Gajek & Szrejter – odc. 4: Starożytna Grecja, raj dla psychicznie i nerwowo chorych

Tak oto doczekaliśmy się czwartego i, niestety, już ostatniego odcinka moich pogadanek z Arturem Szrejterem. Na koniec zostawiliśmy sobie temat smakowity, a mianowicie – schorzenia psychiczne. Nie bez powodu wszystkie najfajniejsze kompleksy nazywają się od postaci mitologicznych. Jeśli istniało kiedy społeczeństwo waryatów (przepowiadane przez psychologów w latach 20., stąd pisownia), to było nim właśnie społeczeństwo greckie u schyłku epoki mykeńskiej.

Miłego oglądania i, na bogów, nie krępujcie się komentować, udostępniać etc.

Reklamy

Gajek & Szrejter – odc. 1: Czarownice, nałożnice, kapłanki – kobiety w mitologii i społeczeństwie starożytnej Grecji

Wraz z moim przyjacielem i redaktorem Arturem Szrejterem pogadaliśmy sobie o kobietach, które w „Powrocie królów” odgrywają niemałą rolę. Jeśli spodobała Wam się powieść i chcielibyście bliżej zapoznać się z opisanymi w niej realiami, albo jeśli po prostu macie fizia na punkcie antyku, to mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie.

O kolekcjonowaniu typów ludzkich

pisarzPisarz to ponure indywiduum o fizjonomii grabarza, które dnie całe przepędza na podglądaniu, szczególne znajdując upodobanie w tropieniu wariatów. Krotochwilom takim oddaje się z uporem, jak zwykło się mawiać, godnym lepszej sprawy. Jeśli kto nie zasłoni wieczorem okien, pisarz wnet spoziera mu do kuchni, a i na zasłonkach nieraz ogląda teatrzyk cieni. Udając, że przegląda gazetę, w miejscach publicznych przysłuchiwa się rozmowom. W toalecie kryje się nie za fizjologiczną potrzebą, ale dla rejestrowania ekstraordynaryjnych kloacznych odgłosów. Wreszcie, w autobusach i tramwajach, ogluje ładne dziewczęta, mimo iż żonaty, bo wszak „kolekcjonuje typy”, a czymże by była literatura bez heroin?

Ale czemuż on to robi? Czy jest to jakiś perwerta (znaczy się zboczeniec)? Bez wątpienia, choć nie erotycznej natury.

Mógłby ktoś pomyśleć, że podglądactwo pisarza ma cel kronikarski, że dokumentuje on nieskończenie różnorodną rzeczywistość i próbuje (niczym jakowyś kosmiczny Syzyf) zatrzymać upływ czasu, powstrzymać niekończącą się degradację tkanek, przenosząc istotę materii podglądanej w przestrzeń idei. A gdzież tam! Łotr ów szuka jedynie pożywki dla niezaspokojonej swej fantazji, by móc potem oddawać się plotkarstwu najparszywszej odmiany i uprawiać potwarz tudzież donosicielstwo. Weźmy taki przykład: autobus, godziny szczytu, on stary, ona młoda, trzymają się za ręce. Cóż to za awantura? Ano, gadają (kto gada do rzeczy nie należy), że stary otruł żonę, dzieweczka zaś (zdałoby się, wcielenie anielskiej niewinności), w istocie miała cielesne stosunki z własnym ojcem, co stało się źródłem poważnego kompleksu na tle erotycznym. I co z tego będzie? Ano morderstwo, jak nic kolejne morderstwo!

Tak to pisarz przekształca otaczającą go rzeczywistość dla pofolgowania nieprzystojnym ciągotom. A przynajmniej zwykł to czynić – drzewiej, w lepszych czasach. Bo dziś, cóż, internet, panie, literat za komputerem siedzi, na Fejsbuku grzebie, a tam, wiadomo,  nieprawda, wszystko nieprawda, fikcja najczystszej próby i plotki tak wstrętne, że inszych tworzyć nie ma po co. Można myśleć: kryzys, pisarz redundantny. W żadnym razie. Dla zboczeńców zawsze znajdzie się miejsce.

Niemniej trzeba iść z duchem czasu. Ongiś, gdy udawał się pisarz, dajmy na to, do sklepu, każdy przechodzień był mu ofiarą: co jeden to oryginał. Teraz na ulicach prawie już patrzeć nie ma na co, bo człowiek do człowieka podobny jak do ciastka ciastko. Nosów wstrętnych ubywa z każdym dniem, wariaci siedzą grzecznie w przytułkach, co drugi zdrowo się odżywia, co trzeci uprawia jogę… I jak tu zmyślać utopie! Niby tam gdzieś jakaś wojna, niby ktoś kogoś maczetą zarąbał, lecz skąd to wszystko wiadomo? Przecież z Fejsbuka, a tam, ustaliliśmy, bezustanne blagierstwo. Cóż zatem pozostaje? Ano nic tylko się przystosować, przekręcić północ ku południowi, plus ku minusowi, bieg literackich fluidów odwrócić i tworzyć rzeczywistość. Tak, tak, mili Państwo, niech rzeczywistość tkwi nam teraz wewnątrz literata, a świat niech podgląda, przeinacza, obraca prawdę w plotkę. Zaraz w zakładach chirurgii plastycznej posypią się zamówienia na nosy w typie bokserskim, małe biusta, usta wąskie, zaraz ludzie zaczną sobie paluchy u stóp wyłamywać, aby móc się pochwalić chodem cudaczym, zaraz przestaniemy gadać do siebie, udając, że korzystamy z zestawów głośno mówiących, a zaczniemy gadać do zestawów głośno mówiących, udając, że gadamy do siebie.

Tak będzie! Taka właśnie nowa rola pisarzy! Inaczej być nie może…

Muzyka sfer

10410777_766075333469530_7939364293059229451_nJakiś czas temu opowiadałem Wam o tym, że do moich licznych planów na rok 2015 należy rozkręcenie projektu związanego z muzyką elektroniczną w klimatach s-f. No i stało się, wyszliśmy z mroku. Jest nas dwóch, nazywamy się GeaR i spędzamy dnie na wsłuchiwaniu się w dźwięczenie ciał niebieskich.

Jeśli zajrzycie na nasz profil na FB (do czego zachęcam), to znajdziecie tam następujący manifest:

Pitagoras twierdził, że muzyka jest spoiwem kosmosu. Celem GeaR jest przetworzenie tego spoiwa na elektroniczne brzmienia.

Jeśli wierzyć greckiemu filozofowi, odległe nebule, umarłe gwiazdy, pulsary i nieprzebrane roje planet bezustannie dźwięczą w tajemnicznej harmonii wszechrzeczy. Jako ludzie wychowani na literaturze i kinie s-f, na Lemie, Strugackich, Asimovie i Clarku, myślami często błądzimy po odległych zakątkach wszechświata, trawersujemy rakietowe szlaki, marzymy o obcych światach i nieodkrytych cywilizacjach: czasem zapierających dech w piersi, a czasem przerażających. Chcielibyśmy podzielić się z Wami dźwiękowymi obrazkami z tych podróży, stworzyć coś, przy czym dobrze będzie wam się czytało, grało w RPG albo po prostu dumało o tym, co leży poza ostatnią granicą.

Ja i Radek (GiR, hehe) na co dzień pokazujemy światu ponure gęby, ale w głębi ducha, jak być może domyślacie się po powyższym opisie, jesteśmy marzycielami. Bezdeń kosmosu, choć czasem straszna, ma w sobie też coś romantycznego. Jeśli odczuwacie czasem jej magnetyczne oddziaływanie, to zachęcam do przesłuchania naszej playlisty z SoundClouda. Słuchajcie i piszcie, co myślicie!

Przy okazji chciałbym Wam też pokrótce opowiedzieć, co zadecydowało o tym, że postanowiłem się w taki projekt zaangażować.

Ktoś kiedyś powiedział, że tam, gdzie nie sięgają słowa, zaczyna się muzyka. I tak chyba właśnie jest ze mną. Gdy burzą się we mnie jady, piszę i to przynosi ulgę. Odganiam demony. Ale czasem to zwyczajnie za mało. Literacki świateczek też ma swoje szatany; kiedy ostatnie słowa zostaną powierzone pamięci komputera, rzeczywistość o sobie przypomina, zaczynają się poprawki, negocjacje z wydawcami itd. Muszę mieć dodatkowy wentyl bezpieczeństwa. Niegdyś go miałem w postaci studenckiej kapeli rockowej i teraz poczułem, że znów potrzebne mi jest coś takiego.

Druga sprawa to to, że świat cierpi na chroniczny niedobór piękna. Miniony rok przeżuł mnie i zmaltretował tak, że odczułem to silniej niż kiedykolwiek. Dom i praca, praca-dom, w domu znaczki. No i kasa. Całe szczęście rzuciłem już tłumaczenia ekonomiczno-finansowe, bo mamoniczny grzyb w końcu przeżarłby mi mózg. Sztuka jest nam potrzebna jak powietrze, jeśli nie bardziej. Sztuka w każdej postaci – popsztuka nie jest w niczym gorsza od, ekhem, sztuki wysokiej. Stąd ta gwałtowna potrzeba, żeby grać. Grać i pisać, pić wino i opychać się dobrym żarciem – oto mój plan na najbliższy rok.

Zagłodzona polszczyzna

Durer, Syn marnotrawnyLubię literaturę zagraniczną, szczególnie brytyjską. Często po nią sięgam. A kiedy czytam, podstępne słówka i zwroty lęgną mi się w głowie. Jak parazyty. Powolutku, pomalutku przetwarzają kod zaimplantowany przed laty przez dobrą matulę. Potem siadam, próbuję pisać i co się okazuje? Do komputera ścieka polszczyzna chuda, zabiedzona, bez fantazji. Poglisz to to może jeszcze nie jest, ale coś jednak nie gra.

Rzecz jasna, język to żywe bydlę, musi ewoluować. Jak nie ma co żreć, to kombinuje. Przed pewnymi rzeczami nie uciekniemy, walki o czystość języka i rasy promować nie zamierzam. Zresztą angielski (główny winowajca w całej sprawie) jest piękny i bliski memu sercu, więc złego słowa pod jego adresem także nie powiem. Niemniej mam wrażenie, że momentami na zbyt wiele tej takiej owakiej ewolucji pozwalamy. Daliśmy jej, między innymi, zapędzić się w kozi róg i niewolę tłumaczeń.

Książek zagranicznych na księgarnianych półkach jest zatrzęsienie – chyba nikogo nie trzeba o tym przekonywać. A tłumacze, niestety, bywają różni. Część z nich można śmiało nazwać pisarzami (nawet jeśli nie popełnili w życiu ani jednego autorskiego tekstu). Część to amatorzy, których wypociny stanowią obrazę dla sztuki i dobrego smaku. Jednak najbardziej niebezpieczni są porządni fachowcy. Ci, którzy dostarczają… ekhem… solidny produkt. To podlece wabiące młodych pismaków na manowce, karmiące ich polszczyznę czipsami, frytkami i inszym smakowitym papierem pozbawionym wartości odżywczych. A najgorsze jest to, że nie sposób ich nienawidzić, bo frytki, cholera, każdy lubi.

Tym sposobem dochodzimy do paradoksu, który Anglosasi ujęli trafnym powiedzonkiem „mieć ciastko i zjeść ciastko”. Czytać zagraniczną literaturę chcemy i to nie zawsze w oryginale. Z drugiej strony, to nie ona powinna kształtować nasze pismacze umiejętności. Dlaczego? Ano dlatego, że solidne produkty zazwyczaj bazują na sprawdzonych rozwiązaniach, które są zwyczajnie nudne. Ktoś kiedyś powiedział mi, że jeśli chciałbym napisać „ostry jak brzytwa”, to już lepiej żebym napisał „ostry jak sraczka”. Coś jest na rzeczy. Chciałbym myśleć, że w jakimś stopniu władamy ewolucją języka, że jesteśmy w stanie pchnąć go poza taką czy inną granicę, a nie tylko dryfujemy uczepieni jego wyleniałego ogona.

Ale wróćmy do ciastka. Chcielibyśmy opychać się niezdrowymi świństwami, a mimo to trzymać linię. Jak to zrobić? Zalecam od czasu do czasu przejść na dietę. Sam ostatnio kurowałem się koktajlami z Prusa. Do tego jeszcze niezbędne są ćwiczenia, np. myślenie o sraczce przy każdym opisie kła, pazura, noża, miecza etc.

Polszczyzna jest piękna i elastyczna. Gdy trzeba, potrafi być rubaszna albo dosadna. Kiedy indziej czaruje subtelnością, melodyką. Okazjonalny post jej nie zabije, ale bardzo nie chciałbym biedactwa zagłodzić.