Coś się kończy, coś zaczyna

OuroborosW kontekście niedawnej publikacji kolejnej odsłony przygód Wiedźmina taki tytuł posta wydał mi się adekwatny. Nową książkę o Białym Wilku kupiłem, a jakże. Zobaczymy, czy AS może nas czymś jeszcze zaskoczyć. Pamiętam, jak stwierdził ongiś, że nową powieść z cyklu napisze dopiero, gdy skończą mu się pieniądze. Cóż, ten dzień najwyraźniej nadszedł. I nie ma w tym nic złego (dla nas, czytelników, oczywiście), motywacja finansowa jest dobra jak każda inna (a może i od niektórych lepsza).

Ale ja nie o tym…

To jeszcze nie koniec roku, ale naszedł mnie jakoś tak nastrój do podsumowań. Może dlatego że skończył się już sezon konwentowy. A może chodzi o to, że parę dni temu skończyłem pisać ostatnie obiecane opowiadanie i na jakiś czas robię sobie przerwę od krótszych form. W sumie nieważne.

Ostatnie kilkanaście miesięcy przyniosło ze sobą mnóstwo wrażeń. Teraz będę się przechwalał i wyliczał, więc uzbrójcie się w cierpliwość i wyrozumiałość. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.

Otóż, przede wszystkim, wydałem dwie powieści, „Szaleństwo przychodzi nocą” oraz „Ciemną stronę księżyca”. Fakt ten napawa mnie niemałą dumą. Nie mam, co prawda, tysięcy czytelników (jeszcze, hehe), ale samo to, że sto, dwieście czy tysiąc osób (właściwie nie wiem ile) przeczytało coś, co stworzyłem, że dali się zabrać do nie jednego, lecz wielu stworzonych przeze mnie światów… No, jest w tym coś niesamowitego. Tym bardziej, że ludzie dzielą się opiniami i obie moje powieści, jak dotąd, zbierają raczej pozytywne recenzje.

A skoro już o tym mowa… Na Krakonie i Kfasonie miałem przyjemność spotkać (pośród wielu znanych pisarzy) m.in. Andrzeja Pilipiuka. I tak się złożyło, że bezczelnie wcisnąłem mu egzemplarz „Szaleństwa…”. Ładnym gestem z jego strony było to, że w kilku zdaniach opisał swoje wrażenia z lektury. Mam nadzieję, że nie obrazi się, jeśli zacytuję wpis z jego bloga (pilipiuk.com):

Szalenstwo  okładkaPrzeczytałem książkę Grzegorza Gajka „Szaleństwo przychodzi nocą”. Bardzo ładny opis życia codziennego starego zmęczonego człowieka, który walczy z chorobami i zwykłym zużyciem organizmu, a do tego ma problemy natury paranormalnej. W dodatku zawziął się na niego ćpun-schizofrenik. Atmosfera stopniowo się zagęszcza prowadząc do – jak możemy przeczuwać – wyjątkowo paskudnego finału. Ciekawie skonstruowana rzecz – ale zakończenie trochę mnie rozczarowało – jest odrobinę zbyt amerykańskie w stylu „łubu-dubu” – choć z drugiej strony autor dołożył starań by podciągnąć je parę oczek wyżej niż przyzwyczaiła nas popkultura. Jak na debiut „papierowy” (Grzegorz puścił w świat kilka e-booków) zdecydowanie udana pozycja. Polecam miłośnikom horroru.

Tego rodzaju wsparcie ze strony starszych kolegów po piórze to rzecz niezwykle miła. Zresztą, Andrzej Pilipiuk nie jest jedynym, który okazał mi życzliwość, że wspomnę choćby Kazka Kyrcza, Dawida Kaina czy Stefana Dardę. A skoro już o nich mowa, muszę powiedzieć dwa słowa o tegorocznych konwentach. A byłem na kilku; wygłaszałem prelekcje, brałem udział w panelach, spotykałem się z czytelnikami i innymi pisarzami. No i właśnie to spotykanie się to chyba najfajniejsza część tego typu imprez. Miałem okazję pogadać twarzą w twarz z wieloma osobami, które dotąd znałem np. tylko z fejsbuka, a także poznać trochę nowych ludzi.

Więc gdzie to ja właściwie byłem? Odwiedziłem Grojkon, Dni Fantastyki we Wrocku, Krakon, Polcon i Kfason. Nie licząc kilku mniejszych imprez.

No, ale – żeby przerwać ciąg zachwytów i samochwalstwa – muszę też powiedzieć, że ostatnie miesiące przyniosły kilka… może nie rozczarowań, ale – powiedzmy – twardych zderzeń z rzeczywistością. Oczywiście, na poziomie racjonalnym miałem świadomość, że na pierwszej książce nie zarobię od razu milionów, ale chyba każdy człowiek ma w podświadomości coś takiego, że w gruncie rzeczy chciałby od razu trafić na sam szczyt. Z tego powodu zawód, na pewnej płaszczyźnie, jest praktycznie nieunikniony.

0135

Weźmy choćby kwestię konwentów. Jestem z nich bardzo zadowolony, ale to była dla mnie ciężka praca i niemały stres. Pewnie dlatego że jestem socjopatą i wystąpienia publiczne sprawiają mi pewien problem. A tak szerzej rzecz ujmując: musiałem się niemało narobić nad promocją obu moich powieści, godzenie pisania z pracą nie zawsze było łatwe, zachwyty nad moim błyskotliwie wybitnym geniuszem wcale nie były tak wielkie jak się spodziewałem. No, wiecie jak to jest.

Szczególnie pracowite były dla mnie ostatnie dwa czy trzy miesiące, bo miałem do napisania opowiadania do czterech antologii. I znów: blaski i cienie. Z jednej strony super, że ludzie mnie zapraszają do różnych inicjatyw wydawniczych. A z drugiej: pisanie to też niemały wysiłek, zwłaszcza jak chcesz dotrzymać deadline’u i czujesz presję (którą co prawda sam sobie wytworzyłeś), żeby tekst był świetny.

Wiem, marudzę, cóż, taka to już zrzędliwa, artystyczna (a co mi tam, zaartystycznię sobie) natura.

205604-352x500To może wróćmy do przechwałko-wyliczanek. Wspomniałem o czterech szykujących się antologiach. Tytuły dwóch z nich na pewno mogę już zdradzić. Będą to „Księga wampirów” oraz „Toystories”. Te zbiorki są akurat o tyle szczególne, że postanowiłem napisać do nich opowiadania, które łączy postać głównego bohatera, niejakiego Sewerusa. Być może znacie go już z opowiadań „Synowie Kaina” i „Angelwing”, które można przeczytać chociażby w e-książeczce „Sen, brat śmierci”.

Ogólnie, powoli dobiegający końca rok pański 2013 był dla mnie wyjątkowo antologiczny. Moje teksty pojawiły się w „Bizarro Bazarze”, „Gorefikacjach”, „Zombiefilii” (która odnotowała imponującą liczbę 25 tys. pobrań; EDIT: 40 tys. – nie wiem, jak to się stało, ale kiedy nie patrzyłem, licznik obrócił się o 15 tys.!) i kolejnej odsłonie serii „31.10”. Tę ostatnią publikację polecam Wam w sposób szczególny, gdyż a) jest najnowsza, b) aura sprzyja opowieściom w halloweenowych klimatach, c) zawarte w niej opowiadanie „Ode złego” uważam za jedno z najlepszych, jakie spłodziłem (a w dodatku stworzyłem w nim nowy gatunek literacki – kryminał paranormalny). Dyskretnie podrzucam LINK.

I to właściwie tyle, jeśli chodzi o podsumowania. Lecz, jako się rzekło, coś się kończy, coś zaczyna. Zatem co dalej? Na razie łapię oddech. Jednak już woła mnie powieść „A ona była tam”, którą rozgrzebałem jakoś na początku roku, a potem porzuciłem na rzecz różnych opowiadanek. Świnia ze mnie; czas się przeprosić. Zdaje się, że biednego Karola zostawiłem w rękach policji… No nic.

Poza tym pomysły lęgną się w mojej zwyrodniałej głowie jak głupie. Chciałbym spotkać się jeszcze raz z bohaterami „Ciemnej strony księżyca”. Marzy mi się dylogia o wspomnianym już Sewerusie. Gdzieś na peryferiach wyobraźni błądzi wizja naprawdę dużej powieści o magii, muzyce, dziecinnych strachach…

Cóż, trzymajcie za mnie kciuki i odwiedzajcie moje szaleństwa i światy.