Muzyka sfer

10410777_766075333469530_7939364293059229451_nJakiś czas temu opowiadałem Wam o tym, że do moich licznych planów na rok 2015 należy rozkręcenie projektu związanego z muzyką elektroniczną w klimatach s-f. No i stało się, wyszliśmy z mroku. Jest nas dwóch, nazywamy się GeaR i spędzamy dnie na wsłuchiwaniu się w dźwięczenie ciał niebieskich.

Jeśli zajrzycie na nasz profil na FB (do czego zachęcam), to znajdziecie tam następujący manifest:

Pitagoras twierdził, że muzyka jest spoiwem kosmosu. Celem GeaR jest przetworzenie tego spoiwa na elektroniczne brzmienia.

Jeśli wierzyć greckiemu filozofowi, odległe nebule, umarłe gwiazdy, pulsary i nieprzebrane roje planet bezustannie dźwięczą w tajemnicznej harmonii wszechrzeczy. Jako ludzie wychowani na literaturze i kinie s-f, na Lemie, Strugackich, Asimovie i Clarku, myślami często błądzimy po odległych zakątkach wszechświata, trawersujemy rakietowe szlaki, marzymy o obcych światach i nieodkrytych cywilizacjach: czasem zapierających dech w piersi, a czasem przerażających. Chcielibyśmy podzielić się z Wami dźwiękowymi obrazkami z tych podróży, stworzyć coś, przy czym dobrze będzie wam się czytało, grało w RPG albo po prostu dumało o tym, co leży poza ostatnią granicą.

Ja i Radek (GiR, hehe) na co dzień pokazujemy światu ponure gęby, ale w głębi ducha, jak być może domyślacie się po powyższym opisie, jesteśmy marzycielami. Bezdeń kosmosu, choć czasem straszna, ma w sobie też coś romantycznego. Jeśli odczuwacie czasem jej magnetyczne oddziaływanie, to zachęcam do przesłuchania naszej playlisty z SoundClouda. Słuchajcie i piszcie, co myślicie!

Przy okazji chciałbym Wam też pokrótce opowiedzieć, co zadecydowało o tym, że postanowiłem się w taki projekt zaangażować.

Ktoś kiedyś powiedział, że tam, gdzie nie sięgają słowa, zaczyna się muzyka. I tak chyba właśnie jest ze mną. Gdy burzą się we mnie jady, piszę i to przynosi ulgę. Odganiam demony. Ale czasem to zwyczajnie za mało. Literacki świateczek też ma swoje szatany; kiedy ostatnie słowa zostaną powierzone pamięci komputera, rzeczywistość o sobie przypomina, zaczynają się poprawki, negocjacje z wydawcami itd. Muszę mieć dodatkowy wentyl bezpieczeństwa. Niegdyś go miałem w postaci studenckiej kapeli rockowej i teraz poczułem, że znów potrzebne mi jest coś takiego.

Druga sprawa to to, że świat cierpi na chroniczny niedobór piękna. Miniony rok przeżuł mnie i zmaltretował tak, że odczułem to silniej niż kiedykolwiek. Dom i praca, praca-dom, w domu znaczki. No i kasa. Całe szczęście rzuciłem już tłumaczenia ekonomiczno-finansowe, bo mamoniczny grzyb w końcu przeżarłby mi mózg. Sztuka jest nam potrzebna jak powietrze, jeśli nie bardziej. Sztuka w każdej postaci – popsztuka nie jest w niczym gorsza od, ekhem, sztuki wysokiej. Stąd ta gwałtowna potrzeba, żeby grać. Grać i pisać, pić wino i opychać się dobrym żarciem – oto mój plan na najbliższy rok.

Reklamy

Co się robi pod koniec roku…

Don_Quixote_10Nadszedł czas, w którym tradycyjnie podsumowujemy rok miniony tudzież plany czynimy na rok nadchodzący. Jeśli chodzi o mnie, do podsumowywania jest niewiele, a plany to takie splątane nieszczęście, że nie wiada, jak się za to zabrać. Niemniej popróbuję.

Na początek, co łatwo prześledzić, wyraźnie zaniedbałem ten zakątek cyberprzestrzeni, który właśnie odwiedzasz, Miły Czytelniku. Ja z natury mało jestem wylewny, stąd może to wieczne przekładanie nowych wpisów „na jutro”. Albo zagiąłem czasoprzestrzeń i właśnie minęło półroczne dziś (tzn. wczoraj) i wreszcie do owego jutra dotarłem. Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.

Tak czy siak, skoro już piszę, a nawet powziąłem zamysł, coby spisać dzieje me z kończącego się właśnie roku, popatrzmy, co też się wydarzyło.

W ogólnym rozrachunku minione dwanaście miesięcy przyniosło mi kilka poważnych zawodów, zmęczyło mnie, wytarmosiło za uszy. Przybyło mi dłużników (co pewnie lepsze jest, niż gdyby przybyło mi długów), zmieniłem pracę, naużerałem się z wydawcami. Było też kilka lepszych momentów. Moje opowiadania pokazały się w trzech antologiach, zawitałem na kilku konwentach, zaklepałem sobie miejsce na przyszły rok w Nowej Fantastyce, a także w kilku zbiorkach, które dopiero powstają. Nie zmienia to jednak faktu, że pod wieloma względami znalazłem się na rozdrożach.

Od jakiegoś czasu narasta we mnie jakiś niepokój i niezadowolenie z tego języka, którym gadam poprzez większość moich tekstów. Stąd chaotyczne i gorączkowe poszukiwania nowej przestrzeni, nowych słów, min i grymasów, w których mógłbym się odnaleźć. Dręczy mnie tęsknota za teatrem i muzyką. Plany, żeby zrobić coś z tym pierwszym, jak dotąd nie wypaliły. Co do tego drugiego, to wraz z moim przyjacielem Radkiem Dubiszem zacząłem rozkręcać projekt, który ma na celu połączenie naszej wspólnej fascynacji muzyką elektroniczną (myśl Vangelis, Jean-Michel Jarre itp.) i literaturą science-fiction. Pierwsze efekty już słychać i dotąd jesteśmy zadowoleni, więc po Nowym Roku pewnie ruszymy z tym na poważnie (nasz profil na SoundCloudzie).

Jeśli chodzi o pismactwo, to nagle, i zgoła niespodziewanie, popadłem w okołosteamowe klimaty, targając za sobą bagaż umiłowania do makabry i grozy, rzecz jasna, lecz także odnajdując niemałą radość w snuciu intryg kryminalnych. Być może niedługo przedstawię Wam dwóch detektywów, którzy w ludziach szukają resztek człowieczeństwa, a w rynsztokach sprawiedliwości, ale na razie sza!

Planów powieściowych nie mam, choć pomysły, a i owszem. Jednak moje dwie ostatnie książki wciąż czekają na werdykt wydawców, więc nie spieszno mi zaczynać coś nowego. Tym bardziej, że nie bardzo wiem, w jakim kierunku się zwrócić, czy ciągnąć coś starego, czy szukać czegoś nowego.

Mówiąc krótko, mam za sobą wredny, przejściowy rok, rok czekania, w którym nic nie poszło do końca tak, jak to sobie założyłem. Cóż, tak bywa. Wierzę, że w nadchodzących miesiącach coś się wyklaruje. I, jak zwykle, gdy coś mi się nie udaje, czuję się podekscytowany, bo porażka oznacza, że będę mógł zacząć coś nowego. To się nazywa kompleks Don Kichota.

Dłubię se

Żadnych sensacyjnych wieści niestety nie mam. Za to dwa szybkie newsy z mojego prywatnego światka literackiego oraz jeden ze świata wielkiej muzyki pragnę Wam przedstawić.

Zacznijmy ode mnie.

Nr 1: Ukazał się nowy numer Qfantu, a w nim moje opowiadanie „Lwica”. Serdecznie zachęcam do lektury. Tym bardziej, że to jeden z nielicznych przypadków, w których zdecydowałem się uczynić główną bohaterkę… no, główną bohaterką. Znaczy się, kobietą. Na pewno chcecie się przekonać, jak głębokie zrozumienie kobiecej psyche posiadłem, prawda? No a poza tym ci z Was, którzy choć raz w życiu byli w zoo, ponad wszelką wątpliwość zadali sobie pytanie: „Co by było, gdyby pomiędzy mną a tym lwem nie stała krata?” Ja zadałem sobie takie pytanie, pisząc tekst, do którego lektury Was namawiam. Link do numeru TUTAJ.

Nr 2: Na stronie internetowej magazynu Kontury pojawiło się moje opowiadanie „Vitus i Czarne Karły”. Oczywiście również zachęcam do lektury. W tym wypadku możecie się przekonać, jak sobie radzę na dość nietypowym dla mnie poletku młodzieżowej fantasy. Tekst zresztą bazuje na historii, którą wymyśliłem dobrych dziesięć lat temu, więc daje pewne pojęcie o moich literackich korzeniach. LINK

A teraz pora na dużego newsa. Chociaż może właściwie „news” to kiepskie określenie, bo w sumie sprawa niedługo będzie już nieaktualna. Może zatem nazwijmy to „dużym wydarzeniem”.

To „duże wydarzenie” to koncert legendarnego zespołu Queen (albo przynajmniej jego 51%), który odbędzie się już w najbliższą sobotę we Wrocławiu. I ja tam będę. Koszulka z godłem już kupiona. O, takim jak widać na ilustracji. Oczywiście człowieczek, który z nimi śpiewa nie równa się z nieodżałowanym Farokhiem Bulsarą, ale jak się nie ma co się lubi… W każdym razie spodziewam się wypasionego widowiska.

Jak wrócę, to pewnie się podzielę wrażeniami.