Przedstawienie zacząć czas

No, trochę minęło od mojej ostatniej wizyty. Ale mam usprawiedliwienie. Domykałem i dopinałem wszystko w związku z moją powieścią.

Dwa tygodnie temu dostałem w swoje łapska egzemplarz sygnalny. Muszę przyznać, że uczucie było zarówno przyjemne, jak i trochę niepokojące. Mam wrażenie, że coś, co dotąd istniało przede wszystkim w mojej głowie, nagle się wyemancypowało. Gotowa książka wygląda jakoś tak obco, jakby to ktoś inny napisał.

Niemniej miło widzieć swoje nazwisko między innymi na półce. Akurat postawiłem się między Robertem M. Wegnerem a Witem Szostakiem. Hm… A może by się tak przestawić na przykład koło Stephena King albo George’a R.R. Martina;].

W każdym razie nie był to bynajmniej koniec pracy. Czekało mnie jeszcze naniesienie ostatnich poprawek, zebranie materiałów promocyjnych i dogadanie się z patronami. Chyba się udało. Książka trafiła do druku. Przy odrobinie szczęścia, na Gwiazdkę będziecie ją mogli już komuś sprezentować.

Z tej okazji oczywiście zaktualizowałem podstronę powieści. Zachęcam do zajrzenia. To tam, o, o, tam, na górze, po prawej. Możecie tam obejrzeć okładkę, przeczytać opis od wydawcy i pierwszy rozdział – tak na apetyt. Z czasem oczywiście zjawi się więcej materiałów, o czym zresztą będę Was informował na bieżąco. Aha, no i pozwolę sobie wyrzucić stare komentarze i zrobić miejsce na wrażenia z lektury.

No i to właściwie tyle z mojej strony. Zachęcam do śledzenia newsów i rozprowadzania dobrej nowiny.

Trzymajcie się!

Dyscyplina jest największą cnotą pisarza

Takie mnie przemyślenie naszło ostatnio. I mówię to zarówno z własnego doświadczenia, jak i na podstawie doniesień rozmaitych zawodowców takich jak King czy Pilipiuk. Oczywiście zdarzają się geniusze, którzy w rzadkich przebłyskach trzeźwości stwierdzają z najwyższym zdziwieniem, że podczas ostatniego cugu udało im się napisać nowego „Ulissesa”. Ja niestety się do nich nie zaliczam.

Uważam za to, całkiem nieskromnie, że jestem dość zdolny. I w tym właśnie sęk. Człowiekowi, który posiada jakiś talent, łatwo dojść do wniosku, że nie musi wkładać zbyt wiele pracy w to, co robi. Niestety efekty rzadko okazują się tak wspaniałe, jak by sobie tego życzył. Kiedy znajdujesz się o szczebelek nad miernotami, ale o kilka szczebelków pod geniuszami, łatwo wpaść w pułapkę samouwielbienia.

Całe szczęście dyscyplina jest cnotą, którą można nabyć. Trzeba tylko nad sobą pracować. Zasadniczo, prosta reguła kciuka mówi, że im więcej czasu się czemuś poświęca, tym lepsze odnosi się wyniki. Pisząc kolejne opowiadania czy powieści, doskonalisz swój warsztat. Poza tym, im więcej tego spłodzisz, tym większe są szanse, że gdzieś to opublikują. Win-win.

Czy znaczy to, że piszę codziennie od 8 do 12, a potem od 18 do 22? Niee tam. Na miły Bóg, pisanie to jednak sztuka. Pomijając ograniczenia związane z pracą i lenistwem, trzeba sobie czasem zostawić trochę czasu na artystyczne humory. Optymalne rozwiązanie to, moim zdaniem, starać się pisać codziennie. Czasami trzeba się trochę przemóc. Osobiście najtrudniej mi jest zawsze zacząć. Jak już się rozbujam, to jakoś idzie. A jak nie idzie, to nie ma sensu się spinać. Jak mawiał mój dziadek: z gówna garnka nie ulepisz.

Takie podejście, jak dotąd, pozwoliło mi na utrzymanie stabilnie rosnącego przepływu literek. Parę lat temu zapisywałem ok. 100 stron w ciągu roku, obecnie zapisuję 300.

Jednak pisarska dyscyplina to, jak sądzę, coś więcej niż tylko regularny harmonogram pracy. Mnie np. często kusi, żeby pójść na skróty, przeskoczyć już do tej sceny rozwałki, a nie bawić się w realistyczne dialogi czy inne takie głupoty. Próbuję zwalczać takie odruchy. Reguły kompozycji są intuicyjne i ciężko uchwytne, ale warto ku nim grawitować. Tak myślę.

Dużym przełomem psychologicznym były dla mnie dwa odkrycia, których dokonałem gdzieś tak (dopiero?) cztery czy pięć lat temu. Pierwsze było odkrycie, że opowiadanie nie jest dobre w momencie, kiedy postawi się ostatnią kropkę. Staje się takie dopiero tydzień później, kiedy przeczytam je od początku do końca siedemnaście razy (w tym trzy razy na głos) i wyrzucę co drugi nadęty opis, który w chwili tworzenia wydawał mi się genialny. Tak, dyscyplina polega m.in na tym, żeby rozstawać się z czymś, z czym w sumie nie chcemy się rozstawać.

Drugie odkrycie było prostsze, a jednocześnie bardziej bolesne: korektor zawsze ma rację. (Chciałem napisać „prawie zawsze”, ale takie sformułowania wodzą na pokuszenie). W swoim czasie zdarzało mi się znaleźć po obu stronach barykady. I stwierdzam, że choć niełatwo pogodzić się z myślą, że człowiek, który ci mówi, że jesteś głupi, to tak naprawdę twój przyjaciel, to jednak zaakceptowanie tego stanu rzeczy ma zbawienny wpływ na zdrowie psychiczne autora i jakość literacką dzieła.

OK, kończę wymądrzanie się. Większość z tego, co napisałem to żadne wielkie odkrycia, ale nie mogłem się powstrzymać przed narcystyczną potrzebą opowiadania o swoim… ekhem… Warsztacie:D. Mam nadzieję, że was nie zanudziłem i że może nawet wyczytaliście coś, co wam się kiedyś przyda.