Blondyn na Krakonie

Sprostowanie: Moja blondynność to kwestia dyskusyjna (aczkolwiek pogłoski o rudości są mocno przesadzone). Takie, a nie inne, sformułowanie tytułu niniejszego wpisu wiążę się z irracjonalną potrzebą intertekstualności, odczuwaną przez autora.

A przechodząc do meritum, na początek wypowiem się może w dwóch sprawach, które w sieci odbiły się niejakim echem. Chodzi mi o organizację Krakonu oraz tajemniczy przypadek Grahama Mastertona. No, wrodzona szczerość nie pozwala mi napisać, że impreza była logistycznym marzeniem, ale z drugiej strony jakoś udało mi się ze wszystkim ogarnąć, a poza tym jako gościowi zapewniono mi niezłe zakwaterowanie i przynajmniej nie miałem problemu z akredytacją (kiedyś już zdarzyło mi się w podejrzanych okolicznościach zniknąć z listy osób, którym należą się konwentowe wejściówki). W tym miejscu pragnę podziękować Michałowi Stonawskiemu, koordynatorowi bloku horroru, który mnie do Grodu Kraka był zaprosił, a potem cierpliwie odpowiadał na moje niekończące się mejle i telefony. Dzięki Michał i wybacz, że Cię uśmierciłem w zombicznej historyjce, której clou i tak zginęło w późniejszym sporze na temat tego, czy zombiaki to żywe trupy, czy mutanty.

1078287_149579798572448_467301714_n

(Ja, Michał Stonawski i Sylwia Błach; sądząc po moim uśmiechu, zdjęcie mogło zostać wykonane tuż po tym, jak uśmierciłem kolegę Stonawskiego)

Jeśli chodzi o Grahama Mastertona, to strollował moje spotkanie autorskie, więc tak czy siak hańba mu. I to tyle w tej kwestii.

DSC_0124

(Dobranocka: od lewej Kain, ja, Grzywacz, Cichowlas i Oz… to znaczy Zielińska; wszyscy prezentujemy wyjątkowo radosne miny, ale musicie pamiętać, że to już późna godzina była)

Dla mnie największą atrakcję całej imprezy stanowili ludzie. Miło było napić się z horrorowym towarzystwem, poznać osobiście kilkoro koleżanek i kolegów po piórze (nazwisk na wszelki wypadek nie wymieniam, bo jeszcze o kimś zapomnę i będzie wtopa), no i oczywiście spotkać się z czytelnikami. Bardzo fajna gromada zjawiła się na mojej prelekcji o micie. Przypuszczalnie było to najprzyjemniejsze spotkanie ze wszystkich moich dotychczasowych konwentowych wystąpień. Sporo ludzi zatrzymało się też przy stoisku Studio Truso,  gdzie uprawiałem aktywny marketing, napędzony nadzwyczajnymi, jak na mnie, ilościami kawy. Szczególnie podobało mi się to, że większość z nich nie tylko oglądała/kupowała książki, ale też chciała ze mną pogadać o literaturze, muzyce i innych fascynujących mnie rzeczach.

Udany był też panel związany z „Zombiefilią”. Co prawda pojawił się na nim pewien podejrzany jegomość, cechujący się nadzwyczaj bogatą wiedzą o zombizmie, który ewidentnie próbował, jak to poetycko mawiają Anglicy, skraść nasz grzmot, jednak dzięki temu dyskusja nabrała rumieńców. Drugi panel, w którym uczestniczyłem, poświęcony był miksom gatunkowym i być może skończyłby się tak samo jak moje spotkanie autorskie (a niech cię, Grahamie Mastertonie!), gdyby nie bohaterska interwencja Witolda Jabłońskiego, który z wersami „Kordiana” na ustach przepędził wrażego opoja.

1081411_149580068572421_858492913_n

(Silna reprezentacja „zombiaków”: od lewej Waśkiewicz, Kałużyńska, Dąbrowski, ja, Stonawski i Błach)

Resztę moich wrażeń można podsumować trzema słowami: piwo, kawa i żar. Muszę powiedzieć, że urobiłem się jak wół. Ze względu na nieludzkie gorąco, przez cztery dni konwentu snu zażyłem tyle co nic. No i jednak latanie po tych wszystkich wystąpieniach (poza wyżej wymienionymi brałem jeszcze udział w „Dobranocce”, czyli wieczornym czytaniu naszych utworów, a raczej ich fragmentów) i trzymanie warty przy stoisku Truso to była ciężka praca. Mimo to jestem zadowolony. Emocji było dużo, a zdecydowana większość z nich okazała się pozytywna.

Pojutrze wyjeżdżam na wakacje i zamierzam leżeć plackiem i czytać książki. W tej chwili o niczym innym nie marzę. Ale już pod koniec sierpnia czeka mnie Polcon. Mam nadzieję, że tam się spotkamy.

Trzymajcie się.

Reklamy

01.08.44

Z okazji 69. rocznicy PW chciałbym się z Wami podzielić krótkim fragmentem mojej nowej powieści, „Sen o Warszawie”:

Oto Warszawa.

Jesteście ją w stanie zobaczyć? Gdy zamykacie oczy?

Ja jestem. Opuszczam powieki i nagle wiszę nad Wisłą. Może zresztą stoję na jakimś moście. A przede mną, na wiślanej skarpie, piętrzą się kamienice. Wokół nich i za nimi wystrzeliwują w niebo bloki i nowoczesne biurowce. Ale to wszystko tylko cienie, kształty rozmyte w złotawej mgle, niewyraźne z wyjątkiem może czarnych szpilek latarń.

Nigdy nie widzę poszczególnych budynków, ani ludzi, ani samochodów. Wiecie dlaczego? To proste, Warszawa jest duchem. Rozumiecie, nie wypada, aby duchy pokazywały się ot tak, wyraźnie, jakby nigdy nic. Na pewno znacie te nieostre, zamazane zdjęcia, które czasem pokazują w programach na Discovery: jakieś ciemne pomieszczenie, jakaś smuga na drugim planie. Aby być duchem, trzeba przestrzegać decorum.

Powiecie może, że daję się ponieść poetyckiej wyobraźni albo że po prostu pieprzę, bo od tego są pisarze. Nie próbuję jednak tworzyć żadnej wzniosłej metafory. Warszawa ma wszelkie prawo do tego, by nazywać ją duchem. Została przecież zabita, nie? A teraz żyje. Znaczy się: duch.

Powiecie, że nie jest jedynym miastem, które w swojej historii zostało zburzone, a potem odbudowane, którego ludność w dużej części wybito lub przesiedlono, a potem zastąpiono inną ludnością. To prawda. Wcale nie twierdzę, że Warszawa jest jedynym duchem na świecie. Piszę o niej, bo jest moim duchem.