Muzyka, która dla mnie gra cz.4: instrumentalnie

Zanim przejdę do pogadanek muzycznych chciałbym dwa słowa poświęcić opowiadaniu „Anioł w płomieniach”, które dzisiaj wrzuciłem do Biblioteczki (KLIK). Od jego powstania minęło już osiem lat. Od publikacji w Magazynie Fantastycznym jakieś sześć czy siedem, w tej chwili nie pamiętam, ale można to sprawdzić w Gablocie. Nieważne. W każdym razie jest to pierwsze opowiadanie s-f, jakie w życiu napisałem. Przy jego tworzeniu towarzyszyły mi dwa szczególne utwory muzyczne. Jeden z nich niestety nie trafi do dzisiejszego zestawienia, gdyż Led Zeppelin bez śpiewu Roberta Planta nie byłoby tym samym, a chciałem mówić o muzyce instrumentalnej. Natomiast drugi został napisany specjalnie z myślą o tematyce sf-owej przez jednego z najlepszych (moim skromnym) współczesnych kompozytorów do jednego z najlepszych (znów moim skromnym) filmów, jakie kiedykolwiek powstały.

Chodzi mi tu o Vangelisa, a konkretnie o jego ścieżkę dźwiękową do „Łowcy androidów”. Utwory napisane do tego filmu często służą mi za inspirację, są niezwykle plastyczne i pełne emocji. Z nich wszystkich szczególnie zapadł mi w pamięć „Blade Runner Blues”. O magii bluesa już Wam opowiadałem, a jak połączyć ją z niesamowitym, futurystycznym brzmieniem syntezatorów wychodzi coś naprawdę niepowtarzalnego. Posłuchajcie.

Odchodząc od melancholijnych klimatów, jako drugą pozycję do odsłuchania chciałbym Wam zaproponować coś z repertuaru mojej ulubionej kapeli, Pink Floyd. Kawałek absolutnie wyprzedzający epokę, aż trudno uwierzyć że powstał 1968 (czy coś kole tego) roku. Połączenie transowego rytmu, psychodelicznych organów i gitary oraz użytego jako zupełnie niezwykły instrument ludzkiego głosu zaowocowało stworzeniem utworu o niesamowitym brzmieniu, które zachwyciło m.in. słynnego włoskiego reżysera Michelangelo Anotnioniego. A przy okazji ten kawałek jest zwyczajnie przerażający! Przed chwilą słuchaliście czegoś, co pasuje do s-f, teraz posłuchajcie muzyki idealnej do horrorów.

Można powiedzieć, że oblecieliśmy już dwa gatunki literackie, więc logiczne byłoby teraz znalezienie czegoś pasującego do trzeciego głównego odłamu fantastyki: literatury fantasy. Muszę przyznać, że poza jedną krótką wycieczką krain fantasy nie odwiedzałem od lat. Byłem za to ich stałym gościem jako nastolatek. Dlatego w poszukiwaniu odpowiedniej muzyki musiałem zagrzebać się głęboko w odmęty pamięci. O dziwo nie natrafiłem tam na Blind Guardiana, którego fani fantastyki namiętnie słuchali za moich gimnazjalnych czasów. Wpadłem za to na największego wirtuoza elektronicznej harfy, Andreasa Vollenweidera.

Muzyka tego artysty dzisiaj trąci już trochę myszką. Zresztą pewnie trąciła nią nawet w nie tak odległych czasach mojej młodości. Natomiast nie można Vollenweiderowi odmówić kunsztu, a jego kompozycje są klimatyczne, każą myśleć o rozsłonecznionych lasach, swarliwych potokach i całym tym tolkienowskim emploi. W sumie przyjemnie do tego wrócić.

I tym radosnym, delikatnie new-age’owskim akcentem pragnę Was pożegnać. Trzymajcie się!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s