O kolekcjonowaniu typów ludzkich

pisarzPisarz to ponure indywiduum o fizjonomii grabarza, które dnie całe przepędza na podglądaniu, szczególne znajdując upodobanie w tropieniu wariatów. Krotochwilom takim oddaje się z uporem, jak zwykło się mawiać, godnym lepszej sprawy. Jeśli kto nie zasłoni wieczorem okien, pisarz wnet spoziera mu do kuchni, a i na zasłonkach nieraz ogląda teatrzyk cieni. Udając, że przegląda gazetę, w miejscach publicznych przysłuchiwa się rozmowom. W toalecie kryje się nie za fizjologiczną potrzebą, ale dla rejestrowania ekstraordynaryjnych kloacznych odgłosów. Wreszcie, w autobusach i tramwajach, ogluje ładne dziewczęta, mimo iż żonaty, bo wszak „kolekcjonuje typy”, a czymże by była literatura bez heroin?

Ale czemuż on to robi? Czy jest to jakiś perwerta (znaczy się zboczeniec)? Bez wątpienia, choć nie erotycznej natury.

Mógłby ktoś pomyśleć, że podglądactwo pisarza ma cel kronikarski, że dokumentuje on nieskończenie różnorodną rzeczywistość i próbuje (niczym jakowyś kosmiczny Syzyf) zatrzymać upływ czasu, powstrzymać niekończącą się degradację tkanek, przenosząc istotę materii podglądanej w przestrzeń idei. A gdzież tam! Łotr ów szuka jedynie pożywki dla niezaspokojonej swej fantazji, by móc potem oddawać się plotkarstwu najparszywszej odmiany i uprawiać potwarz tudzież donosicielstwo. Weźmy taki przykład: autobus, godziny szczytu, on stary, ona młoda, trzymają się za ręce. Cóż to za awantura? Ano, gadają (kto gada do rzeczy nie należy), że stary otruł żonę, dzieweczka zaś (zdałoby się, wcielenie anielskiej niewinności), w istocie miała cielesne stosunki z własnym ojcem, co stało się źródłem poważnego kompleksu na tle erotycznym. I co z tego będzie? Ano morderstwo, jak nic kolejne morderstwo!

Tak to pisarz przekształca otaczającą go rzeczywistość dla pofolgowania nieprzystojnym ciągotom. A przynajmniej zwykł to czynić – drzewiej, w lepszych czasach. Bo dziś, cóż, internet, panie, literat za komputerem siedzi, na Fejsbuku grzebie, a tam, wiadomo,  nieprawda, wszystko nieprawda, fikcja najczystszej próby i plotki tak wstrętne, że inszych tworzyć nie ma po co. Można myśleć: kryzys, pisarz redundantny. W żadnym razie. Dla zboczeńców zawsze znajdzie się miejsce.

Niemniej trzeba iść z duchem czasu. Ongiś, gdy udawał się pisarz, dajmy na to, do sklepu, każdy przechodzień był mu ofiarą: co jeden to oryginał. Teraz na ulicach prawie już patrzeć nie ma na co, bo człowiek do człowieka podobny jak do ciastka ciastko. Nosów wstrętnych ubywa z każdym dniem, wariaci siedzą grzecznie w przytułkach, co drugi zdrowo się odżywia, co trzeci uprawia jogę… I jak tu zmyślać utopie! Niby tam gdzieś jakaś wojna, niby ktoś kogoś maczetą zarąbał, lecz skąd to wszystko wiadomo? Przecież z Fejsbuka, a tam, ustaliliśmy, bezustanne blagierstwo. Cóż zatem pozostaje? Ano nic tylko się przystosować, przekręcić północ ku południowi, plus ku minusowi, bieg literackich fluidów odwrócić i tworzyć rzeczywistość. Tak, tak, mili Państwo, niech rzeczywistość tkwi nam teraz wewnątrz literata, a świat niech podgląda, przeinacza, obraca prawdę w plotkę. Zaraz w zakładach chirurgii plastycznej posypią się zamówienia na nosy w typie bokserskim, małe biusta, usta wąskie, zaraz ludzie zaczną sobie paluchy u stóp wyłamywać, aby móc się pochwalić chodem cudaczym, zaraz przestaniemy gadać do siebie, udając, że korzystamy z zestawów głośno mówiących, a zaczniemy gadać do zestawów głośno mówiących, udając, że gadamy do siebie.

Tak będzie! Taka właśnie nowa rola pisarzy! Inaczej być nie może…

Reklamy

Muzyka sfer

10410777_766075333469530_7939364293059229451_nJakiś czas temu opowiadałem Wam o tym, że do moich licznych planów na rok 2015 należy rozkręcenie projektu związanego z muzyką elektroniczną w klimatach s-f. No i stało się, wyszliśmy z mroku. Jest nas dwóch, nazywamy się GeaR i spędzamy dnie na wsłuchiwaniu się w dźwięczenie ciał niebieskich.

Jeśli zajrzycie na nasz profil na FB (do czego zachęcam), to znajdziecie tam następujący manifest:

Pitagoras twierdził, że muzyka jest spoiwem kosmosu. Celem GeaR jest przetworzenie tego spoiwa na elektroniczne brzmienia.

Jeśli wierzyć greckiemu filozofowi, odległe nebule, umarłe gwiazdy, pulsary i nieprzebrane roje planet bezustannie dźwięczą w tajemnicznej harmonii wszechrzeczy. Jako ludzie wychowani na literaturze i kinie s-f, na Lemie, Strugackich, Asimovie i Clarku, myślami często błądzimy po odległych zakątkach wszechświata, trawersujemy rakietowe szlaki, marzymy o obcych światach i nieodkrytych cywilizacjach: czasem zapierających dech w piersi, a czasem przerażających. Chcielibyśmy podzielić się z Wami dźwiękowymi obrazkami z tych podróży, stworzyć coś, przy czym dobrze będzie wam się czytało, grało w RPG albo po prostu dumało o tym, co leży poza ostatnią granicą.

Ja i Radek (GiR, hehe) na co dzień pokazujemy światu ponure gęby, ale w głębi ducha, jak być może domyślacie się po powyższym opisie, jesteśmy marzycielami. Bezdeń kosmosu, choć czasem straszna, ma w sobie też coś romantycznego. Jeśli odczuwacie czasem jej magnetyczne oddziaływanie, to zachęcam do przesłuchania naszej playlisty z SoundClouda. Słuchajcie i piszcie, co myślicie!

Przy okazji chciałbym Wam też pokrótce opowiedzieć, co zadecydowało o tym, że postanowiłem się w taki projekt zaangażować.

Ktoś kiedyś powiedział, że tam, gdzie nie sięgają słowa, zaczyna się muzyka. I tak chyba właśnie jest ze mną. Gdy burzą się we mnie jady, piszę i to przynosi ulgę. Odganiam demony. Ale czasem to zwyczajnie za mało. Literacki świateczek też ma swoje szatany; kiedy ostatnie słowa zostaną powierzone pamięci komputera, rzeczywistość o sobie przypomina, zaczynają się poprawki, negocjacje z wydawcami itd. Muszę mieć dodatkowy wentyl bezpieczeństwa. Niegdyś go miałem w postaci studenckiej kapeli rockowej i teraz poczułem, że znów potrzebne mi jest coś takiego.

Druga sprawa to to, że świat cierpi na chroniczny niedobór piękna. Miniony rok przeżuł mnie i zmaltretował tak, że odczułem to silniej niż kiedykolwiek. Dom i praca, praca-dom, w domu znaczki. No i kasa. Całe szczęście rzuciłem już tłumaczenia ekonomiczno-finansowe, bo mamoniczny grzyb w końcu przeżarłby mi mózg. Sztuka jest nam potrzebna jak powietrze, jeśli nie bardziej. Sztuka w każdej postaci – popsztuka nie jest w niczym gorsza od, ekhem, sztuki wysokiej. Stąd ta gwałtowna potrzeba, żeby grać. Grać i pisać, pić wino i opychać się dobrym żarciem – oto mój plan na najbliższy rok.

Zagłodzona polszczyzna

Durer, Syn marnotrawnyLubię literaturę zagraniczną, szczególnie brytyjską. Często po nią sięgam. A kiedy czytam, podstępne słówka i zwroty lęgną mi się w głowie. Jak parazyty. Powolutku, pomalutku przetwarzają kod zaimplantowany przed laty przez dobrą matulę. Potem siadam, próbuję pisać i co się okazuje? Do komputera ścieka polszczyzna chuda, zabiedzona, bez fantazji. Poglisz to to może jeszcze nie jest, ale coś jednak nie gra.

Rzecz jasna, język to żywe bydlę, musi ewoluować. Jak nie ma co żreć, to kombinuje. Przed pewnymi rzeczami nie uciekniemy, walki o czystość języka i rasy promować nie zamierzam. Zresztą angielski (główny winowajca w całej sprawie) jest piękny i bliski memu sercu, więc złego słowa pod jego adresem także nie powiem. Niemniej mam wrażenie, że momentami na zbyt wiele tej takiej owakiej ewolucji pozwalamy. Daliśmy jej, między innymi, zapędzić się w kozi róg i niewolę tłumaczeń.

Książek zagranicznych na księgarnianych półkach jest zatrzęsienie – chyba nikogo nie trzeba o tym przekonywać. A tłumacze, niestety, bywają różni. Część z nich można śmiało nazwać pisarzami (nawet jeśli nie popełnili w życiu ani jednego autorskiego tekstu). Część to amatorzy, których wypociny stanowią obrazę dla sztuki i dobrego smaku. Jednak najbardziej niebezpieczni są porządni fachowcy. Ci, którzy dostarczają… ekhem… solidny produkt. To podlece wabiące młodych pismaków na manowce, karmiące ich polszczyznę czipsami, frytkami i inszym smakowitym papierem pozbawionym wartości odżywczych. A najgorsze jest to, że nie sposób ich nienawidzić, bo frytki, cholera, każdy lubi.

Tym sposobem dochodzimy do paradoksu, który Anglosasi ujęli trafnym powiedzonkiem „mieć ciastko i zjeść ciastko”. Czytać zagraniczną literaturę chcemy i to nie zawsze w oryginale. Z drugiej strony, to nie ona powinna kształtować nasze pismacze umiejętności. Dlaczego? Ano dlatego, że solidne produkty zazwyczaj bazują na sprawdzonych rozwiązaniach, które są zwyczajnie nudne. Ktoś kiedyś powiedział mi, że jeśli chciałbym napisać „ostry jak brzytwa”, to już lepiej żebym napisał „ostry jak sraczka”. Coś jest na rzeczy. Chciałbym myśleć, że w jakimś stopniu władamy ewolucją języka, że jesteśmy w stanie pchnąć go poza taką czy inną granicę, a nie tylko dryfujemy uczepieni jego wyleniałego ogona.

Ale wróćmy do ciastka. Chcielibyśmy opychać się niezdrowymi świństwami, a mimo to trzymać linię. Jak to zrobić? Zalecam od czasu do czasu przejść na dietę. Sam ostatnio kurowałem się koktajlami z Prusa. Do tego jeszcze niezbędne są ćwiczenia, np. myślenie o sraczce przy każdym opisie kła, pazura, noża, miecza etc.

Polszczyzna jest piękna i elastyczna. Gdy trzeba, potrafi być rubaszna albo dosadna. Kiedy indziej czaruje subtelnością, melodyką. Okazjonalny post jej nie zabije, ale bardzo nie chciałbym biedactwa zagłodzić.

Dalej od ognia

P1020086Mam ambiwalentny stosunek do cywilizacji. Z jednej strony dorastałem w blasku świateł, kołysany do snu zaśpiewem tramwajów gnających po szynach prowadzących Bóg wie dokąd. Z drugiej — nieraz odbieram miasto jako opresyjne. Gdzie się nie ruszę, ściga mnie internet, satelity gapią się natrętnie z orbity, w pracy pełzają wokół mnie kable, w autobusach prą na mnie gęby. Nic tylko wyć!, uciekać!

Więc uciekam.

Ostatnio — do Puszczy Białowieskiej. Kryje się w tych lasach jakaś moc, drzewa tamtejsze zdają się, jak pisał Tolkien, zenciałe. A może to zdrzewiali entowie? Człowieczkowie z kolei, silniej niż gdzie indziej, emanują tymczasowością, jakby przycupnęli tam tylko na chwilkę; przegnańcy, tułacze. Oczywiście świadom jestem, że mitologizuję, lecz gdzie mit, tam moc. Silne muszą być puszczańskie bogi, jeśli, mimo tego iż mordujemy ich od wieków, wciąż jeszcze potrafią oddziaływać na maluczkich takich jak ja.

Niestety, przed cywilizacją trudno uciec. Bo cóż robiłem w Puszczy? Polowałem na żubry. Z aparatem, ma się rozumieć. Przewodnik zabrał mnie na polanę, na której pobudowaliśmy ordynarne paśniki dla tych majestatycznych bestii. I żarły tam one nasze ludzkie siano, niespecjalnie wiele robiąc sobie z mej obecności, dopóki nie podlazłem za blisko. A zatem dzikość ugłaskana, wygodna, jeśli nie liczyć potrzeby zerwania się rańcem — o godzinie, o której większość z nas rusza do pracy.

Niemniej przeżycie samo w sobie było dla mnie, mieszczucha, ekscytujące. I ile energii mogłem przejąć od króla-pozoranta (ile w nim jej jeszcze zostało z czasów demonicznych), tyle przejąłem. Oczyściłem się.

Obok tego oddawałem się rozrywkom bardziej przyziemnym i podnietom zgoła niemistycznym. Grałem w gry planszowe, spałem, jadłem nieprzyzwoicie duże ilości nieprzyzwoicie tłustego jedzenia, spędzałem czas ze znajomymi. Skorzystam zresztą z okazji i przyzwę tu postać jednego, a właściwie jednej, z nich, a mianowicie Pauliny Król, zapalonej promotorki literackiego horroru i pisarki (koniecznie odwiedźcie jej BLOG), którą wreszcie miałem okazję poznać niewirtualnie. Przy kawie, gdy za oknem zamieć, mieliśmy okazję… ekhem… omówić ważne sprawy rozmaitych osób z naszego grozoidalnego wszechświatka. A poza tym pogadać o planach, o magii Puszczy, o książkach, o filmach. Fajnie było i z tego miejsca ślę Ci, Paulino, cyberpozdrowienia.

Gdy kilka krótkich dni urlopu minęło, przyszło mi wracać. A cóż cywilizacja i człowieczkowie? Ano wyszczerzyli się radośnie i przypomnieli, na co ich stać. Moja podróż zakończyła się epizodem ze skurwysynem, który rąbnął na drodze sarnę (nie w Puszczy, tylko jakieś 50 km od Warszawy) i nawet się nie zatrzymał, żeby sprawdzić, czy przeżyła. Przeżyła, choć nie wiem jak długo. Mam nadzieję, że policjanci, których wraz ze znajomymi wezwaliśmy na miejsce zdarzenia, faktycznie sprowadzili kogoś kompetentnego, kto się zwierzakiem zajął albo chociaż ujął mu cierpień. Jednak biorąc pod uwagę, że jeden z nich świecił centralnie na sarnę, ale nie był w stanie jej wypatrzyć, dopóki mu paluchem nie pokazaliśmy, trudno mi zachować optymizm.

Co się robi pod koniec roku…

Don_Quixote_10Nadszedł czas, w którym tradycyjnie podsumowujemy rok miniony tudzież plany czynimy na rok nadchodzący. Jeśli chodzi o mnie, do podsumowywania jest niewiele, a plany to takie splątane nieszczęście, że nie wiada, jak się za to zabrać. Niemniej popróbuję.

Na początek, co łatwo prześledzić, wyraźnie zaniedbałem ten zakątek cyberprzestrzeni, który właśnie odwiedzasz, Miły Czytelniku. Ja z natury mało jestem wylewny, stąd może to wieczne przekładanie nowych wpisów „na jutro”. Albo zagiąłem czasoprzestrzeń i właśnie minęło półroczne dziś (tzn. wczoraj) i wreszcie do owego jutra dotarłem. Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.

Tak czy siak, skoro już piszę, a nawet powziąłem zamysł, coby spisać dzieje me z kończącego się właśnie roku, popatrzmy, co też się wydarzyło.

W ogólnym rozrachunku minione dwanaście miesięcy przyniosło mi kilka poważnych zawodów, zmęczyło mnie, wytarmosiło za uszy. Przybyło mi dłużników (co pewnie lepsze jest, niż gdyby przybyło mi długów), zmieniłem pracę, naużerałem się z wydawcami. Było też kilka lepszych momentów. Moje opowiadania pokazały się w trzech antologiach, zawitałem na kilku konwentach, zaklepałem sobie miejsce na przyszły rok w Nowej Fantastyce, a także w kilku zbiorkach, które dopiero powstają. Nie zmienia to jednak faktu, że pod wieloma względami znalazłem się na rozdrożach.

Od jakiegoś czasu narasta we mnie jakiś niepokój i niezadowolenie z tego języka, którym gadam poprzez większość moich tekstów. Stąd chaotyczne i gorączkowe poszukiwania nowej przestrzeni, nowych słów, min i grymasów, w których mógłbym się odnaleźć. Dręczy mnie tęsknota za teatrem i muzyką. Plany, żeby zrobić coś z tym pierwszym, jak dotąd nie wypaliły. Co do tego drugiego, to wraz z moim przyjacielem Radkiem Dubiszem zacząłem rozkręcać projekt, który ma na celu połączenie naszej wspólnej fascynacji muzyką elektroniczną (myśl Vangelis, Jean-Michel Jarre itp.) i literaturą science-fiction. Pierwsze efekty już słychać i dotąd jesteśmy zadowoleni, więc po Nowym Roku pewnie ruszymy z tym na poważnie (nasz profil na SoundCloudzie).

Jeśli chodzi o pismactwo, to nagle, i zgoła niespodziewanie, popadłem w okołosteamowe klimaty, targając za sobą bagaż umiłowania do makabry i grozy, rzecz jasna, lecz także odnajdując niemałą radość w snuciu intryg kryminalnych. Być może niedługo przedstawię Wam dwóch detektywów, którzy w ludziach szukają resztek człowieczeństwa, a w rynsztokach sprawiedliwości, ale na razie sza!

Planów powieściowych nie mam, choć pomysły, a i owszem. Jednak moje dwie ostatnie książki wciąż czekają na werdykt wydawców, więc nie spieszno mi zaczynać coś nowego. Tym bardziej, że nie bardzo wiem, w jakim kierunku się zwrócić, czy ciągnąć coś starego, czy szukać czegoś nowego.

Mówiąc krótko, mam za sobą wredny, przejściowy rok, rok czekania, w którym nic nie poszło do końca tak, jak to sobie założyłem. Cóż, tak bywa. Wierzę, że w nadchodzących miesiącach coś się wyklaruje. I, jak zwykle, gdy coś mi się nie udaje, czuję się podekscytowany, bo porażka oznacza, że będę mógł zacząć coś nowego. To się nazywa kompleks Don Kichota.

Coś się kończy, coś zaczyna

OuroborosW kontekście niedawnej publikacji kolejnej odsłony przygód Wiedźmina taki tytuł posta wydał mi się adekwatny. Nową książkę o Białym Wilku kupiłem, a jakże. Zobaczymy, czy AS może nas czymś jeszcze zaskoczyć. Pamiętam, jak stwierdził ongiś, że nową powieść z cyklu napisze dopiero, gdy skończą mu się pieniądze. Cóż, ten dzień najwyraźniej nadszedł. I nie ma w tym nic złego (dla nas, czytelników, oczywiście), motywacja finansowa jest dobra jak każda inna (a może i od niektórych lepsza).

Ale ja nie o tym…

To jeszcze nie koniec roku, ale naszedł mnie jakoś tak nastrój do podsumowań. Może dlatego że skończył się już sezon konwentowy. A może chodzi o to, że parę dni temu skończyłem pisać ostatnie obiecane opowiadanie i na jakiś czas robię sobie przerwę od krótszych form. W sumie nieważne.

Ostatnie kilkanaście miesięcy przyniosło ze sobą mnóstwo wrażeń. Teraz będę się przechwalał i wyliczał, więc uzbrójcie się w cierpliwość i wyrozumiałość. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.

Otóż, przede wszystkim, wydałem dwie powieści, „Szaleństwo przychodzi nocą” oraz „Ciemną stronę księżyca”. Fakt ten napawa mnie niemałą dumą. Nie mam, co prawda, tysięcy czytelników (jeszcze, hehe), ale samo to, że sto, dwieście czy tysiąc osób (właściwie nie wiem ile) przeczytało coś, co stworzyłem, że dali się zabrać do nie jednego, lecz wielu stworzonych przeze mnie światów… No, jest w tym coś niesamowitego. Tym bardziej, że ludzie dzielą się opiniami i obie moje powieści, jak dotąd, zbierają raczej pozytywne recenzje.

A skoro już o tym mowa… Na Krakonie i Kfasonie miałem przyjemność spotkać (pośród wielu znanych pisarzy) m.in. Andrzeja Pilipiuka. I tak się złożyło, że bezczelnie wcisnąłem mu egzemplarz „Szaleństwa…”. Ładnym gestem z jego strony było to, że w kilku zdaniach opisał swoje wrażenia z lektury. Mam nadzieję, że nie obrazi się, jeśli zacytuję wpis z jego bloga (pilipiuk.com):

Szalenstwo  okładkaPrzeczytałem książkę Grzegorza Gajka „Szaleństwo przychodzi nocą”. Bardzo ładny opis życia codziennego starego zmęczonego człowieka, który walczy z chorobami i zwykłym zużyciem organizmu, a do tego ma problemy natury paranormalnej. W dodatku zawziął się na niego ćpun-schizofrenik. Atmosfera stopniowo się zagęszcza prowadząc do – jak możemy przeczuwać – wyjątkowo paskudnego finału. Ciekawie skonstruowana rzecz – ale zakończenie trochę mnie rozczarowało – jest odrobinę zbyt amerykańskie w stylu „łubu-dubu” – choć z drugiej strony autor dołożył starań by podciągnąć je parę oczek wyżej niż przyzwyczaiła nas popkultura. Jak na debiut „papierowy” (Grzegorz puścił w świat kilka e-booków) zdecydowanie udana pozycja. Polecam miłośnikom horroru.

Tego rodzaju wsparcie ze strony starszych kolegów po piórze to rzecz niezwykle miła. Zresztą, Andrzej Pilipiuk nie jest jedynym, który okazał mi życzliwość, że wspomnę choćby Kazka Kyrcza, Dawida Kaina czy Stefana Dardę. A skoro już o nich mowa, muszę powiedzieć dwa słowa o tegorocznych konwentach. A byłem na kilku; wygłaszałem prelekcje, brałem udział w panelach, spotykałem się z czytelnikami i innymi pisarzami. No i właśnie to spotykanie się to chyba najfajniejsza część tego typu imprez. Miałem okazję pogadać twarzą w twarz z wieloma osobami, które dotąd znałem np. tylko z fejsbuka, a także poznać trochę nowych ludzi.

Więc gdzie to ja właściwie byłem? Odwiedziłem Grojkon, Dni Fantastyki we Wrocku, Krakon, Polcon i Kfason. Nie licząc kilku mniejszych imprez.

No, ale – żeby przerwać ciąg zachwytów i samochwalstwa – muszę też powiedzieć, że ostatnie miesiące przyniosły kilka… może nie rozczarowań, ale – powiedzmy – twardych zderzeń z rzeczywistością. Oczywiście, na poziomie racjonalnym miałem świadomość, że na pierwszej książce nie zarobię od razu milionów, ale chyba każdy człowiek ma w podświadomości coś takiego, że w gruncie rzeczy chciałby od razu trafić na sam szczyt. Z tego powodu zawód, na pewnej płaszczyźnie, jest praktycznie nieunikniony.

0135

Weźmy choćby kwestię konwentów. Jestem z nich bardzo zadowolony, ale to była dla mnie ciężka praca i niemały stres. Pewnie dlatego że jestem socjopatą i wystąpienia publiczne sprawiają mi pewien problem. A tak szerzej rzecz ujmując: musiałem się niemało narobić nad promocją obu moich powieści, godzenie pisania z pracą nie zawsze było łatwe, zachwyty nad moim błyskotliwie wybitnym geniuszem wcale nie były tak wielkie jak się spodziewałem. No, wiecie jak to jest.

Szczególnie pracowite były dla mnie ostatnie dwa czy trzy miesiące, bo miałem do napisania opowiadania do czterech antologii. I znów: blaski i cienie. Z jednej strony super, że ludzie mnie zapraszają do różnych inicjatyw wydawniczych. A z drugiej: pisanie to też niemały wysiłek, zwłaszcza jak chcesz dotrzymać deadline’u i czujesz presję (którą co prawda sam sobie wytworzyłeś), żeby tekst był świetny.

Wiem, marudzę, cóż, taka to już zrzędliwa, artystyczna (a co mi tam, zaartystycznię sobie) natura.

205604-352x500To może wróćmy do przechwałko-wyliczanek. Wspomniałem o czterech szykujących się antologiach. Tytuły dwóch z nich na pewno mogę już zdradzić. Będą to „Księga wampirów” oraz „Toystories”. Te zbiorki są akurat o tyle szczególne, że postanowiłem napisać do nich opowiadania, które łączy postać głównego bohatera, niejakiego Sewerusa. Być może znacie go już z opowiadań „Synowie Kaina” i „Angelwing”, które można przeczytać chociażby w e-książeczce „Sen, brat śmierci”.

Ogólnie, powoli dobiegający końca rok pański 2013 był dla mnie wyjątkowo antologiczny. Moje teksty pojawiły się w „Bizarro Bazarze”, „Gorefikacjach”, „Zombiefilii” (która odnotowała imponującą liczbę 25 tys. pobrań; EDIT: 40 tys. – nie wiem, jak to się stało, ale kiedy nie patrzyłem, licznik obrócił się o 15 tys.!) i kolejnej odsłonie serii „31.10”. Tę ostatnią publikację polecam Wam w sposób szczególny, gdyż a) jest najnowsza, b) aura sprzyja opowieściom w halloweenowych klimatach, c) zawarte w niej opowiadanie „Ode złego” uważam za jedno z najlepszych, jakie spłodziłem (a w dodatku stworzyłem w nim nowy gatunek literacki – kryminał paranormalny). Dyskretnie podrzucam LINK.

I to właściwie tyle, jeśli chodzi o podsumowania. Lecz, jako się rzekło, coś się kończy, coś zaczyna. Zatem co dalej? Na razie łapię oddech. Jednak już woła mnie powieść „A ona była tam”, którą rozgrzebałem jakoś na początku roku, a potem porzuciłem na rzecz różnych opowiadanek. Świnia ze mnie; czas się przeprosić. Zdaje się, że biednego Karola zostawiłem w rękach policji… No nic.

Poza tym pomysły lęgną się w mojej zwyrodniałej głowie jak głupie. Chciałbym spotkać się jeszcze raz z bohaterami „Ciemnej strony księżyca”. Marzy mi się dylogia o wspomnianym już Sewerusie. Gdzieś na peryferiach wyobraźni błądzi wizja naprawdę dużej powieści o magii, muzyce, dziecinnych strachach…

Cóż, trzymajcie za mnie kciuki i odwiedzajcie moje szaleństwa i światy.

Blondyn na Krakonie

Sprostowanie: Moja blondynność to kwestia dyskusyjna (aczkolwiek pogłoski o rudości są mocno przesadzone). Takie, a nie inne, sformułowanie tytułu niniejszego wpisu wiążę się z irracjonalną potrzebą intertekstualności, odczuwaną przez autora.

A przechodząc do meritum, na początek wypowiem się może w dwóch sprawach, które w sieci odbiły się niejakim echem. Chodzi mi o organizację Krakonu oraz tajemniczy przypadek Grahama Mastertona. No, wrodzona szczerość nie pozwala mi napisać, że impreza była logistycznym marzeniem, ale z drugiej strony jakoś udało mi się ze wszystkim ogarnąć, a poza tym jako gościowi zapewniono mi niezłe zakwaterowanie i przynajmniej nie miałem problemu z akredytacją (kiedyś już zdarzyło mi się w podejrzanych okolicznościach zniknąć z listy osób, którym należą się konwentowe wejściówki). W tym miejscu pragnę podziękować Michałowi Stonawskiemu, koordynatorowi bloku horroru, który mnie do Grodu Kraka był zaprosił, a potem cierpliwie odpowiadał na moje niekończące się mejle i telefony. Dzięki Michał i wybacz, że Cię uśmierciłem w zombicznej historyjce, której clou i tak zginęło w późniejszym sporze na temat tego, czy zombiaki to żywe trupy, czy mutanty.

1078287_149579798572448_467301714_n

(Ja, Michał Stonawski i Sylwia Błach; sądząc po moim uśmiechu, zdjęcie mogło zostać wykonane tuż po tym, jak uśmierciłem kolegę Stonawskiego)

Jeśli chodzi o Grahama Mastertona, to strollował moje spotkanie autorskie, więc tak czy siak hańba mu. I to tyle w tej kwestii.

DSC_0124

(Dobranocka: od lewej Kain, ja, Grzywacz, Cichowlas i Oz… to znaczy Zielińska; wszyscy prezentujemy wyjątkowo radosne miny, ale musicie pamiętać, że to już późna godzina była)

Dla mnie największą atrakcję całej imprezy stanowili ludzie. Miło było napić się z horrorowym towarzystwem, poznać osobiście kilkoro koleżanek i kolegów po piórze (nazwisk na wszelki wypadek nie wymieniam, bo jeszcze o kimś zapomnę i będzie wtopa), no i oczywiście spotkać się z czytelnikami. Bardzo fajna gromada zjawiła się na mojej prelekcji o micie. Przypuszczalnie było to najprzyjemniejsze spotkanie ze wszystkich moich dotychczasowych konwentowych wystąpień. Sporo ludzi zatrzymało się też przy stoisku Studio Truso,  gdzie uprawiałem aktywny marketing, napędzony nadzwyczajnymi, jak na mnie, ilościami kawy. Szczególnie podobało mi się to, że większość z nich nie tylko oglądała/kupowała książki, ale też chciała ze mną pogadać o literaturze, muzyce i innych fascynujących mnie rzeczach.

Udany był też panel związany z „Zombiefilią”. Co prawda pojawił się na nim pewien podejrzany jegomość, cechujący się nadzwyczaj bogatą wiedzą o zombizmie, który ewidentnie próbował, jak to poetycko mawiają Anglicy, skraść nasz grzmot, jednak dzięki temu dyskusja nabrała rumieńców. Drugi panel, w którym uczestniczyłem, poświęcony był miksom gatunkowym i być może skończyłby się tak samo jak moje spotkanie autorskie (a niech cię, Grahamie Mastertonie!), gdyby nie bohaterska interwencja Witolda Jabłońskiego, który z wersami „Kordiana” na ustach przepędził wrażego opoja.

1081411_149580068572421_858492913_n

(Silna reprezentacja „zombiaków”: od lewej Waśkiewicz, Kałużyńska, Dąbrowski, ja, Stonawski i Błach)

Resztę moich wrażeń można podsumować trzema słowami: piwo, kawa i żar. Muszę powiedzieć, że urobiłem się jak wół. Ze względu na nieludzkie gorąco, przez cztery dni konwentu snu zażyłem tyle co nic. No i jednak latanie po tych wszystkich wystąpieniach (poza wyżej wymienionymi brałem jeszcze udział w „Dobranocce”, czyli wieczornym czytaniu naszych utworów, a raczej ich fragmentów) i trzymanie warty przy stoisku Truso to była ciężka praca. Mimo to jestem zadowolony. Emocji było dużo, a zdecydowana większość z nich okazała się pozytywna.

Pojutrze wyjeżdżam na wakacje i zamierzam leżeć plackiem i czytać książki. W tej chwili o niczym innym nie marzę. Ale już pod koniec sierpnia czeka mnie Polcon. Mam nadzieję, że tam się spotkamy.

Trzymajcie się.