Niezbędnik kulturalny steampunkowego kryminalisty

Tytułem wstępu: podczas tegorocznych Dni Fantastyki we Wrocławiu [EDIT: a także podczas Jagaconu w Suchedniowie] miałem przyjemność wygłosić prelekcję poświęconą pisaniu steampunkowych kryminałów. Niestety, jak to często bywa, gdy umysł nieprzywykły do przestrzegania jakiejkolwiek metody czy porządku, zbrakło mi czasu, by powiedzieć wszystko, com zamierzył. Wobec przemożnych ciągot do gadania o wypruwaniu wnętrzności, rozszarpywaniu wątpi i ścinaniu głów nie poświęciłem zbyt wiele czasu książkom i serialom, które mogą pomóc gorliwemu kryminaliście wczuć się w ducha epoki pary. Niniejszym pragnę zadośćuczynić za to uchybienie.

Książki

Zacznijmy po starszeństwie, a zatem od książek. Od razu zaznaczam, że nie będą to utwory steampunkowe; wszak rzecz tkwi w tym, aby do steampunku (który jest stanem ducha bardziej niż konwencją literacką) dojść samemu, własną drogą. Sensowne wydaje się w związku z tym wskazanie startu, a nie mety.

Dan Simmons, „Drood”

droodO czym jest „Drood”? Na wierzchu – o Karolu Dickensie i jego ostatniej, niedokończonej powieści „Tajemnica Edwina Drooda”. Głębiej – o fascynacji złem. Bo Dickens w źle był zakochany. Z cierpienia bliźnich czerpał energię (do wygłaszania moralizatorskich kazań).

Jest to też historia o obsesji i szaleństwie rodzących się w oparach opium. W tym sensie jest ona bardzo steampunkowa, gdyż dekadencja oraz rozkład stanowią kwintesencję tej konwencji.

Co ciekawe Simmons ostatnio napisał też powieść o Sherlocku Holmesie. Niewykluczone, że pasowałaby w niniejszym zestawieniu lepiej niż „Drood”, ale cóż zrobić, jeszcze nie miałem przyjemności się z nią bliżej zapoznać.

Anthony Horowitz, „Dom jedwabny”

dom-jedwabny-b-iext4622088A skoro już o Sherlocku mowa… Zakładam, że nie śmielibyście czytać tego tekstu, nie mając korpusu dzieł Arthura Conan Doyle’a w małym palcu. Dlatego chciałbym Wam polecić powieść jego wielkiego spadkobiercy, Anthony’ego Horowitza. W „Domu jedwabnym” znajdziecie wszystko, co powinno trafić do dobrego steampunkowego kryminału, a więc zwyrodniałych arystokratów, wstrząsające zbrodnie, chciwych sensacji dziennikarzy i, oczywiście, obowiązkowy pościg w dwukonnych bryczkach. Ponadto Horowitz wnosi do historii o największym detektywie wszechczasów drobinę cynizmu, której wymaga wrażliwość dzisiejszego czytelnika. Doyle’owski Holmes, choć wciąż wspaniały, zestarzał się ociupinkę, zdziecinniał w swym przepastnym fotelu, w cieple gazowego kominka.

Karol Dickens, „Oliver Twist” (albo którakolwiek inna z jego powieści)

oliver-twist-charles-dickens-paperback-cover-artJak wspomniałem, Dickens, choć kryminałów (czy też powieści sensacyjnych, jak to się wonczas mówiło) nie pisywał, do zbrodni czuł wielkie ciągoty. Na kartach jego książek roi się od skazańców, zbiegłych więźniów, złodziei, oszustów i inszych podejrzanych typów. Wieść gminna głosi, że przygotowując się do napisania felietonu krytykującego publiczne egzekucje zebrał radosną kompanię birbantów i specjalnie wynajął pokoje blisko placu straceń, aby nie stracić miejsc w pierwszym rzędzie i móc się rozkoszować pełnią makabrycznych wrażeń.

Mimo iż pobudki wielkiego pisarza pozostają niejasne, bystrości jego oka i ostrości pióra nie można kwestionować. Warto w związku z tym dać mu się poprowadzić do świata nędzarzy, więźniów skazanych za długi i młodocianych rzezimieszków.

Seriale

„Ripper Street”

ripper-street__140523025227„Ripper Street” to serial kryminalny, który zabiera nas na ulice Whitechapel, osławionej londyńskiej dzielnicy morderców, kurew i handlarzy opium. Przeszła ona do historii, gdy pewnej nocy u progu jesieni 1888 r. nawiedził ją tajemniczy osobnik zwany z początku Skórzanym Fartuchem, a później – Kubą Rozpruwaczem (z angielska Jackiem Ripperem, stąd tytuł). Akcja toczy się kilka lat po tamtych wydarzeniach, lecz widmo psychopatycznego mordercy zdaje się nigdy nie odstępować głównego bohatera, inspektora Edmunda Reida (wybitna, wybitna i jeszcze raz wybitna kreacja Matthew Macfadyena).

Twórcom znakomicie udało się oddać atmosferę brudnego i zdeprawowanego Londynu u schyłku XIX wieku. Przy okazji pochylili się nad kilkoma problemami, o których często zapominamy, gdy marzą nam się historie z pięknymi damami i eleganckimi dżentelmenami w rolach głównych. Pokazali m.in. brutalność policji, uznającej pałowanie za całkowicie normalną technikę prowadzenia przesłuchań. Przypomnieli też widzom, że był taki czas, gdy dzieci nie mogły liczyć na żadną pobłażliwość ze strony prawa (ostatecznie, skoro pracowały jak dorośli, to i powinny być sądzone jak dorośli, prawda?).

„Śmierć w Pemberley”

433_DCTP_25July13Pamiętacie „Dumę i uprzedzenie”? A wiedzieliście, że baronessa Phyllis Dorothy James z Holland Park, lepiej znana jako P.D. James, popularna autorka kryminałów, napisała kontynuację tejże powieści? A jakże, tak było, w dodatku złośliwie wcisnęła tam morderstwo. Skutek okazał się ciekawy i temat zaraz podchwyciła BBC, która postanowiła przełożyć książkę na język ruchomych obrazków (a zatem ten punkt na mojej liście to takie trochę dwa w jednym).

Tylko co to ma do steampunku? Niby rzecz się dzieje w XIX wieku, ale w jego pierwszej połowie, a to druga (mijająca pod znakiem rządów królowej Wiktorii) częściej stanowi dla nas źródło inspiracji. Ponadto akcja „Śmierci w Pemberley”, podobnie jak „Dumy i uprzedzenia”, toczy się w kręgu kultury dworskiej. A zatem w kadrze nie mieszczą się żadne nowinki technologiczne, żadni dziarscy inżynierowie, żadne rozkrzyczane sufrażystki. Punku tam nie ma ani grama, wszystko jest ładniutkie, równiutkie, poukładane. Po co to zatem czytać/oglądać?

Autorzy steampunkowi, tworząc swoje światy, przeważnie próbują uchwycić moment tuż po upadku pewnego porządku. Warto jednak wiedzieć, jaki to był porządek. I tu właśnie przychodzi nam z pomocą P.D. James. Tak jak w „Ripper Street” możemy oglądać narodziny nowoczesnej kryminalistyki, tak w „Śmierci w Pemberley” mamy do czynienia z (w najlepszym razie) protokryminalistyką. Autopsje? „Bluźnierstwo!”. Dowody? „Ja żem widział, jak łon tam szedł, wasza miłość”. Profile psychologiczne? „Wszak człek ten jest do cna zepsutym!”.

„Detektyw Murdoch”

1632712407_68527242001_murdoch-640x330Ten sympatyczny kanadyjski serial na pierwszy rzut oka mógłby się wydawać bliski „Ripper Street”, no bo mówi się w nim o TRUDNYCH SPRAWACH. Wiecie, homoseksualizm (w XIX w. uważany za przestępstwo i surowo karany), rasizm (w XIX w. nie uważany za przestępstwo, ani nawet przejaw złego smaku), eugenika (prababcia inżynierii genetycznej), wzmiankowana już brutalność policji itp. Jednak wszystko to podane w zupełnie innym sosie. W świecie Murdocha źli ludzie są… no, źli. A gliniarze to poczciwe chłopaki z sąsiedztwa. Fakt, bywa, że inspektora nerwy poniosą i komuś przywali, ale to nie po złości, panie złoty, nie po złości. Zresztą, wszystko zawsze dobrze się kończy. A zatem, jeśli chcecie wejść w problematykę społeczną XIX w. nie opłacając tego depresją, tylko ot, tak, rozrywkowo, to ten serial jest dla Was. Przy okazji tytułowy bohater (zwany czasem „the artful detective”, czyli powiedzmy „pomysłowym detektywem Dobromirem”) uwielbia nowinki techniczne, więc co i rusz wynajduje jakieś lampy UV albo walczy z telegrafami, fonografami i tym podobnymi ustrojstwami. Od czasu do czasu udaje mu się nawet popchnąć medycynę o parę dekad naprzód, gdy – dajmy na to – dokonuje przełomu w badaniach nad grupami krwi. Oczywiście śmieję się, lecz niech Was nie zrazi mój ton, gdyż, ogólnie rzecz obejmując, scenarzyści „Murdocha” robią porządny risercz, dzięki czemu serial może dać Wam niezły ogląd tego, co w XIX-wiecznej kryminalistyce było już praktykowane, i tego, co było teoretycznie możliwe, biorąc pod uwagę ówczesny poziom rozwoju technologicznego.

Na zakończenie

Mam nadzieję, że powyższe zestawienie okaże się przydatne w literackich zmaganiach z konwencją kryminału steampunkowego albo chociaż pomoże Wam w poszukiwaniu rozrywek na wakacyjne wieczory. Serdecznie zapraszam na prelekcję „Krew i para, czyli elementarz kryminału steampunkowego”, którą okazjonalnie wygłaszam na konwentach.

Reklamy

Pyry i smoki

Największy konwent fantastyczny w Polsce zaczął się i skończył, czyli że niby minął, już po nim, finito, kaput, the end. A ja tam z gośćmi byłem, nic (cholera!) nie wypiłem, a com widział, słyszał sam nie wiem: za dużo wrażeń miałem, ot i cała afera. Znaczy się, emocje sprzeczne.

O osobie wiadomej, która raczyła nawiedzić imprezę, co poskutkowało niejaką turbacją w kręgach fandomowej socjety, zmilczę. Przyznaję, jej obecność zaskoczyła mnie, może nawet w pierwszej chwili nieco wzburzyła, lecz w szerszej perspektywie zda się mało ważną.

Tyle w temacie.

pyrkon2-132

Jeśli chodzi o doświadczenia przyjemne, to nie powiem, nie zbrakło i takich. Pierwej miałem okazję spotkać się z niezwykłymi dżentelmenami tworzącymi wydawnictwo Van Der Book. Posłuchałem o steampunku, dostałem od nich książeczkę (pierwszy tom antologii; własną niecną personą zjawię się w tejże tomie wtórym), uścisnąłem prawice (dwie), zrobiłem sobie aliganckie zdjęcie.

Potem wpadłem na prelki znanych i lubianych grozaików: Kazka Kyrcza i Dawida Kaina. Zgarnąłem kolejną książkę (Kazkowy zbiór opowiadań, o którym wspominałem jakiś czas temu). Obleciałem też wystawy, stoiska z planszówkami etc. Znalazłem nawet chwilę, żeby rzucić okiem na Poznań. Nie zachwycił mnie. Wydał mi się stary, wymęczony, przykurzony, wyblakły. Choć może zadziałał tu mechanizm projekcji, bo po całym dniu w konwentowym huku sam taki się czułem.

Pyrkon to mikrokosmos, mikroświat, co z jednej strony mnie cieszy, bo dowodzi rosnącej popularności fantastyki, a z drugiej dołuje, bo wszak jestem dziwadłem, a dziwadła od światów (dużych i małych) stronią. Jeśli 30 tysięcy fantastów jest w stanie zebrać się na stosunkowo ograniczonej przestrzeni (i narzekać, że pozostałe 29 999 zajmuje należne im miejsce w kolejce na taką czy inną prelekcję), znaczy to, Mili Państwo, żeśmy już nie żadna subkultura, nawet nie społeczność, tylko regularna mniejszość etniczna. Jest nas wszak więcej niż Łemków. Fantastyka przestaje być przestrzenią dziwactwa i nic się z tym nie zrobi. Myśl to słodko-gorzka.

Reklama

Dziś będzie krótko, węzłowato i materialistycznie. Dwie antologie, które zapowiadałem jakiś czas temu, można już nabyć (drogą kupna, bo jakżeby inaczej), do czego też z całego serca Was zachęcam.

Zacznijmy może od przedwczorajszej premiery, czyli „Księgi Wampirów”, którą można dorwać TUTAJ. Poniżej opis z okładki:

236389-352x500Tęsknisz za bezwzględnymi bestiami lub arystokratycznymi, lecz bezlitosnymi krwiopijcami? Pragniesz prawdziwej, gęstej i pachnącej człowiekiem krwi? Masz dość brokatowej popkulturowej papki?

Wampir – to kiedyś brzmiało dumnie. Przywróćmy sens temu słowu i niech na nowo króluje bezpretensjonalna przemoc!

„Księga Wampirów” zabierze Cię na szaloną przejażdżkę przez najciekawsze wampirze historie – retro, high-end, postapo, klasyka czy satyra. Spotkasz tutaj zarówno wampiry uzbrojone w kły i pazury, jak i energetycznych cwaniaków. Wszystkie na równi prawdziwe i niebezpieczne.

Dwudziestu zbuntowanych przeciwko dziwnym trendom autorów postanowiło na nowo zdefiniować obraz wampira. To już nie jest zakochany nastolatek…

Dołącz do szeregu albo chwytaj za krzyż i walcz! To nowa epoka. Krwawa i NASZA.

W antologii tej znalazło się moje opowiadanie Wampir. Tytuł mało zaskakujący, ale treść, mam nadzieję, już nieco bardziej, gdyż postanowiłem temat wampiryzmu wykorzystać w konwencji z jednej strony lekko sf-owej, a z drugiej troszeczkę kryminalnej, próbując przy tym wydobyć najmroczniejsze i najbardziej pierwotne elementy historii o demonicznych krwiopijcach.

Teraz weźmy na warsztat „Toystories”, zbiorek wydany przez młodziutkie wydawnictwo Morpho. Premiera miała miejsce w ostatnią sobotę. Książkę można znaleźć TUTAJ.

1545623_1458828714344953_1784380529_nAntologia „Toystories” to kompilacja intrygujących opowiadań zarówno pisarzy ze sporym dorobkiem literackim, jak i debiutantów, a utwory w niej zawarte ujmują świeżością pomysłów, wprawnym warsztatem oraz zaskakującymi twistami fabuły. Ten zbiór dowodzi, że bez względu na wiek można się świetnie bawić czytając o zabawkach. Również o tych, których nie chcielibyśmy spotkać w dziecięcych pokojach. – Stefan Darda

Każde z nas kiedyś bawiło się zabawkami… A co by się stało, gdyby zabawki postanowiły pobawić się nami, ludźmi? Czy wówczas także uważalibyśmy to za zabawne? Czy byłby to powód do radości? Wątpię. Takim powodem jest natomiast „Toystories” – zbiór świetnych opowiadań, które pobudzają wyobraźnię i pozostają w pamięci na długo po zakończeniu lektury. – Kazimierz Kyrcz Jr

W tym zbiorku znalazło się z kolei moje opowiadanie Arte factum. Co ciekawe, jest ono związane z Wampirem, gdyż występuje tu ten sam bohater, cyniczny najemnik imieniem Sewerus. Jeśli kogoś to interesuje, o jego innych przygodach można też poczytać w opowiadaniach Synowie Kaina i Angelwing, które trafiły do mojego darmowego zbiorku „Sen, brat śmierci” (do pobrania TUTAJ). Arte Factum jest dość długim tekstem, mój kolega Julek Wojciechowicz (również zaangażowany w projekt „Toystories”) śmiał się, że to praktycznie mikropowieść. Ale dzięki temu miałem szansę pokazać spory kawałek świata, który w mojej głowie dojrzewa już od paru lat, a także opowiedzieć trochę więcej o samym Sewerusie, nadać jego przeszłości bardziej namacalną formę.

Mam nadzieję, że i Wy zechcecie się z nim zapoznać. Jest brzydki, zgorzkniały, bywa okrutny, absolutnie nie pozostaje w zgodzie ze swoim wewnętrznym dzieckiem, lecz myślę, że w jego towarzystwie nie będziecie się nudzić.

Nowinki

Jeszcze tylko parę godzin, a potem zbieram manaty i jadę na Krakon. Mam nadzieję, że odwiedzicie mnie podczas różnych konwentowych atrakcji. Im nas więcej, tym weselej. (Nie wspominając już, że wpadnę w kompleksy, jeśli zjawi się tylko jedna osoba i to taka, która pomyliła salkę prelekcyjną z toaletą, a później już głupio jej było się wycofać).

Dla mnie oczywiście clou całej imprezy będzie stanowiła premiera „Ciemnej strony księżyca” (zły, samolubny ja), więc już teraz zapraszam Was na stanowisko Studio Truso, gdzie będzie można ją nabyć i, prawdopodobnie, pozyskać mój autograf. Poza tym zajrzymy za kulisy powstawania książki podczas spotkania autorskiego (jutro o 13, zaraz po prelekcji zaplanowanej na 12).

Natomiast tym, którym różne przeciwności losu uniemożliwią zbłądzenie do grodu Kraka, polecam dwa linki.

Po pierwsze, TUTAJ możecie przeczytać wywiad ze mną. Niech się Wam on stanie wirtualnym odpowiednikiem spotkania autorskiego.

Po drugie, TUTAJ możecie zamówić moją powieść z dostawą do domu (i to, póki co, darmową).

Okej, dość prywaty. Teraz chciałbym Wam jeszcze polecić powieść mojego kolegi, którą poniekąd również będzie można nabyć na Krakonie, na tymże samym stoisku Studio Truso. Marcin Podlewski, autor rzeczonego dzieła, to cholernie zdolny pisarz, zwycięzca pierdyliarda konkursów (w tym tego na 30-lecie Nowej Fantastyki) i, krótko mówiąc, wschodząca gwiazda polskiej fantastyki. Okej, może trochę przesadzam z tym słodzeniem. Ale gość jest naprawdę dobry, o czym zresztą część z Was mogła się przekonać, jeśli czytaliście jego teksty w antologiach „31.10 Wioska przeklętych” czy „Zombiefilia”, w których powstaniu i ja miałem skromny udział.

Oto krótki opis powieści i okładka:

Happy-End-Marcin-Podlewski-1Zamarzną serca, staną stare zegary. Wyczerpią się baterie, zmatowieją lustra. Wzrosną czarne katedry i umrą komputery.

Świat się rozpada, a na ulicach pleni się zło. Ziemia została dotknięta plagą zagadkowych zakłóceń rzeczywistości. Nikt nie zna ich przyczyny. Nikt nie wie czym się zakończą. I wszyscy dążą do prawdy. Poznaj ją razem z uzależnionym od leków dziennikarzem i ogarniętą obsesją na punkcie „prawdy „  jego koleżanką po fachu. Mówi się, że prawda wyzwala. Ale czy na pewno?

Powieść Podlewskiego to książka o końcu, choć trudno ją nazwać stricte katastroficzną. W tej ciekawej mieszance fantastyki i horroru znajdziemy przede wszystkim opowieść o ludziach: depresyjnym redaktorze usiłującym uratować zamkniętego przez rząd ojca, dziennikarce z przerośniętą ambicją i nadużywającej alkoholu anorektyczce. To także książka o tajemnicy. Warto ją poznać, by zdecydować samemu czym właściwie jest „Happy End”.

A TUTAJ link do preorderu.

Gorączka

Krakon coraz bliżej. A to znaczy, że coraz bliżej premiera „Ciemnej strony księżyca”. I moje 26-te urodziny. Nowa książka to zawsze dobry prezent, prawda?

Tymczasem przygotowania trwają i zaczyna się w nie wkradać pośpiech i pewna… gorączkowość?

Oh well.

Zaktualizowałem nieco podstronę powieści. Zachęcam, żeby tam zajrzeć. (Patrz na końcu paska powyżej). Na dniach postaram się wybrać jakiś smakowity fragment na zachętę. A póki co, jeśli chcecie wczuć się w SF-owy klimat, polecam opowiadanie, które pojawiło się na portalu Ex Fabula, o, TUTAJ.

Tekst ten filozoficznie jest pokrewny „Ciemnej stronie księżyca”, gdyż również opowiada wyobcowaniu i poszukiwaniu Boga. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że powieść jest jednak trochę „lżejsza”. I mniej depresyjna. W gruncie rzeczy, im dłużej piszę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jednym z moich ważniejszych celów literackich jest znalezienie złotego środka między „rozrywkowością” a… Ech, no właśnie, czym? Skłaniałbym się do użycia dość niesławnego ostatnio słowa „sztuka”… A zatem, między rozrywkowością a sztuką. Innymi słowy, chcę powiedzieć coś od siebie, ale w taki sposób, żebyście się dobrze bawili.

Ale popadam w dygresje.

okladka-ciemna-strona-ksiezycaWracając do powieści, na smaka może podrzucę opis okładkowy. No i oczywiście samą okładkę.

Empireum to najdalej wysunięty punkt znanego wszechświata. Ta niezwykła planeta od wieków pobudza wyobraźnię. Mają na niej miejsce wydarzenia cudowne i straszne. Pielgrzymi szukają tam objawień, nasłuchują głosu Boga. Gdy jednak dochodzi do serii zagadkowych wypadków, cesarz zamyka prowadzący na nią szlak i wysyła ekspedycję, której celem jest zgłębienie tajemnicy.

Czworo ludzi – ksiądz, poeta, naukowiec i żołnierz – wyrusza na poszukiwanie odpowiedzi, ale każdy z nich zadaje inne pytania.

Mam nadzieję, że powieść Wam się spodoba. Jeśli stęskniliście za starym, dobrym, kosmicznym s-f, to „Ciemna strona” powstała właśnie dla Was. Jeśli podobały Wam się moje horrorowe teksty, to również się nie zawiedziecie, bo elementów mistycyzmu i grozy zaplątało mi się tam trochę. Lubię straszyć ludzi, niezależnie od tego, czy drepczą po Ziemi, czy błądzą po klaustrofobicznych korytarzach starych stacji kosmicznych.

No i cóż. Liczę na to, że zobaczymy się na Krakonie w dniu premiery. 26.07 o 13 odbędzie się spotkanie autorskie z Waszym uniżonym sługą, a o 14 dnia tego samego tenże sługa uniżony wygłosi po raz czwarty i ostatni prelekcję o mitach (na Polconie mam nadzieję zjawić się już z prelekcją o oniryzmie).

W grodzie Kraka będzie mnie też można posłuchać 27.07. Najpierw o 13 panel poświęcony Zombiefilii (już przeszło 4 tys. pobrań, dacie wiarę? Dumny jestem, że mogłem uczestniczyć w takim projekcie), a potem o 20 panel na temat literackich miksów gatunkowych. (Godziny jeszcze, zdaje się, mogą się przesunąć).

A 28.07… hehe, wypijcie moje zdrowie i życzcie mi sto lat.

 

Patrz pod różne

Już prawie dwa tygodnie minęły od DF-ów. Nawet nie zauważyłem kiedy. Więc może rzucę garść wrażeń, choć ogólnie będzie nie o tym.

Całe doświadczenie było dla mnie pewnym stresem. Trochę się spieszyłem, więc nie mogłem się wczuć, jak trza, pójść spokojnie ze wszystkimi na piwo itp. Poza tym jestem socjopatą, a zatem ja plus wystąpienia publiczne to nie najlepsze połączenie. Mimo to, jestem zadowolony. Lubię Wrocław. Zjadłem bardzo dobre pierogi z pieca na rynku. Pograłem w planszówki. Pogadałem trochę o swoich książkach i szerzej o literaturze. No i wreszcie miałem okazję poznać na żywca ludzi, którzy dotąd byli dla mnie w pewnym sensie wirtualnymi zjawami. Miło było spotkać Tomka Czarnego, który mnie wciągnął do projektu „Gorefikacje” i popchnął ku nadchodzącej „Zombiefilii”. Miło było wreszcie porozmawiać twarzą w twarz z Witoldem Jabłońskim, z którym dawno temu prowadziłem wywiad przez mejla. Miło było uścisnąć prawicę Marcinowi Rusnakowi, którego literacką karierę śledzę od początku; w pewnym sensie rozwija się ona równolegle do mojej własnej. No, tylko – jak wspomniałem – szkoda, że mi czasu (i samoorganizacji) nie starczyło na jakieś porządne posiedzenie.

A skoro już o Rusnaku wspomniałem, to przejdę do zasadniczej części tego posta. Bo właściwie to chciałem przedstawić Wam kilka książkowych polecanek.

okc582adka1. „Czas ognia, czas krwi” Marcina Rusnaka. Ta chwila się odwlekała, bo ciągle albo nie miałem kasy, albo zapominałem, ale w końcu nabyłem. I z czystym sumieniem wszystkim polecam. Lekkie pióro i wyraziste postaci Marcina znałem już wcześniej z opowiadań, wiedziałem też, że potrafi dobrze poprowadzić akcję, ale miło było przekonać się, że tego wszystkiego nie zabrakło też w dłuższej historii (choć tak naprawdę to, czy „Czas ognia…” jest bardziej powieścią czy zbiorem opowiadań pozostaje kwestią dyskusyjną;]). A tak żeby Was wprowadzić w fabułę, pozwólcie, że zacytuję okładkowy opis:

Epoka wiktoriańska. Młody czarodziej przybywa do Wiednia, by kontynuować zakazane nauki. Jednak inkwizycja czuwa – miejscowa gildia zostaje zniszczona, a magowie wyjęci spod prawa. Młody adept musi się ukrywać i dowiedzieć, kto ich wsypał. A nie będzie to łatwe – na jego drodze staną: inkwizytorzy, tureckie wojska i magowie, mechaniczna kobieta i wiele innych postaci, które zmienią jego życie. Los sprawi, że będzie musiał odwiedzić wiele zakątków Europy, by poznać prawdę i zmierzyć się ze swym przeznaczeniem. Ale czy podoła wyzwaniu?

Uczta_wyobra__ni_-_Finch_373_x_5732. „Finch” Jeffa Vandermeera. Zdecydowanie jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałem w tym roku. Zresztą w ogóle Vandermeer jest chyba w tej chwili najlepszym amerykańskim pisarzem fantastycznym na rynku. Pierwszy raz do jego ponurego, zagrzybionego Ambergris wybrałem się kilka lat temu, czytając „Miasto szaleńców i świętych”. Miło było wrócić, choć to niezwykłe miejsce stało się w międzyczasie jeszcze bardziej duszne i mroczne. I znów krótki opis:

Prowadząc niemożliwe do rozwiązania śledztwo w sprawie podwójnego morderstwa, detektyw John Finch szuka prawdy wśród wojennych ruin niegdyś potężnego miasta Ambergris. Po sześciu latach rządów nieludzkich szarych kapeluszy Ambergris powoli popada w anarchię. Pozostałości armii buntowników są rozproszone, a ich przywódczyni, tajemnicza Błękitna Dama, zniknęła. Mieszkańców zamyka się w obozach. Kolaboranci wędrują ulicami, brutalnie zaprowadzając porządek. Finch musi sobie poradzić także z nowymi siłami, takimi jak zagadkowy as wywiadu Ethan Bliss, oraz z chorobą jego partnera, Wyte’a, który dosłownie rozpada się pod wpływem presji.

Drood7b_-_M3. „Drood” Dana Simmonsa. Kolejna świetna pozycja na mojej tegorocznej liście książek do przeczytania. To jedna z tych (nielicznych, jako że nie jestem człowiekiem skromnym) powieści, które sprawiły, iż załamałem ręce i powiedziałem: „K…wa, sam nigdy nie dałbym rady napisać czegoś tak dobrego”. Simmons udowadnia, że twórcy fantastyki naprawdę nie muszą mieć kompleksów i mogą spokojnie tworzyć wielką literaturę.

9 czerwca 1865 roku Charles Dickens – najsłynniejszy i najpopularniejszy powieściopisarz na świecie, będący u szczytu sławy i zdolności twórczych – jadąc pociągiem do Londynu w towarzystwie swojej potajemnej kochanki, przeżył katastrofę kolejową, która na zawsze zmieniła jego życie.

Czy po tym wypadku zaczął prowadzić mroczne podwójne życie? Czy conocne eskapady do najohydniejszych londyńskich slumsów i nasilająca się obsesja na punkcie ukrytego przed światem podziemnego Londynu, trupów, grobowców, morderstw, palarni opium i rozpuszczania zwłok w dołach z wapnem były tylko przejawem zwykłej pisarskiej ciekawości, czy jednak czymś znacznie bardziej przerażającym?

I to właściwie tyle. Do przeczytania za jakiś czas.

Dłubię se

Żadnych sensacyjnych wieści niestety nie mam. Za to dwa szybkie newsy z mojego prywatnego światka literackiego oraz jeden ze świata wielkiej muzyki pragnę Wam przedstawić.

Zacznijmy ode mnie.

Nr 1: Ukazał się nowy numer Qfantu, a w nim moje opowiadanie „Lwica”. Serdecznie zachęcam do lektury. Tym bardziej, że to jeden z nielicznych przypadków, w których zdecydowałem się uczynić główną bohaterkę… no, główną bohaterką. Znaczy się, kobietą. Na pewno chcecie się przekonać, jak głębokie zrozumienie kobiecej psyche posiadłem, prawda? No a poza tym ci z Was, którzy choć raz w życiu byli w zoo, ponad wszelką wątpliwość zadali sobie pytanie: „Co by było, gdyby pomiędzy mną a tym lwem nie stała krata?” Ja zadałem sobie takie pytanie, pisząc tekst, do którego lektury Was namawiam. Link do numeru TUTAJ.

Nr 2: Na stronie internetowej magazynu Kontury pojawiło się moje opowiadanie „Vitus i Czarne Karły”. Oczywiście również zachęcam do lektury. W tym wypadku możecie się przekonać, jak sobie radzę na dość nietypowym dla mnie poletku młodzieżowej fantasy. Tekst zresztą bazuje na historii, którą wymyśliłem dobrych dziesięć lat temu, więc daje pewne pojęcie o moich literackich korzeniach. LINK

A teraz pora na dużego newsa. Chociaż może właściwie „news” to kiepskie określenie, bo w sumie sprawa niedługo będzie już nieaktualna. Może zatem nazwijmy to „dużym wydarzeniem”.

To „duże wydarzenie” to koncert legendarnego zespołu Queen (albo przynajmniej jego 51%), który odbędzie się już w najbliższą sobotę we Wrocławiu. I ja tam będę. Koszulka z godłem już kupiona. O, takim jak widać na ilustracji. Oczywiście człowieczek, który z nimi śpiewa nie równa się z nieodżałowanym Farokhiem Bulsarą, ale jak się nie ma co się lubi… W każdym razie spodziewam się wypasionego widowiska.

Jak wrócę, to pewnie się podzielę wrażeniami.