia”, literacki pierwowzór serialu, i właśnie skończyłem piąty tom (jak dotąd ostatni, ale planowanych jest siedem), „Taniec ze smokami”.

Po nieco słabszej od pozostałych „Uczcie dla wron” saga Martina znowu nabiera epickiego rozmachu. Na wschodzie, w zamorskich krainach, sytuacja staje się coraz bardziej napięta, gdy Daenerys  zmuszona jest do paktowania ze znienawidzonymi handlarzami niewolników. Coraz głośniej też o niej w Westeros. Szukają jej między innymi Tyrion Lannister, Quentyn Martell, syn księcia Dorne’u, oraz Vicatrion Greyjoy, wuja Theona i kapitan Żelaznej Floty. Nie mniej dramatycznie mają się sprawy na północy. Jon Snow robi co może, by przygotować się na nadchodzące niebezpieczeństwo, ale ma wrogów zarówno wśród wolnych ludzi spoza Ściany, jak i wśród własnych Czarnych Braci. Poza nimi ma też na głowie Stannisa Baratheona, który od północy planuje rozpocząć kampanię odzyskiwania swojego królestwa.

W „Tańcu ze smokami” fabuła sagi natrafia na kilka niespodziewanych zakrętów, więc możecie się spodziewać zaskakujących zwrotów akcji. Nowi gracze dołączą do gry, a wielu starych (między innymi Varys) jeszcze o sobie przypomni. Poza tym jak zwykle, wybaczcie wulgaryzm, „co się polepszy, to się popieprzy”. Zwłaszcza ciężko ma mój ulubieniec Tyrion. Tak, tak, będzie topiony (dwa razy), sprzedany w niewolę i rzucony lwom na pożarcie. Czy jak zwykle uda mu się wykręcić z niebezpieczeństwa? Cóż, nie powiem Wam. Jednym z uroków czytania powieści Martina jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy wreszcie stwierdzi, że tym razem nie żartował i naprawdę zabije któregoś z głównych bohaterów.

Literacko „Tańcowi ze smokami” nic można zarzucić. Język jest jak zwykle piękny i barwny, lekko archaizujący. Autor nieraz zabawia się w cechujące się kronikarską szczegółowością opisy uczt lub strojów, lecz nie zamąca to tempa narracji, która niespiesznie acz nieubłaganie prowadzi czytelnika przez wojenną zawieruchą i pajęczyny dworskich intryg.

Co tu dużo gadać zresztą? Trzeba czytać! Gorąco polecam wszystkim fanom Martina. A kto jeszcze nie miał okazji spotkać się z jego pisarstwem, niech koniecznie sięgnie po otwierającą sagę „Grę o tron” i prędko nadrabia. Książka jest lepsza od filmu. To uniwersalne prawo natury.