Muzyka, która dla mnie gra cz.2: blues

Blues to wyjątkowy gatunek muzyki. Głęboko uduchowiony. W jego prostych, powtarzalnych rytmach czuć magię Czarnej Afryki. Najlepsze piosenki bluesowe mają w sobie coś ze skarg zanoszonych do starych bogów. Koncerty bluesowe przypominają czasem dawne rytuały, których celem było umocnienie szczególnej więzi łączącej członków plemienia. Widać to zwłaszcza w występach mistrzów, takich jak Muddy Waters, w których czasami uczestniczą istne tłumy jammujących gości. I nie ważne jest, co się gra, ważne by grać razem, by poczuć tę samą atmosferę.

Ze względu na powyższe właściwości blues wydaje mi się gatunkiem szczególnie adekwatnym do pisania w ogóle, a do pisania horrorów w szczególe. Dziś chciałbym Wam opowiedzieć o dwóch niezwykłych bluesmanach, którzy są dla mnie niewyczerpanym źródłem natchnienia.

Etykieta dworska każe zaczynać od króla, więc tak właśnie zrobię. Co prawda obecnie tron w Chicago objął Buddy Guy, ale ja chciałbym przywołać postać jego wielkiego poprzednika, wspomnianego już Muddy’ego Watersa. Muddy był dość dziwacznym zjawiskiem, bo, choć umiał się porządnie wydrzeć, nie bardzo umiał śpiewać. Znajdą się tacy, którzy będą twierdzić, że z niezwykłą wirtuozerią grał na gitarze, ale szczerze powiedziawszy wielu (naprawdę wielu) było i jest od niego lepszych. Co więcej, nie był nawet przystojny, a i tak kobiety traciły dla niego głowę. Kluczem do jego popularności była niezwykła osobowość i charyzma sceniczna. Muddy był prawdziwym szamanem bluesa. On nie przyciągał uwagi, on nakazywał uwagę. Momentalnie elektryfikował publikę. Jak sam tłumaczył, było to działanie jego „mojo” – mocy  szamańskiej (tudzież atrybutu/amuletu). Zresztą posłuchajcie sami. (Jakość niestety kiepska, bo nagranie straaasznie stare, ale warto to też obejrzeć ze względów historycznych; popatrzcie, co Muddy robi ze sztywną, porozsadzaną na leżakach bandą białasów).

Drugim bluesmanem, którego ducha chciałbym przywołać, jest Luther Alison. Był to wybitny wirtuoz gitary, nieraz porównywany do samego Jimmiego Hendrixa (a z pewnością dużo częściej trzeźwy na koncertach). Dla mnie jego muzyka ma szczególne znaczenie dlatego, że to dzięki niej zainteresowałem się bluesem. Utwór „Cherry Red Wine”, do którego link zaraz podam, to bodaj pierwszy utwór z tego gatunku, jaki w życiu usłyszałem. Wrzask Allisona i słodkie zawodzenie jego gitary w tym kawałku do dziś przyprawiają mnie o dreszcze.

Na zakończenie dzisiejszego muzycznego spotkania jeszcze krótka polecanka. Pod koniec lat siedemdziesiątych Muddy w jednym z wywiadów powiedział, że martwi go, iż czarni chłopcy coraz rzadziej chcą grać bluesa. Cieszyło go natomiast, że bierze się za to coraz więcej białych  i że są naprawdę świetni. No i właśnie taką grupę młodych bluesmanów z naszego pięknego kraju Wam polecam.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s