Zagłodzona polszczyzna

Durer, Syn marnotrawnyLubię literaturę zagraniczną, szczególnie brytyjską. Często po nią sięgam. A kiedy czytam, podstępne słówka i zwroty lęgną mi się w głowie. Jak parazyty. Powolutku, pomalutku przetwarzają kod zaimplantowany przed laty przez dobrą matulę. Potem siadam, próbuję pisać i co się okazuje? Do komputera ścieka polszczyzna chuda, zabiedzona, bez fantazji. Poglisz to to może jeszcze nie jest, ale coś jednak nie gra.

Rzecz jasna, język to żywe bydlę, musi ewoluować. Jak nie ma co żreć, to kombinuje. Przed pewnymi rzeczami nie uciekniemy, walki o czystość języka i rasy promować nie zamierzam. Zresztą angielski (główny winowajca w całej sprawie) jest piękny i bliski memu sercu, więc złego słowa pod jego adresem także nie powiem. Niemniej mam wrażenie, że momentami na zbyt wiele tej takiej owakiej ewolucji pozwalamy. Daliśmy jej, między innymi, zapędzić się w kozi róg i niewolę tłumaczeń.

Książek zagranicznych na księgarnianych półkach jest zatrzęsienie – chyba nikogo nie trzeba o tym przekonywać. A tłumacze, niestety, bywają różni. Część z nich można śmiało nazwać pisarzami (nawet jeśli nie popełnili w życiu ani jednego autorskiego tekstu). Część to amatorzy, których wypociny stanowią obrazę dla sztuki i dobrego smaku. Jednak najbardziej niebezpieczni są porządni fachowcy. Ci, którzy dostarczają… ekhem… solidny produkt. To podlece wabiące młodych pismaków na manowce, karmiące ich polszczyznę czipsami, frytkami i inszym smakowitym papierem pozbawionym wartości odżywczych. A najgorsze jest to, że nie sposób ich nienawidzić, bo frytki, cholera, każdy lubi.

Tym sposobem dochodzimy do paradoksu, który Anglosasi ujęli trafnym powiedzonkiem „mieć ciastko i zjeść ciastko”. Czytać zagraniczną literaturę chcemy i to nie zawsze w oryginale. Z drugiej strony, to nie ona powinna kształtować nasze pismacze umiejętności. Dlaczego? Ano dlatego, że solidne produkty zazwyczaj bazują na sprawdzonych rozwiązaniach, które są zwyczajnie nudne. Ktoś kiedyś powiedział mi, że jeśli chciałbym napisać „ostry jak brzytwa”, to już lepiej żebym napisał „ostry jak sraczka”. Coś jest na rzeczy. Chciałbym myśleć, że w jakimś stopniu władamy ewolucją języka, że jesteśmy w stanie pchnąć go poza taką czy inną granicę, a nie tylko dryfujemy uczepieni jego wyleniałego ogona.

Ale wróćmy do ciastka. Chcielibyśmy opychać się niezdrowymi świństwami, a mimo to trzymać linię. Jak to zrobić? Zalecam od czasu do czasu przejść na dietę. Sam ostatnio kurowałem się koktajlami z Prusa. Do tego jeszcze niezbędne są ćwiczenia, np. myślenie o sraczce przy każdym opisie kła, pazura, noża, miecza etc.

Polszczyzna jest piękna i elastyczna. Gdy trzeba, potrafi być rubaszna albo dosadna. Kiedy indziej czaruje subtelnością, melodyką. Okazjonalny post jej nie zabije, ale bardzo nie chciałbym biedactwa zagłodzić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s