W sumie jestem szowinistą…

Tak, tak, bardzo zły ze mnie człowiek. Jakoś nigdy nie dałem się przekonać, że kobiety i mężczyźni robią wszystko tak samo dobrze. Weźmy na przykład muzykę rockową. Ile jest znanych wokalistek? Takich naprawdę, naprawdę znanych, które każdy kojarzy. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że tylko jedna: Janis Joplin. A wokalistów (niekoniecznie dobrych)? Ozzy Osbourne, Kurt Cobain, Ian Gillan, John Lennon, Freddie Mercury (oczywiście w tym ostatnim wypadku fani genderu mogliby podnieść raban). Lista jest długa.

Zanim czytające niniejszy tekst panie zaczną we mnie miotać wirtualnymi kamieniami, pozwolę sobie podkreślić jedną rzecz: mówimy o muzyce rockowej. A zatem nie twierdzę, że kobiety to istoty mniej rozwinięte muzycznie, tylko raczej, że jakaś tam mieszanka czynników naturalnych i kulturalnych (tudzież kulturowych) akurat lepiej predysponuje mężczyzn do uprawiania wysokowyspecjalizowanej czynnością, jaką jest śpiewanie piosenek rockowych. Mój szowinizm kończy się w tym miejscu.

Na jego granicy objawia się niestety kolejna wada mojej osoby. Zdaje się, że w kręgach dyplomatycznych nazwanoby mnie tradycjonalistą. W kręgach wojującej z drobnomieszczaństwem drobnomieszczańskiej inteligencji użytoby raczej określenia typu „wsteczny wektor cywilizacji” (trudno powiedzieć, czy jest to obraźliwe). Tak czy siak wierzę w sprawiedliwy podział ról. Dopuszczając, rzecz jasna, margines błędu. Nie twierdzę, że nie znajdę kobiety, która będzie lepiej wiedziała, co tam gra pod maską mojego samochodu, ale jestem przekonany, że w 90% przypadków nawet moja skromna wiedza będzie przeważająca.

Dobra, uciekam już od niebezpiecznego tematu motoryzacji i kończę przydługi wstęp. Bo tak naprawdę chciałbym napisać o czynności, w której moim zdaniem kobiety są niedoścignionymi mistrzyniami. Mianowicie chodzi mi o pisanie kryminałów. Ok, statystyka sprzedaży przypuszczalnie mogłaby częściowo podważyć moje słowa, ale jestem święcie przekonany, że kobiety piszą lepsze kryminały niż mężczyźni. Do tego stopnia, że jeśli miałbym wybrać między dwoma kryminałami nieznanych mi autorów, z których jeden byłby samcem a drugi (ech, te ograniczenia polskiej fleksji, zaraz mi oksymoron wyjdzie) samicą, to bez namysłu postawiłbym na samicę.

Myślę, że moje przekonanie o wyższości „kryminalistek” częściowo wynika z uwielbienia dla twórczości Agathy Christie. A skoro już mówimy o klasyce, to ktoś mógłby mi zwrócić uwagę, że jednak najbardziej rozpoznawalnym detektywem na świecie jest stworzony przez Conan-Doyle’a Sherlock Holmes a nie Herkules Poirot. Zgodzę się, ale osobiście bardziej lubię Poirota. Dlaczego? Bo jest śmieszny! Holmes jest klasycznym superbohaterem, więc historie o nim siłą rzeczy muszą być naiwne. Natomiast zabawny, obarczony mnóstwem wad Poirot stanowi swoistą przeciwwagę dla znakomitych historii, w których zbrodnia to przede wszystkim pretekst do wnikliwej obserwacji ludzi.

Jednak Agathę Christie możnaby uznać za odosobniony przypadek i jeszcze w dodatku możnaby stwierdzić, że skoro mężczyźni mają swojego czempiona w osobie wzmiankowanego Conan-Doyle’a to w ogólnym rozrachunku wychodzi nam remis. Lecz paradoksalnie wydaje mi się, że to właśnie ojciec Holmesa był odosobnionym przypadkiem. Za jego czasów  kobietom bardziej wypadało zajmować się tematami romansowymi (od których poniekąd nie stroniła też kilkadziesiąt lat później Christie) niż zbrodnią. Więc nie miał porządnej konkurencji. Dopiero właśnie niesamowity sukces Agathy Christie przyniósł przełom. I od tego czasu, przynajmniej dla mnie, nieprzerwanie trwa hegemonia kobiet w kryminalnym świecie.

W samym tylko ostatnim roku odkryłem dwie autorki, które utwierdziły mnie w moich przekonaniach. Pierwsza z nich to naprawdę znakomita Susan Hill. Jej cykl powieściowy o inspektorze Simonie Serrailerze po prostu mnie zachwycił. Narracja Hill jest pełna plastycznego spokoju, a jej historie są przewrotne i poruszające. Niestety (albo może i stety) rzadko dobrze się kończą. Jednak najbardziej podoba mi się to, w jaki sposób budowane jest w nich napięcie. Rzadko kiedy można tam natrafić na pisarskie triki w stylu porzucania bohatera na sekundę przed tym jak ma go pożreć lew. Sama dynamika relacji między postaciami wystarcza, żeby utrzymać zainteresowanie czytelnika.

Drugie odkrycie to szwedzka (a jakże, ścigają brytoli, ścigają!) pisarka Camilla Lackberg. Do niej również przekonały mnie przede wszystkim postacie. Być może w tym właśnie tkwi siła kobiecej pisaniny. Dużą uwagę zwracają na związki (nie tylko romantyczne) między ludźmi. Dla mnie najlepszy dramat, to dramat uczuć i charakterów.

O, no i tą refleksją natury ogólnoliterackiej zakończę swoje dzisiejsze rozważania. Zachęcam wszystkich do sięgnięcia po książki wspomnianych wyżej autorek. I może do dyskusji? Co? Nie chcecie mi przypadkiem powiedzieć, że wszystko co przed chwilą napisałem to bzdury?

Muzyka, która dla mnie gra cz.4: instrumentalnie

Zanim przejdę do pogadanek muzycznych chciałbym dwa słowa poświęcić opowiadaniu „Anioł w płomieniach”, które dzisiaj wrzuciłem do Biblioteczki (KLIK). Od jego powstania minęło już osiem lat. Od publikacji w Magazynie Fantastycznym jakieś sześć czy siedem, w tej chwili nie pamiętam, ale można to sprawdzić w Gablocie. Nieważne. W każdym razie jest to pierwsze opowiadanie s-f, jakie w życiu napisałem. Przy jego tworzeniu towarzyszyły mi dwa szczególne utwory muzyczne. Jeden z nich niestety nie trafi do dzisiejszego zestawienia, gdyż Led Zeppelin bez śpiewu Roberta Planta nie byłoby tym samym, a chciałem mówić o muzyce instrumentalnej. Natomiast drugi został napisany specjalnie z myślą o tematyce sf-owej przez jednego z najlepszych (moim skromnym) współczesnych kompozytorów do jednego z najlepszych (znów moim skromnym) filmów, jakie kiedykolwiek powstały.

Chodzi mi tu o Vangelisa, a konkretnie o jego ścieżkę dźwiękową do „Łowcy androidów”. Utwory napisane do tego filmu często służą mi za inspirację, są niezwykle plastyczne i pełne emocji. Z nich wszystkich szczególnie zapadł mi w pamięć „Blade Runner Blues”. O magii bluesa już Wam opowiadałem, a jak połączyć ją z niesamowitym, futurystycznym brzmieniem syntezatorów wychodzi coś naprawdę niepowtarzalnego. Posłuchajcie.

Odchodząc od melancholijnych klimatów, jako drugą pozycję do odsłuchania chciałbym Wam zaproponować coś z repertuaru mojej ulubionej kapeli, Pink Floyd. Kawałek absolutnie wyprzedzający epokę, aż trudno uwierzyć że powstał 1968 (czy coś kole tego) roku. Połączenie transowego rytmu, psychodelicznych organów i gitary oraz użytego jako zupełnie niezwykły instrument ludzkiego głosu zaowocowało stworzeniem utworu o niesamowitym brzmieniu, które zachwyciło m.in. słynnego włoskiego reżysera Michelangelo Anotnioniego. A przy okazji ten kawałek jest zwyczajnie przerażający! Przed chwilą słuchaliście czegoś, co pasuje do s-f, teraz posłuchajcie muzyki idealnej do horrorów.

Można powiedzieć, że oblecieliśmy już dwa gatunki literackie, więc logiczne byłoby teraz znalezienie czegoś pasującego do trzeciego głównego odłamu fantastyki: literatury fantasy. Muszę przyznać, że poza jedną krótką wycieczką krain fantasy nie odwiedzałem od lat. Byłem za to ich stałym gościem jako nastolatek. Dlatego w poszukiwaniu odpowiedniej muzyki musiałem zagrzebać się głęboko w odmęty pamięci. O dziwo nie natrafiłem tam na Blind Guardiana, którego fani fantastyki namiętnie słuchali za moich gimnazjalnych czasów. Wpadłem za to na największego wirtuoza elektronicznej harfy, Andreasa Vollenweidera.

Muzyka tego artysty dzisiaj trąci już trochę myszką. Zresztą pewnie trąciła nią nawet w nie tak odległych czasach mojej młodości. Natomiast nie można Vollenweiderowi odmówić kunsztu, a jego kompozycje są klimatyczne, każą myśleć o rozsłonecznionych lasach, swarliwych potokach i całym tym tolkienowskim emploi. W sumie przyjemnie do tego wrócić.

I tym radosnym, delikatnie new-age’owskim akcentem pragnę Was pożegnać. Trzymajcie się!

Gorzkie żale

Uff… Dawno  mnie tu nie było. Zalatany byłem, pracy coraz więcej. Zresztą nie chciało mi się pisać. Pogoda za oknem, jak napisała moje koleżanka, sprzyja meteopatycznej depresji. Może to ona… Znaczy depresja nie koleżanka… Jest winna mojemu generalnemu brakowi entuzjazmu wobec wszystkiego. Bo w sumie to nie mam na co narzekać. Ale narzekał będę.

Pierwszy zawód dotyczy mojej powieści. Cała ta dyskusja wokół Novae Res ostudziła nieco mój zapał. Chyba. Może zresztą to kwestia tego, że obawiam się wyzwań, jakie mnie czekają w związku z promocją. Mam już kilka pomysłów, jak się za to wziąć, przyjaciele i znajomi obiecali pomóc, co w sumie powinno być podbudowujące, ale szczerze powiedziawszy marketing to ostatnia rzecz, o której miałbym choćby najbledsze pojęcie. Niestety, trudna prawda jest taka, że mieć obiecaną pomoc nie wystarczy, trzeba jeszcze wiedzieć, jak z niej skorzystać.

Co więcej nie bardzo wiem, co się właściwie dzieje z rękopisem. Tzn. zginął gdzieś w trybach wydawniczej maszyny, pewnie jest w korekcie czy cuś. Ale to nie tak, żeby mnie o wszystkim informowano na bieżąco.

Druga sprawa to praca. Kurde, jak ja nie lubię pracować. Jak na ironię wychodzi na to, że jestem w niej całkiem dobry. W sumie ostatnio szef postanowił zwiększyć mój zakres obowiązków, co wiąże się z pewnymi przywilejami, także finansowymi. Ale mój problem polega na tym, że prawdziwą satysfakcję daje mi tylko pisanie, a tu imponujących sukcesów póki co brak. No i czasu na nie coraz mniej.

Ok, nie będę się rozwodził dłużej, bo widzę, że idzie w strasznie pomrocznym kierunku.

Na zakończenie może jakiś mało imponujący, ale jednak sukces. W sumie nawet dwa sukcesy. Po pierwsze moje opowiadanie „Vitus i Czarne Karły” trafi na stronę internetową magazynu Kontury. W przyszłości mam zresztą nadzieję przebić się do samego magazynu, ale parafrazując słowa pana Jasińskiego, rednacza tego pisma, żeby to osiągnąć muszę napisać coś wybitnego a nie tylko dobrego. Tak czy siak, jak tylko opowiadanie wyjdzie z korekty i trafi na stronę, to wrzucę linka.

No a o drugim „sukcesiku” pewnie już część z Was wie. Moje najnowsze bizzarystyczne opowiadanie pokazało się na Niedobrych Literkach w Dzień Dziecka. Nie linkowałem go, więc czynię to teraz. KLIK. Trochę trzeba go tam poszukać, bo jest w środku całego ciągu wpisów.

No i tyle. Przesyłam meteopatyczne pozdrowienia.