Dalej od ognia

P1020086Mam ambiwalentny stosunek do cywilizacji. Z jednej strony dorastałem w blasku świateł, kołysany do snu zaśpiewem tramwajów gnających po szynach prowadzących Bóg wie dokąd. Z drugiej — nieraz odbieram miasto jako opresyjne. Gdzie się nie ruszę, ściga mnie internet, satelity gapią się natrętnie z orbity, w pracy pełzają wokół mnie kable, w autobusach prą na mnie gęby. Nic tylko wyć!, uciekać!

Więc uciekam.

Ostatnio — do Puszczy Białowieskiej. Kryje się w tych lasach jakaś moc, drzewa tamtejsze zdają się, jak pisał Tolkien, zenciałe. A może to zdrzewiali entowie? Człowieczkowie z kolei, silniej niż gdzie indziej, emanują tymczasowością, jakby przycupnęli tam tylko na chwilkę; przegnańcy, tułacze. Oczywiście świadom jestem, że mitologizuję, lecz gdzie mit, tam moc. Silne muszą być puszczańskie bogi, jeśli, mimo tego iż mordujemy ich od wieków, wciąż jeszcze potrafią oddziaływać na maluczkich takich jak ja.

Niestety, przed cywilizacją trudno uciec. Bo cóż robiłem w Puszczy? Polowałem na żubry. Z aparatem, ma się rozumieć. Przewodnik zabrał mnie na polanę, na której pobudowaliśmy ordynarne paśniki dla tych majestatycznych bestii. I żarły tam one nasze ludzkie siano, niespecjalnie wiele robiąc sobie z mej obecności, dopóki nie podlazłem za blisko. A zatem dzikość ugłaskana, wygodna, jeśli nie liczyć potrzeby zerwania się rańcem — o godzinie, o której większość z nas rusza do pracy.

Niemniej przeżycie samo w sobie było dla mnie, mieszczucha, ekscytujące. I ile energii mogłem przejąć od króla-pozoranta (ile w nim jej jeszcze zostało z czasów demonicznych), tyle przejąłem. Oczyściłem się.

Obok tego oddawałem się rozrywkom bardziej przyziemnym i podnietom zgoła niemistycznym. Grałem w gry planszowe, spałem, jadłem nieprzyzwoicie duże ilości nieprzyzwoicie tłustego jedzenia, spędzałem czas ze znajomymi. Skorzystam zresztą z okazji i przyzwę tu postać jednego, a właściwie jednej, z nich, a mianowicie Pauliny Król, zapalonej promotorki literackiego horroru i pisarki (koniecznie odwiedźcie jej BLOG), którą wreszcie miałem okazję poznać niewirtualnie. Przy kawie, gdy za oknem zamieć, mieliśmy okazję… ekhem… omówić ważne sprawy rozmaitych osób z naszego grozoidalnego wszechświatka. A poza tym pogadać o planach, o magii Puszczy, o książkach, o filmach. Fajnie było i z tego miejsca ślę Ci, Paulino, cyberpozdrowienia.

Gdy kilka krótkich dni urlopu minęło, przyszło mi wracać. A cóż cywilizacja i człowieczkowie? Ano wyszczerzyli się radośnie i przypomnieli, na co ich stać. Moja podróż zakończyła się epizodem ze skurwysynem, który rąbnął na drodze sarnę (nie w Puszczy, tylko jakieś 50 km od Warszawy) i nawet się nie zatrzymał, żeby sprawdzić, czy przeżyła. Przeżyła, choć nie wiem jak długo. Mam nadzieję, że policjanci, których wraz ze znajomymi wezwaliśmy na miejsce zdarzenia, faktycznie sprowadzili kogoś kompetentnego, kto się zwierzakiem zajął albo chociaż ujął mu cierpień. Jednak biorąc pod uwagę, że jeden z nich świecił centralnie na sarnę, ale nie był w stanie jej wypatrzyć, dopóki mu paluchem nie pokazaliśmy, trudno mi zachować optymizm.

Reklamy

Kobiety są z Marsa, a mężczyźni z Yuggoth

HefemaleJakiś czas temu przeczytałem kilka książek, które mi się podobały. (Od razu zaznaczę, że nie było wśród nich „Zmierzchu”). A potem dowiedziałem się, że to literatura kobieca. I mam świadomość, że ktoś w jakimś wydawnictwie pomyślał sobie: „zrobimy zieloną okładkę, to kolor, na który kobiety zwracają uwagę, na pewno wpadnie w oko paniom szperającym w Empiku”. No i jeszcze dorzucono do tego jakieś delikatnie feministyczne hasełko typu: „Z tą tajemnicą nie poradziłby sobie żaden mężczyzna”.

Więc co, miałem nie czytać? Ale ja lubię historie w rodzaju: jakaś kobieta po czterdziestce rozstała się z mężem albo jej mąż umarł i teraz musi całe swoje życie ułożyć od nowa. Kiedy czytam coś takiego, to dla mnie to jest historia o człowieku (nieważne jakiej płci), który musi walczyć z przeciwnościami, któremu życie daje w kość, a on/ona się nie poddaje. Zresztą, jeśli popatrzycie na książki Stephena Kinga, autora literatury – mogłoby się zdawać, choć oczywiście błędnie – typowo męskiej, to tam dzielnych heroin jest mnóstwo. Weźmy choćby „Rose Madder” czy „Historię Lisey”.

Cała ta sprawa skłoniła mnie do refleksji.

Ogólnie nie jestem zwolennikiem teorii gender (ani queeru, ani niczego w tym stylu), uznaję jednak, że jej twórcy postawili kilka bardzo ważnych pytań. Czym jest płeć? Co decyduje o płci? Jaki jest związek między płcią a zachowaniami, gustami itp.? Rozwój technologii, nauki, zmiany ekonomiczne i społeczne… to wszystko zmusza nas, abyśmy zastanawiali się nad rzeczami, które naszym przodkom sprzed tysiąca lat nawet nie przyszłyby do głowy. Medycyna pozwala nam zmieniać płeć, nowe trendy marketingowe wymagają definiowania targetu na podstawie jego „płciowych upodobań”. Nie ma przed tym ucieczki.

Problem z genderem, moim zdaniem, polega na tym, że postawił całą sprawę do góry nogami. Upraszczając, w teorii tej chodzi o to, że płeć nie jest czymś bezwzględnym, a właściwie nawet nie istnieje. Istnieją tylko ustalone na drodze umowy społecznej płciowe wzorce zachowań, którymi też jesteśmy obdzieleni w sposób dość losowy. Innymi słowy, płeć jest czymś sztucznym, wytworem kultury. Oczywiście pozostaje kwestia organów, ale ten problem, jak już powiedzieliśmy, rozwiązała medycyna.

No i z tym nie bardzo mogę się zgodzić. Wydaje mi się, że płeć jest czymś bezwzględnym, a ten pierwotny płciowy dualizm jest nieunikniony. Podobnie jak wszystkie inne dualizmy. Nie wierzę w ambiwalencję moralną, podobnie jak nie wierzę w istnienie zombiaków, istot zawieszonych pomiędzy życiem a śmiercią. To poczucie rozdwojenia świata wytworzyło się w jakimś nieuchwytnym momencie historii, gdzieś na styku natury i kultury, w momencie kiedy w człowieku zaczęła budzić się świadomość i dokonywał pierwszych obserwacji rzeczywistości. I towarzyszy nam do dziś.

No dobrze, więc dlaczego nadal uważam pytania zadawane przez teoretyków genderu za zasadne? Ok, moim zdaniem to wygląda tak. Jest dualizm płciowy, jedna płeć obserwuje drugą, obie zastanawiają się nad wzorcami zachowań itd. W międzyczasie trafiają się rzadkie przypadki obojnactwa (zresztą do dziś, powiedzmy sobie szczerze, transseksualizm i hermafrodytyzm rzadko uznawane są za normalny element porządku społecznego). Ludzie pierwotni nie potrafią sobie z tą koncepcją poradzić, podobnie jak nie potrafią sobie poradzić z kwestią homoseksualizmu (po co uprawiać seks, skoro nie będzie z tego dzieci?) itd. Więc powstaje potrzeba wytworzenia pojęć, stworzenia umowy społecznej. W tym miejscu zgadzam się z genderem. Wiele „cech płciowych” powstało jako swego rodzaju kulturowa naleciałość. Jednak nadal normę społeczną wyznacza to zupełnie pierwotne, wewnętrzne poczucie odrębności. I moim zdaniem to się nie zmieni. Możemy sobie wmawiać, że za 500 czy 1000 lat, gdy technologia rozwinie się jeszcze bardziej, naszą płciowość będziemy mogli ustalać w 100% samodzielnie, ale szanse na to są nikłe. Tak samo jak na to, że homoseksualizm stanie się normą.

Nie mówię tego dlatego, że jestem wojującym homofobem. Historia uczy nas, że prędzej czy później zawsze uaktywnia się jakiś mechanizm normalizacji społecznej. I jest to przeważnie mechanizm okrutny, bezduszny, który prowadzi do podziału na „normalnych” i „nienormalnych”, uproszczenia zupełnie karygodnego z etycznego punktu widzenia.

W porządku, ale popadam w dygresję. To, co mnie naprawdę ciekawi, to te wzorce zachowań. Osobiście nigdy nie miałem żadnych zastrzeżeń co do swojej męskości. Szczerze powiedziawszy, jako człowiek dość nikczemnej postury, powiedziałbym raczej, że moje ewentualne kompleksy były (no dobra, pewnie nadal są) typowo męskie. No wiecie, że powinienem być bardziej napakowany, lepszy w sporcie, że nie powinienem mieć wady wzroku itp. Ale kiedy pewnego dnia ktoś przeprowadził na mnie coś w rodzaju bardzo prymitywnego testu behawioralnego, wyszło mi, że jestem w połowie mężczyzną, w połowie kobietą. Lubisz majsterkować? – tak. Denerwuje cię jak ktoś za dużo gada? – tak. Jak coś poszło nie tak to wolisz to przeanalizować, czy wystarczy, że się wypłaczesz? – przeanalizować. Lubisz spędzać wolny czas z książką, herbatką i w ciepłych kapciach? – tak. Zdecydowanie się na wybór koszulki zajmuje ci średnio dwie godziny? – tak. W sytuacji stresowej działasz czy panikujesz? – panikuję.

Rozumiecie, o co mi chodzi? Muszę przyznać, że cała ta analiza ubodła moje męskie ego. Niby dlaczego ktoś ma mi mówić, że zachowuję się jak baba?

I tu wracamy do pewnego problemu, z którym zmaga się gender. Czy posiadanie cech kobiecych jest czymś złym? Nie, jeśli jesteś kobietą. Taka jest nasza powoli dezaktualizująca się umowa społeczna. Dlatego (a przynajmniej w ten sposób się usprawiedliwiam) instynktownie poczułem się dotknięty. Odchylenie od normy zaburza spójność społeczeństwa, ergo jest dla niego zagrożeniem, ergo należy mu przypiąć metkę „zła”.

No i co z tym fantem zrobić? Powiem szczerze, że nie mam pojęcia i, niestety, mój tekst będzie pozbawiony konkluzji. Dlatego pochwalam stawianie pytań, nawet jeśli odpowiedzi czasami są nieco naciągane.

Nasza cywilizacja doszła do punktu, w którym nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Martwi mnie tylko wizja, że zanim się zdecydujemy (wybaczcie w tym miejscu brak poprawności politycznej), zaleją nas hordy „ludzi wschodu”, którzy zgwałcą nasze kobiety i zabiorą nasze metale szlachetne. To właśnie my, w głębi genomu dzicy Germanie, uczyniliśmy 1500 lat temu Rzymianom, którzy wówczas zaczynali zastanawiać się nad podobnymi problemami, co my teraz.

Myśli zebrane (albo chociaż wrzucone do jednego pojemnika)

Różne myśli i pomysły krążą mi po głowie, ale nie bardzo wiem, co z nimi wszystkimi zrobić.

Dziś rano, pod prysznicem, obmyślałem mowę, którą mógłbym wygłosić w dniu premiery mojej debiutanckiej powieści. Była ona, w sensie ta mowa, niezwykle wzruszająca, osobista, porwała wyobraźnie słuchaczów, przekonała ich, że oto wybitny twórca stoi przed nimi, a nie jakiś byle pismak, co to nic do powiedzenia nie ma, tylko jakąś sieczkę, narracyjną papkę tworzy.

Głupie, co?

Takie marzenia są głupie, potwornie głupie. Nawet myśląc te rzeczy, czułem się jak Pirx pod złośliwym nieco piórem Lema. A jednak, cholera, w całej szczerości osoby swej muszę przyznać, że tak, jak najbardziej, chcę być sławny, podziwiany, literackim Noblem nie wzgardzę. I jak tu szacunek do samego siebie zachować, jak się ma myśli takie?

Coś gdzieś tam czytałem na fejsbuku… To było takie poetyckie zdanie Dukaja o mocy pisarzy. O tym, że żeby być kimś, to trzeba mieć właśnie MOC, trzeba chcieć coś przekazać, oczarować czytelników. A jednocześnie trzeba mieć pokorę, głowy nie zadzierać, pamiętać, że publikacja to nic, w sumie to każdy może, a jak sobie zapłaci to już w ogóle. Jakoś mi się to kupy nie trzyma. Czy można mieć MOC i nie czuć się lepszym? Czy można być wybitnym, jeśli się nie chce być wybitnym? Jak mamy marzyć, skoro marzenia są głupie? Skoro nawet pytanie, które przed chwilą zadałem, jest dowodem najgorszego sortu sentymentalizmu, afektacji, egzaltacji i Bóg wie, czego jeszcze?

Slowa, slowa, slowa… Dojrzewam do wniosku, że gadanie o literaturze, rynku wydawniczym etc. jest zupełnie pozbawione sensu. Ale pisarz, który chciałby tylko pisać jest be. Klienta nie szanuje. A nie daj Boże, żeby jeszcze na swój los narzekał, że on jest artysta, chce tworzyć, a mu dupę zawracają. Taki to już jest podwójnie be. No, cholera, naprawdę nie chcielibyście po prostu siedzieć na tyłku i zgarniać kasy i jeszcze, żeby czytelnicy sami się o wasze dzieła zabijali? No ja bym chciał. A że taka opcja nie istnieje, to cóż z tego? Chociaż sobie popsioczę na ciężkie życie. Co komu do tego?

To takie moje luźne przemyślenia, w sumie do żadnego konkretnego wniosku nie zmierzam.

Mam za to fajny pomysł na opowiadanie. Będzie o obrazie. Wiem, wiem, to w sumie trochę oklepany motyw w horrorach. Sam King napisał co najmniej dwie powieści o obrazach – Rose Madder i Rękę Mistrza. Zaje… bardzo dobre powieści, moim skromnym.

W każdym razie chrzanić oryginalność. W dyskursie dotyczącym ewolucji młodych pisarzy przewija się temat poszukiwania „własnego głosu” (ładnie to brzmi, co?). Moim zdaniem, to jednocześnie straszne pieprzenie i ważna sprawa. Wydaje mi się, że większość pisarzy nie znajduje własnego głosu nigdy. Czy Pilipiuk ma jakiś szczególny głos? Czy ma go Piekara? Nieee tam. A poza tym nihil novi i tak dalej. Mimo to, jak mamy szczęście, ten głos jakoś nam się – czystym przypadkiem – wytwarza. Weźmy takiego Conan Doyle’a. Jako żywo żaden wielki artysta, narracja z pozoru całkiem neutralna, styl średni, zero ekstrawaganckich eksperymentów. A jednak ta jego pisanina mówi do nas, bo Doyle miał świadomość tego, że pisanie to taki dziwny rodzaj mówienia i że mówi zawsze ktoś, coś i po coś. Niby oczywista sprawa, ale mało kto o tym pamięta. Moglibyśmy, używając modnego terminu, powiedzieć, że pisanina jego silnie była oralna. Tyle że oralny to sobie może być Myśliwski, który przemyślał dogłębnie kwestię oralności swoich książek, a taki zwykły, rozrywkowy Doyle to niekoniecznie.

Ale wracając do oryginalności… Jeśli jakieś opowiadanie czy powieść chcemy skrytykować, ale nie bardzo mamy czego się uczepić, to chętnie sięgamy po argument wtórności. Przyznaję się bez bicia, sam nieraz tak robiłem i widziałem, jak to robią inni. Zarzucić komuś, że jest wtórny, to tyle, co powiedzieć mu „Nie bądź taki kozak”. Być może jednak jest tak, że jeśli ktoś faktycznie chce „szukać swojego głosu”, to powinien zaakceptować to, że szanse, iż zaśpiewa nagle tak cudnie jak żadne inne stworzenie w dziejach świata, są niewielkie. Jestem za tym, żeby pogodzić się ze swoimi ograniczeniami i nie spinać się niepotrzebnie. Przynajmniej na razie tak sądzę. Może kiedyś dojdę do innego wniosku.

Czyżbym właśnie zaczął gadać o literaturze, choć dopiero co stwierdziłem, że to pozbawione sensu? Ojej. Cóż za niekonsekwencja.

Nie będę się tłumaczył, po prostu skończę. To moment dobry, jak każdy inny.

Refleksje o pięknie

Właściwie to planowałem Wam opowiedzieć szerzej o moich tegorocznych, objazdowych wakacjach, ale ostatecznie postanowiłem skupić się tylko na pewnych przemyśleniach, które mnie naszły w podróży.

W tym roku zaniosło mnie między innymi na Dolny Śląsk. Myślę, że istotę tego regionu najlepiej oddają słowa „zrujnowane piękno”. Tamtejsze wioski i miasta wyglądają na biedne. Z budynków złazi tynk, podwórka często są zaniedbane. A jednak we wszystkim widać ślady dawnej urody. Gdzie się człowiek nie ruszy tam jakiś pałac.

Część z nich unosi się powoli z ruiny. Władze lokalne robią, co mogą, żeby promować turystykę. W starych arystokratycznych majątkach inwestorzy otwierają hotele, SPA, pola golfowe.

Póki co te działania głównie przyczyniają się do nasilenia kontrastów. Popatrzcie choćby na te zdjęcia.


Tak, w niektórych zabytkowych pałacach władze poprzedniego ustroju potworzyły mieszkania komunalne. Co i tak było z ich strony podejrzanym przebłyskiem dobrej woli, biorąc pod uwagę, ile obiektów rozebrano, żeby pozyskać materiały budowlane (zresztą głównie do odbudowy Warszawy – czego Ślązacy jakoś nam nie mogą wybaczyć).

Po lekturach iluś tam przewodników i wysłuchaniu iluś tam opowieści nasuwa mi się niewesoły wniosek – 50 lat komunizmu spowodowało większe spustoszenie niż armia radziecka i armia niemiecka razem wzięte.

Różnica tkwi w tym, że niemieccy i radzieccy żołnierze niszczyli lub kradli piękne obiekty. Mówiąc bardziej poetycko, rujnowali piękno. Natomiast komunizm w dużym stopniu zabił w nas umiłowanie i potrzebę piękna.

Nie chcę tu zbyt głęboko wchodzić w problemy kulturalno-społeczne. Mam świadomość, że w moich słowach pobrzmiewa poczucie nostalgii za mitem minionej epoki, która wcale nie była taka wspaniała, bo w rzeczywistości była epoką przerażających nierówności społecznych. Chodzi mi o to, że „triumfalny pochód klasy średniej”, który sam w sobie spowodował homogenizację kultury, w krajach byłego bloku komunistycznego przyniósł podwójnie niszczycielski skutek.

Wydaje mi się, że dla wielu z nas piękno straciło wartość. Odwołując się do mojego własnego, literackiego poletka, wspomnę choćby o dyskusji wokół tego, czy literatura jest sztuką czy rzemiosłem. Oczywiście, że jest sztuką! Jeśli nie jest sztuką, jeśli jej głównym zadaniem nie jest tworzenie piękna, to jej istnienie nie ma sensu. Rzemiosło ma czemuś służyć, ma mieć praktyczne zastosowanie. Literatura z tego punktu widzenia nie służy niczemu. Opowiadanie o tym, że może pełnić funkcję wychowawczą, byłoby oszukiwaniem samego siebie. Nie o to w tym wszystkim chodzi.

Nie rozumiem, dlaczego pisarze upierają się, że ich praca jest taka sama jak każda inna praca. Bycie średniakiem to żaden powód do dumy, więc dlaczego tak bardzo chcą równać w dół? To powinno działać w zupełnie inną stronę. Rzemieślnicy powinni aspirować do tego, żeby być artystami. Podczas mojej wyprawy dowiedziałem się na przykład, jak piękne mogą być zwykłe drzwi do pokoju.

Rzecz jasna pewien umiar powinno się zachowywać. Osobiście jestem dumny z tego, że jestem mieszczuchem i mam gust typowy dla mieszczucha, że nie należę do jakiejś bohemy, która wolne chwile spędza na badaniu irańskiej kinematografii. Nie znaczy to jednak, że nie powinienem poszukiwać takiego piękna, jakie w swym braku wyrafinowania jestem w stanie pojąć. I że nie powinienem tworzyć takiego piękna, które podobni do mnie ludzie będą mogli docenić.

Tyle mam w tej kwestii do powiedzenia. Wybaczcie, jeśli trochę powiało patosem. Na zakończenie jeszcze zdjęcie pięknego stworzenia, niestety zeszpeconego nieco przez osobę jeźdźca, który odczuwa naturalne ciągoty do robienia głupich min, gdy w pobliżu znajduje się aparat fotograficzny;].

Górki i dołki

Nie jestem przesądny. Właściwie jak na pisarza, który ciągle wymyśla historie o magii, opętaniach i obcych wymiarach, w ogóle jestem mało uduchowiony. Wierzę w racjonalizm. W pewnym w sensie. Tzn. wierzę, że racjonalne podejście do świata jest słuszne, tylko po prostu rzadko działa.

Ale.

Można też powiedzieć, że wierzę w karmę. Uważam bowiem, że we wszechświecie panuje równowaga. To w gruncie rzeczy racjonalno-nieracjonalne założenie. Po  prostu, gdybym ja rządził światem, to uporządkowałbym go w racjonalny sposób. Proste.

Przekonanie starożytnych Greków o tym, że bogowie błyskawicznie udupią człowieka, któremu w życiu za dobrze się wiedzie, jest mi bliskie z filozoficznego punktu widzenia właśnie ze względu na wspomnianą wyżej potrzebę racjonalnego ładu. Poza tym mściwość sił wyższych potwierdzają doświadczenia empiryczne.

Anegdotka.

Zdawałem egzamin na prawo jazdy w czasach, kiedy stopa oblewalności była rekordowo wysoka. Kosztowało mnie to całe miesiące stresu i cztery podejścia. Kiedy wreszcie się udało, zadowolony z siebie opuściłem WORD i poszedłem do tramwaju. Na pierwszym przystanku kanar wlepił mi mandat. Na drugim rzuciła mnie dziewczyna (i to telefonicznie). Psipadek?

Całe szczęście, jak głosi stare przysłowie, kto pod kim dołki kopie, temu bije dzwon, a zły szeląg ma dwa końce. Czy jakoś tak. Chodzi o to, że wszystko jest względne. Co prawda, kiedy spotyka mnie coś dobrego, zaczynam się rozglądać, czy gdzieś niedaleko nie czyha psychopata z cegłówką, ale też, kiedy spotyka mnie coś złego, zaczynam się zastanawiać, czy ktoś przez przypadek nie wrzucił mi do skrzynki pocztowej stówy.

Coś w tym stylu przydarzyło mi się ostatnio. Od miesiąca prześladował mnie pech. Nie będę się wdawał w szczegóły, ale myślcie kategoriami przedziurawionych opon i tłukących się pamiątkowych naczyń. Aż tu nagle w przeciągu ostatniego tygodnia dwie dobre informacje i to, jak się składa, obie dotyczące moich zmagań literackich.

Primo. Moje opowiadanie „Macierz” spodobało się Darkowi Jasińskiemu z magazynu Kontury. Co prawda nie jest jeszcze przesądzone, czy trafi do samego pisma, czy tylko na ichniejszy portal, gdzie gościłem już wcześniej z opowiadaniem „Vitus i Czarne Karły”, ale entuzjastyczne przyjęcie moich tekstów przez redaktorów to zawsze miła wiadomość.

Secundo. I tu potrzebna będzie fanfara. Po latach (jakichś ośmiu na oko) starań wreszcie udało mi się przebić z opowiadaniem do Nowej Fantastyki. Do samego magazynu, nie na żaden portal. Co prawda, żeby ujrzeć to cudo (;]) trzeba będzie poczekać do początku przyszłego roku, ale nie ma co narzekać. Być może dla części z Was nie jest to żadne wielkie osiągnięcie, ja jednak czuję, że pokonałem jakąś barierę. Moje nazwisko pojawi się w spisie treści pisma, w którym debiutował Sapkowski. Moje wypociny przeczyta ileś tam tysięcy ludzi. Jak tu się nie cieszyć?

Oczywiście są szanse, że kapryśni bogowie jeszcze mi jakiś numer wykręcą. Ale mam nadzieję, że mój wcześniejszy pech wystarczy im za okup.

I tym optymistycznym akcentem zakończę przechwałki, które, mam nadzieję, jakoś mi wybaczycie. Trzymajcie się.

Terry Pratchett i filozofia: „Zimistrz”

Właściwie nie przepadam za starszą twórczością Pratchetta. Więcej w niej jest groteski i parodii niż jakiejś spójnej akcji. Najbardziej jednak razi mnie cynizm. Połączenie cynizmu i baśniowości jest bolesne, zabija magię. Zresztą Pratchett nie ukrywa, że taki był jego pierwotny cel: odwrócić magiczny porządek świata fantasy do góry nogami. Intelektualnie ciekawe. Emocjonalnie… No, do mnie nie zawsze przemawia.

Dlatego wolę dzieła nowsze. Dość dokładnie można uchwycić moment, w którym Pratchett się zwyczajnie zestarzał, ostrze jego ironii uległo stępieniu, zwrócił się w stronę literatury bardziej przygodowej – nadal zabawnej, ale pisanej w sposób zwarty, zgodny z regułami sztuki.

Z tego (trwającego zresztą nadal) okresu jego twórczości najbardziej lubię cykl (a dokładniej podcykl cyklu o Świecie Dysku) o Tiffany Obolałej i Nac Mac Feeglach. Dla niewtajemniczonych: Tiffany jest początkującą czarownicą, uczennicą. Nie myślcie jednak, że studiuje na wspaniałej akademii w rodzaju Hogwartu, nie, dla niej szkołą czarownictwa jest twarde życie na angielskiej… tfu, ankh-morporkiańskiej (czy jakiejś tam innej) prowincji. Z kolei Nac Mac Feeglowie to plemię małych, lecz wyjątkowo niebezpiecznych ludzików, którzy pomagają jej stawić czoła licznym niebezpieczeństwom, jakie czyhają na młode adeptki sztuki magicznej.

Książki z tego cyklu, w porównaniu ze starszymi utworami Pratchetta, cechuje większa doza dramatyzmu i akcji. Można też zauważyć wyraźną zmianę filozoficznego nastroju autora. Po cynizmie nie zostało praktycznie nic.

Parę dni temu czytałem „Zimistrza”, drugi tom serii, i zacząłem się zastanawiać, jakie postawy intelektualne przedstawił w nim Pratchett i dlaczego właśnie one wydają mu się bliskie. Moim zdaniem te postawy są dwie. Pierwszą, rodzaj dobrodusznego hedonizmu, reprezentują Nac Mac Feeglowie. Drugą, stoicyzm albo wręcz ascetyzm stoicki, reprezentuje sama Tiffany, a także pozostało czarownice.

Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że powyższe filozofie życiowe się wykluczają. Tak, to prawda. Wydaje mi się, że stoicyzm jest w jakimś stopniu odbiciem własnej, domorosłej filozofii Pratchetta. Należy pamiętać, że wychował się on na wsi i otrzymał stare dobre imperialistyczne wychowanie brytyjskich collegów. Nic dziwnego zatem, że na pierwszym miejscu stawia ciężką pracę i utylitaryzm. Nic dziwnego też, że jego zdaniem jednostka wybitna (czarownica) musi się wyrzec siebie do tego stopnia, że nie wolno jej posiadać żadnych osobistych przedmiotów. W „Zimistrzu” jest nawet taka scena, w której Tiffany musi wyrzucić jedyny kawałek biżuterii, jaki posiada (mały, srebrny wisiorek), gdyż tytułowy Zimistrz, bóstwo zimy, mógłby dzięki niemu ją wyśledzić i przynieść ze sobą wieczne mrozy do osady, w której mieszka rodzina Tiffany. Innymi słowy, człowiek pełniący publiczną funkcję dla dobra ogółu musi poświęcić się cały. To jest podstawa brytyjskiego wychowania w pigułce. Żeby jeszcze tylko politycy chcieli się tego trzymać.

Jeśli zaś chodzi o ten hedonizm… Cóż, nie da się ukryć, że przede wszystkim czyni on Nac Mac Feeglów komicznymi. To, że spędzają życie na piciu, bijatykach i różnych innych radosnych czynnościach sprawia, że są swego rodzaju wesołymi rozbójnikami. Nie wydaje mi się jednak, żeby Pratchett obdarzył ich taką a nie inną  filozofią życiową wyłącznie w celach humorystycznych. Hedonizm, w świetle tego, cośmy powiedzieli wcześniej, musi mu się wydawać wręcz niebezpieczny, gdyż zmusza jednostki do przedkładania interesu własnego ponad interes grupy, co może prowadzić do zachowań niemoralnych i nieetycznych. Jednak moralność i etyka Feeglów nie dotyczy, nie odczuwają potrzeby czynienia zła, najwyżej są w stanie psocić. Dlaczego? Ano dlatego, że są martwi. Albo przynajmniej w to wierzą. Byli dobrzy, umarli, a potem trafili do lepszego świata, tj. naszego świata (w sensie: świata ludzi).

Za tym zabawnym pomysłem wyraźnie kryje się stare pytanie: „czy przypadkiem nie żyjemy w najlepszym z możliwych światów?” Myślę, że dla Pratchetta, z jednej strony ateisty, z drugiej człowieka głęboko przekonanego o potrzebie moralności, to pytanie jest bardzo ważne. I pociąga za sobą kolejne: „co zrobić, żeby nasz świat był najlepszym z możliwych światów?”. Propozycją odpowiedzi jest to, cośmy powiedzieli o Tiffany Obolałej.

W ten sposób dwa pozornie sprzeczne prądy myślowe zazębiają się. „Zimistrz”, podobnie jak pozostałe powieści z cyklu, nie jest negacją radości życia. Przeciwnie, jest jej wielką afirmacją, ale pokazuje, że wszystko ma swoją cenę.