Muzyka, która dla mnie gra cz.3: pod Stephena Kinga

Muzyka towarzyszy mi nie tylko przy pisaniu, ale także – chyba równie często – przy czytaniu. Szczególnie dobrze czyta się przy niej Kinga. Być może dlatego, że on sam lubi rockowy hałas.

W każdym razie jest kilku artystów, których utwory do pisaniny Kinga, do jej nastroju, poetyki itp., pasują w sposób szczególny. Być może ze względu na swą „amerykańskość”. Znacie ten klimat? Chodzi o muzykę, pod wpływem której w umyśle pojawiają się obrazy autostrad, pustyń, przydrożnych barów, w której słychać ryk silników buicków i mustangów, w której czuć hamburgery i piwo Budweiser.

Pewną ironią jest, że pierwsze miejsce na liście zespołów wywołujących wymienione wyżej multisensualne skojarzenia jest zespół australijski. Ale to szczegół, oni też mają pustynie, nie? Zresztą King ich lubi. Ciężki, bluesujący nieco rytm udziela się jego narracji. Zresztą, co ja będę język strzępił. Oto oni, the thunder from down under (meaning Australia), AC/DC.

Na drugim miejscu znajduje się już zespół na wskroś amerykański i również mocno związany z Kingiem. Tak się składa, że tekst ich największego przeboju stał się mottem jednej z najlepszych książek króla horroru – „Bastionu”. Ale poza tą jedną świetną piosenką stworzyli też całe mnóstwo klimatycznych kawałków. W ich tekstach (tworzonych przez pisarzy horrorów) pojawia dużo motywów fantastycznych, okultystycznych lub po prostu absurdalnych (patrz „She’s as Beatiful as a Foot”). Na liście spłodzonych przez nich przebojów można znaleźć m.in. „Astronomy”, „Godzilla”, „Cities on Fire With Rock and Roll” oraz „Career of Evil”. A, no i oczywiście ten, do którego już wcześniej czyniłem aluzje.

Pora na miejsce trzecie. Ta kapela nie ma żadnych bezpośrednich więzi z Kingiem. Po prostu mi się z nim kojarzy. To kwestia „amerykańskości”. Trudno sobie wyobrazić bardziej amerykańskościowy zespół niż Lynyrd Skynyrd. Takie ot sympatyczne wieśniaki z Alabamy, która jest słodkim domem. A oto mój ulubiony kawałek z ich repertuaru w wersji live.

No i tyle. God bless you, America;]. Trzymajcie się.

Reklamy

Nowości

Zeszły tydzień przyniósł kilka wydarzeń, którymi chciałbym się pochwalić. Może zacznę od tego, co moim zdaniem najważniejsze. W ostatni piątek podpisałem umowę z wydawnictwem Novae Res na wydanie mojej debiutanckiej powieści „Szaleństwo przychodzi nocą”. Według jej warunków wydawca zobowiązuje się wprowadzić książkę do obiegu w ciągu sześciu miesięcy, a więc premiera (jeżeli nic się nie pokiełbasi – odpukać) jeszcze w tym roku. Jeśli rzucicie okiem na górne menu to zobaczycie tam nową zakładkę, poświęconą powieści. Już teraz możecie znaleźć tam próbny fragment (dla leniwych). Z czasem będę tam zamieszczał informacje o dalszym przebiegu procesu wydawniczego.

Ok, druga sprawa. Qfant przygarnął moje opowiadanie „Lwica”. Ukaże się ono w lipcowym numerze pisma. Przypominam też, że w bieżącym numerze można przeczytać inny tekst mego autorstwa – „Psychola”. Do czego też Was ponownie zachęcam;]. Link do numeru w formacie pdf podaję TUTAJ.

Trzecia sprawa również wiąże się z moją pisaniną. Na Niedobrych Literkach ma się lada moment pokazać moje opowiadanie „Sen czwarty, ostatni”, więc miejcie oczy otwarte. Poza tym kończę prace nad kolejnym bizzarystycznym tekstem, „Cukierek albo dzidziuś”. W zamyśle miał to być tekst na Dzień Dziecka, ale co Kazek Kyrcz i Niedobra Ekipa z nim zrobią (jeśli w ogóle coś zrobią, rzecz jasna) to się okaże.

No i sprawa ostania: wysłałem opowiadanie na konkurs „31.10 Halloween II Wioska przeklętych”. Chyba po raz pierwszy udało mi się cokolwiek skończyć tak długo przed upływem terminu. Bo czasu jeszcze sporo, opowiadania można przesyłać do końca czerwca. Dla zainteresowanych, którzy przegapili link ostatnim razem: TUTAJ znajdziecie oficjalną stronę konkursu.

To tyle. Trzymajcie się. I odkładajcie pieniądze na „Szaleństwo…”;P.

Avengers – recenzja

Ogólnie nie jestem wielkim fanem ekranizacji komiksów o superbohaterach. W większych dawkach toleruję tylko Batmana i X-menów. A już radosne koktajle w stylu Ligi Sprawiedliwych albo Batman vs. Predator z gościnnym udziałem Supermana zupełnie mnie odrzucają. W związku z tym należałoby zapytać, co mnie skłoniło do wybrania się na seans filmu „Avengers”, w którym występuje cała plejada bohaterów z komiksów Marvela.

Odpowiedź jest prosta: potrzebowałem dużej dawki lekkostrawnej rozrywki. I to właśnie otrzymałem.

Fabuła „Avengers” jest… no cóż, komiksowa. W filmie chodzi o to, że nordycki bóg Loki (który tutaj jest przy okazji jakimś kosmitą) chce przejąć władzę nad światem, a na drodze może mu stanąć tylko supergrupa, w której skład wchodzą m.in. Iron Man, Hulk i Kapitan Ameryka. Oczywiście sprawa jest dość skomplikowana, bo w ekipie, w której każdy jest „super” praca zespołowa stanowi wyzwanie.

Brzmi to może głupawo, ale jeśli przyjmie się pewną poprawkę na konwencję to cała historia nie razi. Tym bardziej, że sami bohaterowie są nieźle wykreowani, a relacje między nimi rozwijają się w dość ciekawy sposób. No i zawsze jest Hulk, którego prostolinijny sposób bycia i miażdżenia wszystkiego, co mu stanie na drodze, ratuje widza przed nadmiarem patosu.

Rzecz jasna postacie są warte tylko tyle, ile wcielający się w nich aktorzy. W wypadku „Avengers” producenci nie oszczędzali na obsadzie. Rolę Iron Mana po raz kolejny wziął na siebie znakomity Robert Downey Jr. Poza nim możemy podziwiać występy takich sław jak Scarlett Johansson, Samuel L. Jackson czy Mark Ruffalo.

Co zrozumiałe, najmocniejszymi aspektami filmu są po pierwsze niesamowite efekty wizualne, po drugie zapierająca dech w piersi akcja. „Avengers” zostali wykonani w technice 3D i jest to takie 3D z najwyższej półki. Robi oszałamiające wrażenie, a jednocześnie nie razi. Widz nie jest nim epatowany. Nikt nie próbuje raz na każde trzydzieści sekund dźgnąć go w oko jakimś ostrym przedmiotem. Co do akcji, to chyba wystarczy, jeśli powiem, że mimo iż film trwa aż 2,5 godziny, to ani przez chwilę się nie nudziłem.

Mówiąc krótko, jeśli potrzebujecie lekkiej rozrywki, która po dniu ciężkiej pracy pozwoli Wam się oderwać od rzeczywistości, to obejrzyjcie „Avengers”. To nie jest film, który odmieni Wasze życie, ale może przynajmniej trochę je umilić.

 

I’m back

No i wróciłem. Święta, święta i po świętach czy jakoś tak. Ciężko się pozbierać po dziewięciu dniach laby, a tu znowu praca. Ale jestem zadowolony. Odpocząłem, kupiłem kilka nowych książek (to rodzaj odruchu Pawłowa, za każdym razem, gdy jestem w Zakopanem, kupuję książki), przeczytałem kilka starych (między innymi odświeżałem sobie Wiedźmina) no i oczywiście co nieco popisałem, choć szczerze powiedziawszy at the end of the day, po iluś tam godzinach łazikowania oczka mi się same zamykały, więc stopa produktywności w mojej jednoosobowej firmie nie była tak wysoka, jakbym tego chciał. Może jakbym miał jeszcze tydzień więcej, to bym opracował lepszy system, ale nie miałem, no i cóż…

Dobra, pora na zdjęcia. Żeby nie było, że zmyślam z tymi górami. Oto ja, zdobywca. To takie szare pode mną to Wołowiec, kolejny dwutysięcznik w kolekcji, którą od paru lat prowadzę z małżonką.

W ogóle śmiesznie się w tym roku chodziło. To była bodaj moja pierwsza wiosenna wyprawa w góry. Przeważnie łażę jednak latem. Nie żeby wtedy były lepsze warunki. Z moim szczęściem z reguły pada.

W każdym razie tym razem było mnóstwo słońca, temperatura sięgała trzydziestu stopni, warszawka latała z gołymi klatami ew. w bikini (zależnie od płci), a dla dopełnienia obrazu na ziemi leżał śnieg. Fakt, że tylko w wyższych partiach gór, ale biorąc pod uwagę, że Morskie Oko, które jak zwykle przeżywało oblężenie, oficjalnie znajduje się w tych właśnie partiach, to przynajmniej wspomniana wyżej warszawka mogła się przekonać jak dobrze opala słońce odbite od śniegu.

Ok, starczy tych rekolekcji z podróży.

Pod moją nieobecność coś tam się jednak w tym światku literackim działo. A właściwie wydarzyły się dwie rzeczy, które mnie obchodzą. Po pierwsze pojawił się nowy, piętnasty już numer magazynu fantastyczno-kryminalnego Qfant, a w nim moje opowiadanie „Psychol”, a także opowiadanie mojego kolegi Marcina Rusnaka „Ahura Mazda”. Do lektury obu tekstów gorąco zachęcam. Link do ściągnięcia magazynu wrzuciłem już parę dni temu do gabloty, ale na wszelki wypadek wrzucam go również TUTAJ.

Druga sprawa to ciekawy konkurs, w którym zamiaruję wziąć udział. Kiedy w zeszłym roku ukazał się w postaci darmowego e-booka zbiór opowiadań „31.10. Halloween po polsku”, żałowałem, że nie byłem jednym z tych, którzy wzięli w tej inicjatywie udział. W tym roku będę miał szansę, gdyż ludzie odpowiedzialni za ten makabrycznie pomysłowy projekt postanowili stworzyć „Halloween 2”. Niestety, żeby trafić do zbiorku będę musiał zmierzyć się z innymi twórcami horrorów, ale ostatecznie nic tak nie motywuje jak odrobina współzawodnictwa. Dla zainteresowanych podaję LINK do strony konkursu. Zachęcam również do ściągnięcia zeszłorocznego zbioru. Można go dostać na stronie zajmującego się e-bookami wydawnictwa Virtualo, TUTAJ.

No i to tyle, co mam do powiedzenia. Właściwie. Choć w sumie podjąłem też dosyć ważną decyzję odnośnie do mojej powieści „Szaleństwo przychodzi nocą”. Ale o tym opowiem kiedy indziej. Żeby nie zapeszać.