Myśli zebrane (albo chociaż wrzucone do jednego pojemnika)

Różne myśli i pomysły krążą mi po głowie, ale nie bardzo wiem, co z nimi wszystkimi zrobić.

Dziś rano, pod prysznicem, obmyślałem mowę, którą mógłbym wygłosić w dniu premiery mojej debiutanckiej powieści. Była ona, w sensie ta mowa, niezwykle wzruszająca, osobista, porwała wyobraźnie słuchaczów, przekonała ich, że oto wybitny twórca stoi przed nimi, a nie jakiś byle pismak, co to nic do powiedzenia nie ma, tylko jakąś sieczkę, narracyjną papkę tworzy.

Głupie, co?

Takie marzenia są głupie, potwornie głupie. Nawet myśląc te rzeczy, czułem się jak Pirx pod złośliwym nieco piórem Lema. A jednak, cholera, w całej szczerości osoby swej muszę przyznać, że tak, jak najbardziej, chcę być sławny, podziwiany, literackim Noblem nie wzgardzę. I jak tu szacunek do samego siebie zachować, jak się ma myśli takie?

Coś gdzieś tam czytałem na fejsbuku… To było takie poetyckie zdanie Dukaja o mocy pisarzy. O tym, że żeby być kimś, to trzeba mieć właśnie MOC, trzeba chcieć coś przekazać, oczarować czytelników. A jednocześnie trzeba mieć pokorę, głowy nie zadzierać, pamiętać, że publikacja to nic, w sumie to każdy może, a jak sobie zapłaci to już w ogóle. Jakoś mi się to kupy nie trzyma. Czy można mieć MOC i nie czuć się lepszym? Czy można być wybitnym, jeśli się nie chce być wybitnym? Jak mamy marzyć, skoro marzenia są głupie? Skoro nawet pytanie, które przed chwilą zadałem, jest dowodem najgorszego sortu sentymentalizmu, afektacji, egzaltacji i Bóg wie, czego jeszcze?

Slowa, slowa, slowa… Dojrzewam do wniosku, że gadanie o literaturze, rynku wydawniczym etc. jest zupełnie pozbawione sensu. Ale pisarz, który chciałby tylko pisać jest be. Klienta nie szanuje. A nie daj Boże, żeby jeszcze na swój los narzekał, że on jest artysta, chce tworzyć, a mu dupę zawracają. Taki to już jest podwójnie be. No, cholera, naprawdę nie chcielibyście po prostu siedzieć na tyłku i zgarniać kasy i jeszcze, żeby czytelnicy sami się o wasze dzieła zabijali? No ja bym chciał. A że taka opcja nie istnieje, to cóż z tego? Chociaż sobie popsioczę na ciężkie życie. Co komu do tego?

To takie moje luźne przemyślenia, w sumie do żadnego konkretnego wniosku nie zmierzam.

Mam za to fajny pomysł na opowiadanie. Będzie o obrazie. Wiem, wiem, to w sumie trochę oklepany motyw w horrorach. Sam King napisał co najmniej dwie powieści o obrazach – Rose Madder i Rękę Mistrza. Zaje… bardzo dobre powieści, moim skromnym.

W każdym razie chrzanić oryginalność. W dyskursie dotyczącym ewolucji młodych pisarzy przewija się temat poszukiwania „własnego głosu” (ładnie to brzmi, co?). Moim zdaniem, to jednocześnie straszne pieprzenie i ważna sprawa. Wydaje mi się, że większość pisarzy nie znajduje własnego głosu nigdy. Czy Pilipiuk ma jakiś szczególny głos? Czy ma go Piekara? Nieee tam. A poza tym nihil novi i tak dalej. Mimo to, jak mamy szczęście, ten głos jakoś nam się – czystym przypadkiem – wytwarza. Weźmy takiego Conan Doyle’a. Jako żywo żaden wielki artysta, narracja z pozoru całkiem neutralna, styl średni, zero ekstrawaganckich eksperymentów. A jednak ta jego pisanina mówi do nas, bo Doyle miał świadomość tego, że pisanie to taki dziwny rodzaj mówienia i że mówi zawsze ktoś, coś i po coś. Niby oczywista sprawa, ale mało kto o tym pamięta. Moglibyśmy, używając modnego terminu, powiedzieć, że pisanina jego silnie była oralna. Tyle że oralny to sobie może być Myśliwski, który przemyślał dogłębnie kwestię oralności swoich książek, a taki zwykły, rozrywkowy Doyle to niekoniecznie.

Ale wracając do oryginalności… Jeśli jakieś opowiadanie czy powieść chcemy skrytykować, ale nie bardzo mamy czego się uczepić, to chętnie sięgamy po argument wtórności. Przyznaję się bez bicia, sam nieraz tak robiłem i widziałem, jak to robią inni. Zarzucić komuś, że jest wtórny, to tyle, co powiedzieć mu „Nie bądź taki kozak”. Być może jednak jest tak, że jeśli ktoś faktycznie chce „szukać swojego głosu”, to powinien zaakceptować to, że szanse, iż zaśpiewa nagle tak cudnie jak żadne inne stworzenie w dziejach świata, są niewielkie. Jestem za tym, żeby pogodzić się ze swoimi ograniczeniami i nie spinać się niepotrzebnie. Przynajmniej na razie tak sądzę. Może kiedyś dojdę do innego wniosku.

Czyżbym właśnie zaczął gadać o literaturze, choć dopiero co stwierdziłem, że to pozbawione sensu? Ojej. Cóż za niekonsekwencja.

Nie będę się tłumaczył, po prostu skończę. To moment dobry, jak każdy inny.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s