„Szaleństwo przychodzi nocą” w nowym, lepszym wydaniu

P1060673Stało się! Dzięki uprzejmości i pracy wydawnictwa Dom Horroru moja debiutancka powieść „Szaleństwo przychodzi nocą” znów ma szansę trafić w ręce czytelników. Poprawiliśmy, co było złego, i dorzuciliśmy mały bonus.

A tak, w swoim czasie, wypowiadał się o książce nie kto inny jak Wielki Grafoman, Cyberneta polskiej literatury rozrywkowej, Andrzej Pilipiuk:

Bardzo ładny opis życia codziennego starego zmęczonego człowieka, który walczy z chorobami i zwykłym zużyciem organizmu, a do tego ma problemy natury paranormalnej. W dodatku zawziął się na niego ćpun-schizofrenik. Atmosfera stopniowo się zagęszcza prowadząc do – jak możemy przeczuwać – wyjątkowo paskudnego finału. Ciekawie skonstruowana rzecz – ale zakończenie trochę mnie rozczarowało – jest odrobinę zbyt amerykańskie w stylu „łubu-dubu” – choć z drugiej strony autor dołożył starań by podciągnąć je parę oczek wyżej niż przyzwyczaiła nas popkultura. Jak na debiut „papierowy” (Grzegorz puścił w świat kilka e-booków) zdecydowanie udana pozycja. Polecam miłośnikom horroru.

Tu z kolei macie wypowiedź weterana i wielkiego jenerała polskiej grozy, Kazka Kyrcza:

Są powieści, dla których warto przegapić swój przystanek i nadłożyć drogi. Takie, które wciągają, zmuszają do myślenia i skutecznie pobudzają wyobraźnię. Oto jedna z nich.

Jeśli jeszcze nie macie swojego egzemplarza „Szaleństwa…”, lećcie do SKLEPIKU WYDAWCY.

Reklamy

Premiera w Sir Locku

p1060529-antique-e1474643835292-768x1024Post zaiwaniony (w dobrej wierze) z SirLock.pl:

Na czwartym piętrze kamienicy pod numerem 47 w Alejach Jerozolimskich, w siedzibie elitarnej Akademii Szpiegów Sir Locka, znajduje się tajemniczy pokój. Nikt nie wiedział, jakie zagadki skrywa, ani jakie niebezpieczeństwa mogą tam czyhać. Do niedawna. W ostatnią niedzielę grupa szczęśliwców (a może wypadałoby rzec „śmiałków”) otworzyła drzwi i ujrzała portret, portret szaleństwa, który zahipnotyzował ich na długie godziny.

Co dokładnie im się przydarzyło, nie jest jasne. Na pytania odpowiadali histerycznym śmiechem. Wiadomo tylko, że kiedy przebywali w pokoju, zza zamkniętych drzwi
dolatywały krzyki. Słychać było nerwowe odliczanie, huk przestawianych przedmiotów. W pewnym momencie jeden z kadetów wyrwał się na zewnątrz i z niezrozumiałych przyczyn zamknął swoje towarzyszki w przerażającej komnacie. Tłumaczył się nieskładnie i dopiero otrząsnąwszy się z szoku, pozwolił je wypuścić. Czynił przy tym mroczne aluzje do Yog-Sothota, mamrotał coś o diabelnym Necronomiconie i bluźnierczych obrazach.

Okoliczności i dokładne przyczyny otwarcia pokoju również owiewa mgiełka tajemnicy. Jeden ze świadków wydarzenia utrzymuje, że prowokatorem zajścia był obłąkany literat, kolekcjoner dzieł sztuki o niejednoznacznych okultystycznych powiązaniach i badacz mitów, niejaki Grzegorz Gajek, postać znana w kręgach ludzi wątpliwej reputacji. Rzekomo miał on zahipnotyzować śmiałków wykorzystując sygnały podprogowe w specjalnie na tę okazję przygotowanej projekcji filmowej. Czy tak było w istocie, trudno orzec. Faktem pozostaje natomiast, że poił uczestników winem, pokazywał im niepokojące obrazy i głośno odczytywał pasaże z „Malowidła”, swego najnowszego bluźnierczego dzieła.

p1060504-900x600Mówi się, że wystąpieniu Gajka towarzyszyły tajemnicze błyski i manifestacje dusz zmarłych, które przemawiały ustami literata. Była wśród nich baronowa Grabińska, o której mrocznej przeszłości wolałbym nie wspominać, zresztą, wszyscy, których szaleństwo, ciekawość bądź przekleństwo losu pchnęły do przeczytania wspomnianej wyżej księgi, będą wiedzieć, o kogo chodzi.

Jakie będą skutki otwarcia tego przeklętego pokoju? Drżę na samą myśl. Coś pękło w osnowie rzeczywistości, coś jedną nogą wkroczyło do naszego świata, choć powinno pozostać na zawsze wyklęte. Możecie śmiać się z tych twierdzeń, ale powiedzcież sami: czy nie jest przedziwnym zbiegiem okoliczności, że gdy tylko śmiałkowie umknęli, gdy tylko zatrzasnęli za sobą drzwi, rozpętała się straszliwa burza przypominająca tajfuny, jakich nie spotyka się w naszym klimacie? Wiem też z pewnego źródła, że kiedy służby porządkowe rankiem po ulewie przetykały przepełnione studzienki kanalizacyjne, natrafiły na liczne zewłoki dziwnych, meduzowatych stworzeń, które niestety (jakże wygodnie!) zaginęły w drodze do laboratorium.

Z tego powodu zaklinam, unikajcie kamienicy w Alejach Jerozolimskich pod numerem 47, unikajcie agentów Sir Locka, zwłaszcza jeśli będą was zapraszali do „zabawy” w „pokoju zagadek” zwanym „Portret szaleństwa. I, na Boga, unikajcie Gajka i jego wstrętnych, wszetecznych ksiąg, z tym najnowszym, najstraszniejszym „Malowidłem” na czele!

Niezbędnik kulturalny steampunkowego kryminalisty

Tytułem wstępu: podczas tegorocznych Dni Fantastyki we Wrocławiu [EDIT: a także podczas Jagaconu w Suchedniowie] miałem przyjemność wygłosić prelekcję poświęconą pisaniu steampunkowych kryminałów. Niestety, jak to często bywa, gdy umysł nieprzywykły do przestrzegania jakiejkolwiek metody czy porządku, zbrakło mi czasu, by powiedzieć wszystko, com zamierzył. Wobec przemożnych ciągot do gadania o wypruwaniu wnętrzności, rozszarpywaniu wątpi i ścinaniu głów nie poświęciłem zbyt wiele czasu książkom i serialom, które mogą pomóc gorliwemu kryminaliście wczuć się w ducha epoki pary. Niniejszym pragnę zadośćuczynić za to uchybienie.

Książki

Zacznijmy po starszeństwie, a zatem od książek. Od razu zaznaczam, że nie będą to utwory steampunkowe; wszak rzecz tkwi w tym, aby do steampunku (który jest stanem ducha bardziej niż konwencją literacką) dojść samemu, własną drogą. Sensowne wydaje się w związku z tym wskazanie startu, a nie mety.

Dan Simmons, „Drood”

droodO czym jest „Drood”? Na wierzchu – o Karolu Dickensie i jego ostatniej, niedokończonej powieści „Tajemnica Edwina Drooda”. Głębiej – o fascynacji złem. Bo Dickens w źle był zakochany. Z cierpienia bliźnich czerpał energię (do wygłaszania moralizatorskich kazań).

Jest to też historia o obsesji i szaleństwie rodzących się w oparach opium. W tym sensie jest ona bardzo steampunkowa, gdyż dekadencja oraz rozkład stanowią kwintesencję tej konwencji.

Co ciekawe Simmons ostatnio napisał też powieść o Sherlocku Holmesie. Niewykluczone, że pasowałaby w niniejszym zestawieniu lepiej niż „Drood”, ale cóż zrobić, jeszcze nie miałem przyjemności się z nią bliżej zapoznać.

Anthony Horowitz, „Dom jedwabny”

dom-jedwabny-b-iext4622088A skoro już o Sherlocku mowa… Zakładam, że nie śmielibyście czytać tego tekstu, nie mając korpusu dzieł Arthura Conan Doyle’a w małym palcu. Dlatego chciałbym Wam polecić powieść jego wielkiego spadkobiercy, Anthony’ego Horowitza. W „Domu jedwabnym” znajdziecie wszystko, co powinno trafić do dobrego steampunkowego kryminału, a więc zwyrodniałych arystokratów, wstrząsające zbrodnie, chciwych sensacji dziennikarzy i, oczywiście, obowiązkowy pościg w dwukonnych bryczkach. Ponadto Horowitz wnosi do historii o największym detektywie wszechczasów drobinę cynizmu, której wymaga wrażliwość dzisiejszego czytelnika. Doyle’owski Holmes, choć wciąż wspaniały, zestarzał się ociupinkę, zdziecinniał w swym przepastnym fotelu, w cieple gazowego kominka.

Karol Dickens, „Oliver Twist” (albo którakolwiek inna z jego powieści)

oliver-twist-charles-dickens-paperback-cover-artJak wspomniałem, Dickens, choć kryminałów (czy też powieści sensacyjnych, jak to się wonczas mówiło) nie pisywał, do zbrodni czuł wielkie ciągoty. Na kartach jego książek roi się od skazańców, zbiegłych więźniów, złodziei, oszustów i inszych podejrzanych typów. Wieść gminna głosi, że przygotowując się do napisania felietonu krytykującego publiczne egzekucje zebrał radosną kompanię birbantów i specjalnie wynajął pokoje blisko placu straceń, aby nie stracić miejsc w pierwszym rzędzie i móc się rozkoszować pełnią makabrycznych wrażeń.

Mimo iż pobudki wielkiego pisarza pozostają niejasne, bystrości jego oka i ostrości pióra nie można kwestionować. Warto w związku z tym dać mu się poprowadzić do świata nędzarzy, więźniów skazanych za długi i młodocianych rzezimieszków.

Seriale

„Ripper Street”

ripper-street__140523025227„Ripper Street” to serial kryminalny, który zabiera nas na ulice Whitechapel, osławionej londyńskiej dzielnicy morderców, kurew i handlarzy opium. Przeszła ona do historii, gdy pewnej nocy u progu jesieni 1888 r. nawiedził ją tajemniczy osobnik zwany z początku Skórzanym Fartuchem, a później – Kubą Rozpruwaczem (z angielska Jackiem Ripperem, stąd tytuł). Akcja toczy się kilka lat po tamtych wydarzeniach, lecz widmo psychopatycznego mordercy zdaje się nigdy nie odstępować głównego bohatera, inspektora Edmunda Reida (wybitna, wybitna i jeszcze raz wybitna kreacja Matthew Macfadyena).

Twórcom znakomicie udało się oddać atmosferę brudnego i zdeprawowanego Londynu u schyłku XIX wieku. Przy okazji pochylili się nad kilkoma problemami, o których często zapominamy, gdy marzą nam się historie z pięknymi damami i eleganckimi dżentelmenami w rolach głównych. Pokazali m.in. brutalność policji, uznającej pałowanie za całkowicie normalną technikę prowadzenia przesłuchań. Przypomnieli też widzom, że był taki czas, gdy dzieci nie mogły liczyć na żadną pobłażliwość ze strony prawa (ostatecznie, skoro pracowały jak dorośli, to i powinny być sądzone jak dorośli, prawda?).

„Śmierć w Pemberley”

433_DCTP_25July13Pamiętacie „Dumę i uprzedzenie”? A wiedzieliście, że baronessa Phyllis Dorothy James z Holland Park, lepiej znana jako P.D. James, popularna autorka kryminałów, napisała kontynuację tejże powieści? A jakże, tak było, w dodatku złośliwie wcisnęła tam morderstwo. Skutek okazał się ciekawy i temat zaraz podchwyciła BBC, która postanowiła przełożyć książkę na język ruchomych obrazków (a zatem ten punkt na mojej liście to takie trochę dwa w jednym).

Tylko co to ma do steampunku? Niby rzecz się dzieje w XIX wieku, ale w jego pierwszej połowie, a to druga (mijająca pod znakiem rządów królowej Wiktorii) częściej stanowi dla nas źródło inspiracji. Ponadto akcja „Śmierci w Pemberley”, podobnie jak „Dumy i uprzedzenia”, toczy się w kręgu kultury dworskiej. A zatem w kadrze nie mieszczą się żadne nowinki technologiczne, żadni dziarscy inżynierowie, żadne rozkrzyczane sufrażystki. Punku tam nie ma ani grama, wszystko jest ładniutkie, równiutkie, poukładane. Po co to zatem czytać/oglądać?

Autorzy steampunkowi, tworząc swoje światy, przeważnie próbują uchwycić moment tuż po upadku pewnego porządku. Warto jednak wiedzieć, jaki to był porządek. I tu właśnie przychodzi nam z pomocą P.D. James. Tak jak w „Ripper Street” możemy oglądać narodziny nowoczesnej kryminalistyki, tak w „Śmierci w Pemberley” mamy do czynienia z (w najlepszym razie) protokryminalistyką. Autopsje? „Bluźnierstwo!”. Dowody? „Ja żem widział, jak łon tam szedł, wasza miłość”. Profile psychologiczne? „Wszak człek ten jest do cna zepsutym!”.

„Detektyw Murdoch”

1632712407_68527242001_murdoch-640x330Ten sympatyczny kanadyjski serial na pierwszy rzut oka mógłby się wydawać bliski „Ripper Street”, no bo mówi się w nim o TRUDNYCH SPRAWACH. Wiecie, homoseksualizm (w XIX w. uważany za przestępstwo i surowo karany), rasizm (w XIX w. nie uważany za przestępstwo, ani nawet przejaw złego smaku), eugenika (prababcia inżynierii genetycznej), wzmiankowana już brutalność policji itp. Jednak wszystko to podane w zupełnie innym sosie. W świecie Murdocha źli ludzie są… no, źli. A gliniarze to poczciwe chłopaki z sąsiedztwa. Fakt, bywa, że inspektora nerwy poniosą i komuś przywali, ale to nie po złości, panie złoty, nie po złości. Zresztą, wszystko zawsze dobrze się kończy. A zatem, jeśli chcecie wejść w problematykę społeczną XIX w. nie opłacając tego depresją, tylko ot, tak, rozrywkowo, to ten serial jest dla Was. Przy okazji tytułowy bohater (zwany czasem „the artful detective”, czyli powiedzmy „pomysłowym detektywem Dobromirem”) uwielbia nowinki techniczne, więc co i rusz wynajduje jakieś lampy UV albo walczy z telegrafami, fonografami i tym podobnymi ustrojstwami. Od czasu do czasu udaje mu się nawet popchnąć medycynę o parę dekad naprzód, gdy – dajmy na to – dokonuje przełomu w badaniach nad grupami krwi. Oczywiście śmieję się, lecz niech Was nie zrazi mój ton, gdyż, ogólnie rzecz obejmując, scenarzyści „Murdocha” robią porządny risercz, dzięki czemu serial może dać Wam niezły ogląd tego, co w XIX-wiecznej kryminalistyce było już praktykowane, i tego, co było teoretycznie możliwe, biorąc pod uwagę ówczesny poziom rozwoju technologicznego.

Na zakończenie

Mam nadzieję, że powyższe zestawienie okaże się przydatne w literackich zmaganiach z konwencją kryminału steampunkowego albo chociaż pomoże Wam w poszukiwaniu rozrywek na wakacyjne wieczory. Serdecznie zapraszam na prelekcję „Krew i para, czyli elementarz kryminału steampunkowego”, którą okazjonalnie wygłaszam na konwentach.

O kolekcjonowaniu typów ludzkich

pisarzPisarz to ponure indywiduum o fizjonomii grabarza, które dnie całe przepędza na podglądaniu, szczególne znajdując upodobanie w tropieniu wariatów. Krotochwilom takim oddaje się z uporem, jak zwykło się mawiać, godnym lepszej sprawy. Jeśli kto nie zasłoni wieczorem okien, pisarz wnet spoziera mu do kuchni, a i na zasłonkach nieraz ogląda teatrzyk cieni. Udając, że przegląda gazetę, w miejscach publicznych przysłuchiwa się rozmowom. W toalecie kryje się nie za fizjologiczną potrzebą, ale dla rejestrowania ekstraordynaryjnych kloacznych odgłosów. Wreszcie, w autobusach i tramwajach, ogluje ładne dziewczęta, mimo iż żonaty, bo wszak „kolekcjonuje typy”, a czymże by była literatura bez heroin?

Ale czemuż on to robi? Czy jest to jakiś perwerta (znaczy się zboczeniec)? Bez wątpienia, choć nie erotycznej natury.

Mógłby ktoś pomyśleć, że podglądactwo pisarza ma cel kronikarski, że dokumentuje on nieskończenie różnorodną rzeczywistość i próbuje (niczym jakowyś kosmiczny Syzyf) zatrzymać upływ czasu, powstrzymać niekończącą się degradację tkanek, przenosząc istotę materii podglądanej w przestrzeń idei. A gdzież tam! Łotr ów szuka jedynie pożywki dla niezaspokojonej swej fantazji, by móc potem oddawać się plotkarstwu najparszywszej odmiany i uprawiać potwarz tudzież donosicielstwo. Weźmy taki przykład: autobus, godziny szczytu, on stary, ona młoda, trzymają się za ręce. Cóż to za awantura? Ano, gadają (kto gada do rzeczy nie należy), że stary otruł żonę, dzieweczka zaś (zdałoby się, wcielenie anielskiej niewinności), w istocie miała cielesne stosunki z własnym ojcem, co stało się źródłem poważnego kompleksu na tle erotycznym. I co z tego będzie? Ano morderstwo, jak nic kolejne morderstwo!

Tak to pisarz przekształca otaczającą go rzeczywistość dla pofolgowania nieprzystojnym ciągotom. A przynajmniej zwykł to czynić – drzewiej, w lepszych czasach. Bo dziś, cóż, internet, panie, literat za komputerem siedzi, na Fejsbuku grzebie, a tam, wiadomo,  nieprawda, wszystko nieprawda, fikcja najczystszej próby i plotki tak wstrętne, że inszych tworzyć nie ma po co. Można myśleć: kryzys, pisarz redundantny. W żadnym razie. Dla zboczeńców zawsze znajdzie się miejsce.

Niemniej trzeba iść z duchem czasu. Ongiś, gdy udawał się pisarz, dajmy na to, do sklepu, każdy przechodzień był mu ofiarą: co jeden to oryginał. Teraz na ulicach prawie już patrzeć nie ma na co, bo człowiek do człowieka podobny jak do ciastka ciastko. Nosów wstrętnych ubywa z każdym dniem, wariaci siedzą grzecznie w przytułkach, co drugi zdrowo się odżywia, co trzeci uprawia jogę… I jak tu zmyślać utopie! Niby tam gdzieś jakaś wojna, niby ktoś kogoś maczetą zarąbał, lecz skąd to wszystko wiadomo? Przecież z Fejsbuka, a tam, ustaliliśmy, bezustanne blagierstwo. Cóż zatem pozostaje? Ano nic tylko się przystosować, przekręcić północ ku południowi, plus ku minusowi, bieg literackich fluidów odwrócić i tworzyć rzeczywistość. Tak, tak, mili Państwo, niech rzeczywistość tkwi nam teraz wewnątrz literata, a świat niech podgląda, przeinacza, obraca prawdę w plotkę. Zaraz w zakładach chirurgii plastycznej posypią się zamówienia na nosy w typie bokserskim, małe biusta, usta wąskie, zaraz ludzie zaczną sobie paluchy u stóp wyłamywać, aby móc się pochwalić chodem cudaczym, zaraz przestaniemy gadać do siebie, udając, że korzystamy z zestawów głośno mówiących, a zaczniemy gadać do zestawów głośno mówiących, udając, że gadamy do siebie.

Tak będzie! Taka właśnie nowa rola pisarzy! Inaczej być nie może…

Co się robi pod koniec roku…

Don_Quixote_10Nadszedł czas, w którym tradycyjnie podsumowujemy rok miniony tudzież plany czynimy na rok nadchodzący. Jeśli chodzi o mnie, do podsumowywania jest niewiele, a plany to takie splątane nieszczęście, że nie wiada, jak się za to zabrać. Niemniej popróbuję.

Na początek, co łatwo prześledzić, wyraźnie zaniedbałem ten zakątek cyberprzestrzeni, który właśnie odwiedzasz, Miły Czytelniku. Ja z natury mało jestem wylewny, stąd może to wieczne przekładanie nowych wpisów „na jutro”. Albo zagiąłem czasoprzestrzeń i właśnie minęło półroczne dziś (tzn. wczoraj) i wreszcie do owego jutra dotarłem. Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.

Tak czy siak, skoro już piszę, a nawet powziąłem zamysł, coby spisać dzieje me z kończącego się właśnie roku, popatrzmy, co też się wydarzyło.

W ogólnym rozrachunku minione dwanaście miesięcy przyniosło mi kilka poważnych zawodów, zmęczyło mnie, wytarmosiło za uszy. Przybyło mi dłużników (co pewnie lepsze jest, niż gdyby przybyło mi długów), zmieniłem pracę, naużerałem się z wydawcami. Było też kilka lepszych momentów. Moje opowiadania pokazały się w trzech antologiach, zawitałem na kilku konwentach, zaklepałem sobie miejsce na przyszły rok w Nowej Fantastyce, a także w kilku zbiorkach, które dopiero powstają. Nie zmienia to jednak faktu, że pod wieloma względami znalazłem się na rozdrożach.

Od jakiegoś czasu narasta we mnie jakiś niepokój i niezadowolenie z tego języka, którym gadam poprzez większość moich tekstów. Stąd chaotyczne i gorączkowe poszukiwania nowej przestrzeni, nowych słów, min i grymasów, w których mógłbym się odnaleźć. Dręczy mnie tęsknota za teatrem i muzyką. Plany, żeby zrobić coś z tym pierwszym, jak dotąd nie wypaliły. Co do tego drugiego, to wraz z moim przyjacielem Radkiem Dubiszem zacząłem rozkręcać projekt, który ma na celu połączenie naszej wspólnej fascynacji muzyką elektroniczną (myśl Vangelis, Jean-Michel Jarre itp.) i literaturą science-fiction. Pierwsze efekty już słychać i dotąd jesteśmy zadowoleni, więc po Nowym Roku pewnie ruszymy z tym na poważnie (nasz profil na SoundCloudzie).

Jeśli chodzi o pismactwo, to nagle, i zgoła niespodziewanie, popadłem w okołosteamowe klimaty, targając za sobą bagaż umiłowania do makabry i grozy, rzecz jasna, lecz także odnajdując niemałą radość w snuciu intryg kryminalnych. Być może niedługo przedstawię Wam dwóch detektywów, którzy w ludziach szukają resztek człowieczeństwa, a w rynsztokach sprawiedliwości, ale na razie sza!

Planów powieściowych nie mam, choć pomysły, a i owszem. Jednak moje dwie ostatnie książki wciąż czekają na werdykt wydawców, więc nie spieszno mi zaczynać coś nowego. Tym bardziej, że nie bardzo wiem, w jakim kierunku się zwrócić, czy ciągnąć coś starego, czy szukać czegoś nowego.

Mówiąc krótko, mam za sobą wredny, przejściowy rok, rok czekania, w którym nic nie poszło do końca tak, jak to sobie założyłem. Cóż, tak bywa. Wierzę, że w nadchodzących miesiącach coś się wyklaruje. I, jak zwykle, gdy coś mi się nie udaje, czuję się podekscytowany, bo porażka oznacza, że będę mógł zacząć coś nowego. To się nazywa kompleks Don Kichota.

Reklama

Dziś będzie krótko, węzłowato i materialistycznie. Dwie antologie, które zapowiadałem jakiś czas temu, można już nabyć (drogą kupna, bo jakżeby inaczej), do czego też z całego serca Was zachęcam.

Zacznijmy może od przedwczorajszej premiery, czyli „Księgi Wampirów”, którą można dorwać TUTAJ. Poniżej opis z okładki:

236389-352x500Tęsknisz za bezwzględnymi bestiami lub arystokratycznymi, lecz bezlitosnymi krwiopijcami? Pragniesz prawdziwej, gęstej i pachnącej człowiekiem krwi? Masz dość brokatowej popkulturowej papki?

Wampir – to kiedyś brzmiało dumnie. Przywróćmy sens temu słowu i niech na nowo króluje bezpretensjonalna przemoc!

„Księga Wampirów” zabierze Cię na szaloną przejażdżkę przez najciekawsze wampirze historie – retro, high-end, postapo, klasyka czy satyra. Spotkasz tutaj zarówno wampiry uzbrojone w kły i pazury, jak i energetycznych cwaniaków. Wszystkie na równi prawdziwe i niebezpieczne.

Dwudziestu zbuntowanych przeciwko dziwnym trendom autorów postanowiło na nowo zdefiniować obraz wampira. To już nie jest zakochany nastolatek…

Dołącz do szeregu albo chwytaj za krzyż i walcz! To nowa epoka. Krwawa i NASZA.

W antologii tej znalazło się moje opowiadanie Wampir. Tytuł mało zaskakujący, ale treść, mam nadzieję, już nieco bardziej, gdyż postanowiłem temat wampiryzmu wykorzystać w konwencji z jednej strony lekko sf-owej, a z drugiej troszeczkę kryminalnej, próbując przy tym wydobyć najmroczniejsze i najbardziej pierwotne elementy historii o demonicznych krwiopijcach.

Teraz weźmy na warsztat „Toystories”, zbiorek wydany przez młodziutkie wydawnictwo Morpho. Premiera miała miejsce w ostatnią sobotę. Książkę można znaleźć TUTAJ.

1545623_1458828714344953_1784380529_nAntologia „Toystories” to kompilacja intrygujących opowiadań zarówno pisarzy ze sporym dorobkiem literackim, jak i debiutantów, a utwory w niej zawarte ujmują świeżością pomysłów, wprawnym warsztatem oraz zaskakującymi twistami fabuły. Ten zbiór dowodzi, że bez względu na wiek można się świetnie bawić czytając o zabawkach. Również o tych, których nie chcielibyśmy spotkać w dziecięcych pokojach. – Stefan Darda

Każde z nas kiedyś bawiło się zabawkami… A co by się stało, gdyby zabawki postanowiły pobawić się nami, ludźmi? Czy wówczas także uważalibyśmy to za zabawne? Czy byłby to powód do radości? Wątpię. Takim powodem jest natomiast „Toystories” – zbiór świetnych opowiadań, które pobudzają wyobraźnię i pozostają w pamięci na długo po zakończeniu lektury. – Kazimierz Kyrcz Jr

W tym zbiorku znalazło się z kolei moje opowiadanie Arte factum. Co ciekawe, jest ono związane z Wampirem, gdyż występuje tu ten sam bohater, cyniczny najemnik imieniem Sewerus. Jeśli kogoś to interesuje, o jego innych przygodach można też poczytać w opowiadaniach Synowie Kaina i Angelwing, które trafiły do mojego darmowego zbiorku „Sen, brat śmierci” (do pobrania TUTAJ). Arte Factum jest dość długim tekstem, mój kolega Julek Wojciechowicz (również zaangażowany w projekt „Toystories”) śmiał się, że to praktycznie mikropowieść. Ale dzięki temu miałem szansę pokazać spory kawałek świata, który w mojej głowie dojrzewa już od paru lat, a także opowiedzieć trochę więcej o samym Sewerusie, nadać jego przeszłości bardziej namacalną formę.

Mam nadzieję, że i Wy zechcecie się z nim zapoznać. Jest brzydki, zgorzkniały, bywa okrutny, absolutnie nie pozostaje w zgodzie ze swoim wewnętrznym dzieckiem, lecz myślę, że w jego towarzystwie nie będziecie się nudzić.

E-booki, antologie, konkursy

Łojzicku, dawno mnie tu nie było. Blogowy cybergrzyb zdążył się już tak rozrosnąć, że mógłbym z nim zacząć grać w szachy. Wytłumaczenie mam dość prozaiczne i, zdaje się, słyszeliście je już nieraz: byłem zajęty. Pracowicie spędzam czas, pracowicie. A ziarna tej pracy właśnie dają plon i o tym dwa słowa chciałbym Wam powiedzieć.

Zacznijmy może od nowości wydawniczych. Część z nich już zapowiadałem, ale teraz jesteśmy blisko premier, więc mogę Was pokatować materiałami promocyjnymi.

Zacznijmy może od nowej odsłony hardcore’wego zbiorku „Gorefikacje”. Oto krótka zapowiedź tego e-booka, przygotowana przez Tomka Siwca:

Zdaje się, że moje nazwisko gdzieś tam się zagubiło, ale w ostatecznym zbiorze ma się znaleźć. A poniżej okładka:

1526326_261642233992100_886760360_n

Prawda, że sympatycznie? Aha, datę premiery wyznaczono na 1 marca 2014 r.

Następna na liście jest antologia „Toystories”, w której znajdzie się moja… właściwie mikropowieść „Arte factum”. W rolach głównych, być może już Wam znani, bohaterowie opowiadań „Synowie Kaina” i „Angelwing”, czyli Sewerus i Serafin. Premiera przewidziana jest na marzec, choć konkretnego dnia jeszcze nie znam. Znam za to opinię notorycznego horrorysty, niejakiego Stefana Dardy, i pozwolę ją sobie zacytować:

1545623_1458828714344953_1784380529_nAntologia „Toystories” to kompilacja intrygujących opowiadań zarówno pisarzy ze sporym dorobkiem literackim, jak i debiutantów, a utwory w niej zawarte ujmują świeżością pomysłów, wprawnym warsztatem oraz zaskakującymi twistami fabuły. Ten zbiór dowodzi, że bez względu na wiek można świetnie się bawić czytając o zabawkach. Również o tych, których nie chcielibyśmy spotykać w dziecięcych pokojach.

O zbiorku pochlebnie się wyraża również Kazek Kyrcz, nie mniej notoryczny straszyciel, czasem nazywany Juniorem:

Każde z nas kiedyś bawiło się zabawkami… A co by się stało, gdyby zabawki postanowiły pobawić się nami, ludźmi? Czy wówczas także uważalibyśmy to za zabawne? Czy byłby to powód do radości? Wątpię. Takim powodem jest natomiast „Toystories” – zbiór świetnych opowiadań, które pobudzają wyobraźnię i pozostają w pamięci na długo po zakończeniu lektury.

No i wreszcie przyszła kolej na „Księgę Wampirów”. Oto krótki opis i okładka:

236389-352x500Tęsknisz za bezwzględnymi bestiami lub arystokratycznymi, lecz bezlitosnymi krwiopijcami? Pragniesz prawdziwej, gęstej i pachnącej człowiekiem krwi? Masz dość brokatowej popkulturowej papki? Wampir – to kiedyś brzmiało dumnie. Przywróćmy sens temu słowu i niech na nowo króluje bezpretensjonalna przemoc!

„Księga Wampirów” zabierze Cię na szaloną przejażdżkę przez najciekawsze wampirze historie – retro, high-end, postapo, klasyka czy satyra. Spotkasz tutaj zarówno wampiry uzbrojone w kły i pazury, jak i energetycznych cwaniaków. Wszystkie na równi prawdziwe i niebezpieczne.

Dwudziestu jeden zbuntowanych przeciwko dziwnym trendom autorów postanowiło na nowo zdefiniować obraz wampira. To już nie jest zakochany nastolatek…

Dołącz do szeregu albo chwytaj za krzyż i walcz! To nowa epoka. Krwawa i NASZA.

Data premiery jeszcze, niestety, nie znana, ale mam nadzieję, że Studio Truso nie każe nam zbyt długo czekać.

To tyle jeśli chodzi o nowości wydawnicze. Teraz przejdę do serii odezw do Narodu. Otóż rozmaite płody mej zwyrodniałej twórczości biorą udział w kilku konkursach. Jeśli lubicie to, co piszę, macie okazję dać temu wyraz i zagłosować. W większości przypadków czas już tylko do końca stycznia.

Okej, to po kolei:

TUTAJ znajdziecie plebiscyt Nowej Fantastyki, w którym udział bierze moje opowiadanie „Żałoba ludów”.

Z kolei TUTAJ konkurs na najlepszy e-book minionego roku. W szranki stanął mój zbiorek „Sen, brat śmierci”.

No i wreszcie dochodzimy do plebiscytu o chwytliwej nazwie „Złoty kościej”. W nim biorą udział obie moje powieści (w oddzielnych działach, więc głosując nie musicie ograniczać się tylko do jednej;]), „Ciemna strona księżyca” oraz „Szaleństwo przychodzi nocą”. Znajdą się tam też dwie antologie, w których maczałem palce, „Gorefikacje” (cz. I) i „Zombiefilia”. Z kolei w kategorii „wydawca” startuje bliskie memu sercu Studio Truso. Tak że wybór macie spory. Instrukcje odnośnie do głosowania znajdziecie TUTAJ.

No. To więcej grzechów nie pamiętam. Trzymajcie się ciepło.