Muzyka, która dla mnie gra cz.1

Stephen King nigdy nie krył się ze swoją miłością do rocka, a od kiedy w „Pamiętniku rzemieślnika” zwierzył się, że najlepiej mu się pisze, gdy z pobliskiego głośnika wydziera się James Hetfield albo wokalista AC/DC (którego imienia nie pomnę), fascynacja taką czy inną kapelą stała się obowiązkowym elementem CV każdego młodego pisarza. Wzorem mistrza rozkręcamy radio (albo iPoda, kto co tam ma) na pełny regulator i… No cóż, potem to już różnie. Na potrzeby dyskusji załóżmy, że piszemy i że idzie nam nieźle, bo oto wena i talent rock&rollowych bogów udzielają się także nam.

Piszę „nam”, bo – rzecz jasna – nie jestem pod tym względem żadnym wyjątkiem. Co prawda mam już za sobą fazę pisania tekstów „inspirowanych” wielkimi przebojami (swoją drogą kto wie, ile „Hoteli California” powstało w dziejach literatury), ale muzyka towarzyszy mi bardzo często. Używam jej, by wprowadzić się w nastrój, każę jej słuchać moim bohaterom, cytuję czasem teksty, zdarza się nawet – wstyd przyznać – że służy mi jako wytłumiacz blablania, gdy trafi mnie fantazja bohemicznego skrobania w jakiejś kawiarni.

W każdym razie, żeby nie przedłużać, chciałbym Wam opowiedzieć trochę o zespołach i piosenkach, które mają dla mnie szczególne znaczenie. Oczywiście jest ich na tyle dużo, że jeden wpis by nie wystarczył, dlatego zamierzam zanudzać Was swymi wynurzeniami cyklicznie. A nuż pewnego dnia znajdziecie coś, co i Wam przypadnie do gustu.

Palma pierwszeństwa należy się zespołowi Pink Floyd, który – tak się składa – jest moim ulubionym zespołem w ogóle. Ich utwór „Shine On You Crazy Diamond” bezustannie mnie zachwyca i wycisza. W mojej głowie nierozerwalnie zrósł się z panoramą Warszawy widzianej wieczorem z któregoś mostu. Poza tym, jest jak snująca się angielska mgła, w której kryją się rzeczy.

Swego rodzaju kontrapunktem dla Floydów jest Black Sabbath. Surowe, żeby nie powiedzieć prymitywne brzmienie wczesnego heavy metalu w połączeniu ze skrzekiem Ozzy’ego działa na mnie z jednej strony pobudzająco, z drugiej – nostalgicznie. Nie da się ukryć, że muzyka Sabbathów trąci nieco myszką, ale te żółwiące się, mocno przesterowane gitary tworzą niepowtarzalny klimat. Do posłuchania chciałbym Wam jednak zaproponować kompozycję dość nietypową, bliższą raczej poetyce Floydów. Chodzi o małą znaną piosenkę „Planet Caravan” z albumu „Paranoid”.

Na zakończenie dzisiejszego odcinka wróćmy do Polski. Z bólem przyznają, że inspirujących polskich kapel jest stosunkowo niewiele. Ku swemu najwyższemu zdziwieniu w pewnym momencie odkryłem, że jedną z nich jest Perfect, który wcześniej kojarzył mi się wyłącznie z łzawymi ogniskowymi przyśpiewkami w stylu „Kochaj mnie”. Tymczasem okazuje się, że za czasów Hołdysa panowie napisali niejedną znakomitą, a nieraz niepokojącą piosenkę. Wymienię choćby „Objazdowe nieme kino”, „Obracam w palcach złoty pieniądz” czy „Pepe wróć”. To kawałki, które spokojnie mogłyby nadać się na soundtrack horroru. Są niepokojące zarówno muzycznie jak i tekstowo. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak utwór „I żywy stąd nie wyjdzie nikt”, pod którego znakiem minęło mi pisanie powieści „Szaleństwo przychodzi nocą”, i to właśnie ten kawałek chciałbym Wam na koniec zaproponować do posłuchania.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s