Muzyka, która dla mnie gra cz.5: nowocześnie

Myślę, że po moich poprzednich wpisach muzycznych dało się zauważyć, że jestem tradycjonalistą. Stary dobry rock z domieszką bluesa i muzyki instrumentalnej to to czego mi trzeba, kiedy poszukuję nastroju do stukania w klawisze. Niemniej zdarza mi się słuchać rzeczy nieco bardziej na czasie, choć nie powiem, żebym skalał się znajomością tzw. mainstreamu. W każdym razie, żeby dowieść sobie i Wam, że pomimo przekroczenia ćwierćwiecza nie zdziadziałem jeszcze zupełnie, postanowiłem wybrać się do krainy muzyki mniej lub bardziej nowoczesnej.

Moja pierwsza muzyczna propozycja to piosenka „What The Water Gave Me” zespołu Florence and The Machine. Bardzo nastrojowa rzecz. Jeśli chodzi o styl to mocno eklektyczna, trochę soulowa, trochę popowa, trochę jakby new-age. Na pochwałę zasługuje bogata i nietypowa instrumentacja. W ensemble można usłyszeć m.in. harfę i organy hammonda. Obfitość różnych brzmień nie jest jednak w stanie przyćmić potężnego wokalu Florence Welsh, nawet kiedy refren osiąga szczytowy punkt crescendo. Klimat uzupełnia lekko mistyczny tekst.

Tego kawałka słuchałem m.in. podczas pracy nad ostatnią powieścią. Bardzo mi pasował do opisów podróży do wyśnionych krain. Ktoś napisał kiedyś, że muzyka Florence and The Machine jest jak mgła snująca się nad Tamizą. Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest również jak mgła, która otula zapomniane miasto Sogno Ventura.

Ale sza;]. Posłuchajcie piosenki.


Kolejna propozycja pochodzi z naszego własnego ryneczku muzycznego, chociaż akurat pan będzie śpiewał po angielskiemu. Chodzi mi o piosenkę „Feel The Music’s Over” Comy.

Coma to co prawda nie jest taki całkiem młodziutki zespół. Jak oni zaczynali grać, to ja byłem bodaj gdzieś w pierwszej klasie liceum. Więc tak, to moja młodzieńcza fascynacja. Ale znosi próbę czasu. Może z perspektywy lat zrobiła się trochę zbyt… jakby to ująć? Emocjonalna? No, to trochę jest muzyka dla nastolatków. Ale z drugiej strony rock i blues powinien być emocjonalny, pełen młodzieńczej siły, patosu, dramatyzmu etc. Zresztą moja pisanina też bywa bardzo emocjonalna i patetyczna. Przekonacie się, jak wreszcie ukaże się moje opowiadanie „Żałoba ludów”. W dialogu z tradycją tragedii antycznej trudno uniknąć patosu.

Ale odbiegam od tematu. Maestro, muzykę proszę.

Uffa, to może żeby trochę sobie smaka odmienić, zaproponuję teraz coś bardziej przyziemnego i brudnego. Brud i przyziemność są ważne, jeśli chce się pisać horrory. Przy komponowaniu play-listy do pisania warto wprowadzić jakieś urozmaicenie, żeby nie dać się ponieść emocjom. Dla mnie idealnym przypomnieniem, że pora przyp… to znaczy, zwiększyć dynamikę akcji są kawałki The Black Keys.

Szczególnie lubię piosenkę „Strage Times”, którą zresztą ongiś grałem z nieistniejącym już zespołem Shuffle. Jest ona kwintesencją brudu i przyziemności. Przyziemność zapewnia prostacka perkusja grająca na dwa, a brud rozkręcone w opór przestery. Do tego dobre tempo i niepokojący refren i mamy idealny, horrorowy kawałek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s