Ode złego

Zwyczaj drążenia dyń w naszym kraju jest dość kontrowersyjny. Księża, jeśli go nie potępiają jako czegoś zaczerpniętego wprost z wierzeń pogańskich, uważają, że odwraca on uwagę wiernych od spraw naprawdę ważnych, spraw związanych z przyszłym życiem. Z kolei świeccy często widzą w nim coś obcego, wrażego, głupiego, bo przecież przyszło z Ameryki.

Ale to nieprawda.

To znaczy, owszem, Amerykanie spopularyzowali tę… hm… zabawę. Bo w ich wydaniu to jest zabawa. Natomiast sam zwyczaj jest proweniencji celtyckiej i wywodzi się z bardzo zamierzchłej przeszłości.

W tradycji celto-chrześcijańskiej Halloween to po prostu wigilia wszystkich świętych, All Hollows Eve. Święto to jest całkiem podobne do naszego Dnia Zadusznego. W tym sensie, że nasi przodkowie wierzyli, iż tego właśnie dnia, a właściwie tej nocy zmarli są blisko i trzeba czuwać.

Nieraz też trzeba się przed nimi bronić. W Halloween świat duchów i świat ludzi zbliżają się do siebie i zło wymyka się z cienia. Chroni przed nim Jack O’Lantern, dziwny potworek zrobiony z dyni.

Jaka jest jego tajemnica? Dlaczego coś, co samo w sobie jest straszne, miałoby chronić przed strachami? Zastanawiam się nad tym od dawna. Być może to jakaś forma zaklinania zła, więżenia go.

Kilka lat temu przyszło mi do głowy, żeby przeprowadzić pewien eksperyment, który jednocześnie mógłby być swego rodzaju… czy ja wiem, manifestem artystycznym? Oczywiście, gdyby ktoś się nim zainteresował. Wydaje mi się, że to był pomysł wcale nie gorszy niż tekturowe penisy czy rzeźby robione ze starych skarpet, które wystawia się w Zachęcie (wybaczcie przekąs).

Chodziło o to, aby odpopularyzować Jacka O’Lanterna, zniszczyć ikonę pop-kultury, a stworzyć coś bliższego dawnym wierzeniom. W związku z tym postanowiłem wyrzeźbić w dyni twarz Hitlera. Wiem, to nic szczególnie odkrywczego, być może nawet wydaje wam się trochę śmieszne. To było już parę ładnych lat temu, byłem wtedy jeszcze w liceum. Jak się jest w liceum, to się miewa takie pomysły.

Nie powiem, żeby moje dzieło było wybitnie podobne do oryginału, ale w gruncie rzeczy nie o to chodziło. Chodziło o naiwną, przyznaję to, próbę zaklęcia zła, uwiężenia go.

I wiecie co? Miałem wtedy uczucie, że coś się jednak stało. Przez całe Halloween gapiłem się na tę karykaturę Hitlera i czułem się bezpieczny. Czułem, że coś, bynajmniej nie anioł stróż, broni mnie ode złego.

Rok później ponowiłem swój eksperyment,rzeźbiąc trzy podobizny. Był tam Charles Manson, Stalin i Osama bin-Laden. Manson wyszedł chyba najgorzej. Pewnie dlatego, że tak naprawdę wcale się go nie bałem. Był dla mnie jakąś abstrakcją. Wiedziałem, że to naprawdę zły facet, niemal archetyp seryjnego mordercy. A jednak był dla mnie zbyt odległy, zbyt abstrakcyjny.

Co innego bin-Laden. Kurczę, chyba naprawdę się bałem, że od Bliskiego Wschodu może zacząć się kolejna wojna światowa. Niby w Polsce był spokój, cały ten szum i strach wokół muzułmańskich terrorystów jakoś nasz mały kraik omijał. Ale jak się nad tym dłużej zastanowić, to pokój w Europie trwa już od siedemdziesięciu lat. To sytuacja absolutnie bezprecedensowa. A nic nie trwa wiecznie. Wierzę, że za wszystko trzeba prędzej czy później zapłacić i wydaje mi się, że cenę tych bezwojennych lat poniesiemy my, nasze pokolenie.

Wracając do meritum… Nie kontynuowałem swoich rzeźbiarskich wynurzeń. Poszedłem na studia, wyprowadziłem się z domu, potem znalazłem pracę. Chyba wszystkie te halloweenowe pomysły artystyczne wydały mi się po prostu dziecinadą.

Mimo to co roku, trzydziestego pierwszego października stawiałem gdzieś w domu Jacka O’Lanterna. Zwykłego, z kreskówkowym wytrzeszczem i świeczką w środku. Dzisiaj jednak waham się i trochę boję. Pozwólcie, że opowiem wam, dlaczego.

To się wydarzyło w zeszłym roku, rzecz jasna w Halloween.

Miałem akurat kiepski okres w życiu. Nie mogłem się na dłużej zahaczyć w żadnej porządnej firmie. Niby na jedzenie i czynsz mi nie brakowało, ale wiecie, jak to jest. Siedzi człowiek, wysyła te CV, poci się w garniturze przed jakimiś ważniakami, a przede wszystkim – bezustannie się wkurwia. Jak wielu przeżywałem okresy buntu (zostanę muzykiem rockowym), złości (pierdolę, nie będę korporacyjnym szczurem), zwątpienia (czy już zawsze będę musiał prosić mamusię o forsę?) itd. Jedynym dobrym aspektem całej tej sytuacji było to, że miałem trochę czasu na powrót do nastoletniości. Mogłem grać na kompie i chodzić z kolegami na piwo.

W Halloween poszliśmy na jakąś tematyczną imprezę. Pamiętam, że nie bawiłem się najlepiej, bo rozsadzało mi głowę i w dodatku jakoś tak szybko się urobiłem. Więc wróciłem do domu, lekko zamroczony, gdzieś koło dziesiątej albo jedenastej.

Pierwsze zaskoczenie czekało mnie przy otwieraniu drzwi. Mam dwa zamki i zawsze zamykam na oba, ale tym razem dolny był otwarty. Normalna rzecz, prawda? Zapomniało się i tyle. Ale z kolei górny zamek był zamknięty tylko na raz, a ja zawsze przekręcam na dwa. Okej, też nic szczególnie niesamowitego.

Wszedłem, zatrzasnąłem drzwi. Macam, nie mogę znaleźć włącznika światła. No, chrzanić to, i tak chcę iść prosto do łóżka! Skręciłem jeszcze tylko do kuchni, żeby zabrać sobie butelkę wody. Przeczuwałem, że rano będzie niewesoło.

Wziąłem wodę, ale nie wyszedłem od razu z kuchni. Odpalił mi się helikopter i musiałem oprzeć się o blat. Wtedy dostrzegłem, że mój Jack O’Lantern zniknął ze swojego miejsca. Leżał tam za to największy nóż, jaki posiadam.

Zacząłem ostro główkować, po jaką cholerę go tam położyłem. No i co zrobiłem z Jackiem.

Zanim doszedłem do jakichkolwiek konstruktywnych wniosków, usłyszałem jakiś hałas w przedpokoju. Ktoś tam był. Powiedziałem coś. Nie pamiętam dokładnie co. Chciałem iść sprawdzić, co jest grane.

Wtedy ktoś skoczył na mnie. Autentycznie. W mojej chałupie był włamywacz, a ja skurwiela spłoszyłem (skurwielu, jeśli to czytasz, mam nadzieję, że boli cię prawa strona głowy). I niech mnie cholera, jeśli wiem, co dokładnie stało się potem. Co do tego, że przeżyłem spotkanie chyba nie macie wątpliwości. Może zresztą facet nie chciał mi nic zrobić, tylko najwyżej przywalić i dać w długą.

Faktem jest, że wypieprzyłem się na glebę. Wypuściłem nóż. Facet runął za mną. Przydusił mnie.

A potem nagle zawył jak nieboskie stworzenie. Wpadł na jakąś szafkę, zwalił kilka talerzy z półki. Następnie zniknął.

W mieszkaniu zapanowała dudniąca moim przyspieszonym tętnem cisza. Byłem tak przerażony i zszokowany, że przez jakiś czas nie mogłem się ruszyć. Zaczęło mnie telepać. Kiedy wreszcie wstałem, pierwszym co zrobiłem, było rzygnięcie do zlewu.

Dopiero jak się ogarnąłem, zapaliłem światło. Zamknąłem drzwi na oba zamki. Zadzwoniłem po gliny.

Dyspozytor musiał mieć ze mną skaranie boskie. Pieprzyłem jak potłuczony. Ze trzy razy próbowałem wytłumaczyć, kto ja jestem, gdzie jestem i co się stało. Gdy wreszcie się dogadaliśmy, wróciłem do kuchni, żeby przy świetle ocenić straty.

Nie wiem, czy mi uwierzycie, jak powiem wam, co zobaczyłem. Na podłodze leżał nóż. Obok niego szczerzył się częściowo rozdeptany Jack O’Lantern. Przy nim z kolei leżało odcięte ucho. Krwi było naprawdę dużo.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s