Dalej od ognia

P1020086Mam ambiwalentny stosunek do cywilizacji. Z jednej strony dorastałem w blasku świateł, kołysany do snu zaśpiewem tramwajów gnających po szynach prowadzących Bóg wie dokąd. Z drugiej — nieraz odbieram miasto jako opresyjne. Gdzie się nie ruszę, ściga mnie internet, satelity gapią się natrętnie z orbity, w pracy pełzają wokół mnie kable, w autobusach prą na mnie gęby. Nic tylko wyć!, uciekać!

Więc uciekam.

Ostatnio — do Puszczy Białowieskiej. Kryje się w tych lasach jakaś moc, drzewa tamtejsze zdają się, jak pisał Tolkien, zenciałe. A może to zdrzewiali entowie? Człowieczkowie z kolei, silniej niż gdzie indziej, emanują tymczasowością, jakby przycupnęli tam tylko na chwilkę; przegnańcy, tułacze. Oczywiście świadom jestem, że mitologizuję, lecz gdzie mit, tam moc. Silne muszą być puszczańskie bogi, jeśli, mimo tego iż mordujemy ich od wieków, wciąż jeszcze potrafią oddziaływać na maluczkich takich jak ja.

Niestety, przed cywilizacją trudno uciec. Bo cóż robiłem w Puszczy? Polowałem na żubry. Z aparatem, ma się rozumieć. Przewodnik zabrał mnie na polanę, na której pobudowaliśmy ordynarne paśniki dla tych majestatycznych bestii. I żarły tam one nasze ludzkie siano, niespecjalnie wiele robiąc sobie z mej obecności, dopóki nie podlazłem za blisko. A zatem dzikość ugłaskana, wygodna, jeśli nie liczyć potrzeby zerwania się rańcem — o godzinie, o której większość z nas rusza do pracy.

Niemniej przeżycie samo w sobie było dla mnie, mieszczucha, ekscytujące. I ile energii mogłem przejąć od króla-pozoranta (ile w nim jej jeszcze zostało z czasów demonicznych), tyle przejąłem. Oczyściłem się.

Obok tego oddawałem się rozrywkom bardziej przyziemnym i podnietom zgoła niemistycznym. Grałem w gry planszowe, spałem, jadłem nieprzyzwoicie duże ilości nieprzyzwoicie tłustego jedzenia, spędzałem czas ze znajomymi. Skorzystam zresztą z okazji i przyzwę tu postać jednego, a właściwie jednej, z nich, a mianowicie Pauliny Król, zapalonej promotorki literackiego horroru i pisarki (koniecznie odwiedźcie jej BLOG), którą wreszcie miałem okazję poznać niewirtualnie. Przy kawie, gdy za oknem zamieć, mieliśmy okazję… ekhem… omówić ważne sprawy rozmaitych osób z naszego grozoidalnego wszechświatka. A poza tym pogadać o planach, o magii Puszczy, o książkach, o filmach. Fajnie było i z tego miejsca ślę Ci, Paulino, cyberpozdrowienia.

Gdy kilka krótkich dni urlopu minęło, przyszło mi wracać. A cóż cywilizacja i człowieczkowie? Ano wyszczerzyli się radośnie i przypomnieli, na co ich stać. Moja podróż zakończyła się epizodem ze skurwysynem, który rąbnął na drodze sarnę (nie w Puszczy, tylko jakieś 50 km od Warszawy) i nawet się nie zatrzymał, żeby sprawdzić, czy przeżyła. Przeżyła, choć nie wiem jak długo. Mam nadzieję, że policjanci, których wraz ze znajomymi wezwaliśmy na miejsce zdarzenia, faktycznie sprowadzili kogoś kompetentnego, kto się zwierzakiem zajął albo chociaż ujął mu cierpień. Jednak biorąc pod uwagę, że jeden z nich świecił centralnie na sarnę, ale nie był w stanie jej wypatrzyć, dopóki mu paluchem nie pokazaliśmy, trudno mi zachować optymizm.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s