W góry!

Uffa. Myślałem, że już się nie doczekam tego weekendu. Pakuję tonę książek, komputer i może nawet jakieś majtki na zmianę i uciekam z miasta. „Chcę zobaczyć góry, Gandalfie, góry” – powiedział kiedyś Bilbo Baggins. Podzielam tę jego tęsknotę. Precz człowieczki, precz samochody, precz hałas!

Ostatni miesiąc był strasznie męczący, pewnie dlatego że zacząłem nową pracę. Nic tylko szum w głowie. I nerwówka, i nerwówka… Trzeba doładować akumulatory. Nowa powieść sama się nie napisze, a ostatnio mogłem jej poświęcać coraz mniej czasu. Teraz planuję to zmienić. Wyciszę się, odpocznę, a potem dalej stukać w te cholerne klawisze.

Wam, uwięzieni wśród huku szarych betonów nieszczęśnicy, zostawiam coś do poczytania w Biblioteczce. Zresztą jak zwykle i tutaj podam link dla  leniwych.

Korzystając z okazji posmęcę też trochę nad upływem czasu. W moim prywatnym archiwum najstarszy katalog oznaczony jest datą 2001. To znaczy, że minęło już ponad dziesięć lat, odkąd napisałem pierwsze poważne opowiadanie. Z kolei pierwsze opowiadanie s-f stworzyłem bodaj w roku 2004 lub 2005. A na publikację musiało czekać chyba do 2007r. Ale to nie jest bynajmniej to opowiadanie, którym się z Wami dzisiaj dzielę. Nie, opowiadanie „Serce słońca” jest dla mnie wyjątkowe dlatego, że choć nie było pierwszym sf-em jakiego stworzyłem, to było pierwszym sf-em, którego ktoś zechciał przeczytać. I to nie byle kto, redaktorzy prestiżowego magazynu SFFiH. Na to, żeby podobny zaszczyt znów mnie kopnął, musiałem czekać aż cztery lata.

A teraz co? Nie będzie już więcej SFFiH. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem (czy jak tam brzmi to przysłowie). Rynek fantastyczny się zmienia, podobnie rynek książkowy. Wszystko się cybernetyzuje, jak by powiedziano jeszcze dwadzieścia lat temu. (Dziś cybernetyka to właściwie językowe kuriozum.)

Wyjątkowo w przyszłość patrzę z optymizmem. Może to kwestia pogody i tego, że jutro wyjeżdżam. W każdym razie przeczuwam, że nie będzie najgorzej.

I tym radosnym akcentem zakończę dzisiejszy wpis. Udanego wypoczynku!

Muzyka, która dla mnie gra cz.2: blues

Blues to wyjątkowy gatunek muzyki. Głęboko uduchowiony. W jego prostych, powtarzalnych rytmach czuć magię Czarnej Afryki. Najlepsze piosenki bluesowe mają w sobie coś ze skarg zanoszonych do starych bogów. Koncerty bluesowe przypominają czasem dawne rytuały, których celem było umocnienie szczególnej więzi łączącej członków plemienia. Widać to zwłaszcza w występach mistrzów, takich jak Muddy Waters, w których czasami uczestniczą istne tłumy jammujących gości. I nie ważne jest, co się gra, ważne by grać razem, by poczuć tę samą atmosferę.

Ze względu na powyższe właściwości blues wydaje mi się gatunkiem szczególnie adekwatnym do pisania w ogóle, a do pisania horrorów w szczególe. Dziś chciałbym Wam opowiedzieć o dwóch niezwykłych bluesmanach, którzy są dla mnie niewyczerpanym źródłem natchnienia.

Etykieta dworska każe zaczynać od króla, więc tak właśnie zrobię. Co prawda obecnie tron w Chicago objął Buddy Guy, ale ja chciałbym przywołać postać jego wielkiego poprzednika, wspomnianego już Muddy’ego Watersa. Muddy był dość dziwacznym zjawiskiem, bo, choć umiał się porządnie wydrzeć, nie bardzo umiał śpiewać. Znajdą się tacy, którzy będą twierdzić, że z niezwykłą wirtuozerią grał na gitarze, ale szczerze powiedziawszy wielu (naprawdę wielu) było i jest od niego lepszych. Co więcej, nie był nawet przystojny, a i tak kobiety traciły dla niego głowę. Kluczem do jego popularności była niezwykła osobowość i charyzma sceniczna. Muddy był prawdziwym szamanem bluesa. On nie przyciągał uwagi, on nakazywał uwagę. Momentalnie elektryfikował publikę. Jak sam tłumaczył, było to działanie jego „mojo” – mocy  szamańskiej (tudzież atrybutu/amuletu). Zresztą posłuchajcie sami. (Jakość niestety kiepska, bo nagranie straaasznie stare, ale warto to też obejrzeć ze względów historycznych; popatrzcie, co Muddy robi ze sztywną, porozsadzaną na leżakach bandą białasów).

Drugim bluesmanem, którego ducha chciałbym przywołać, jest Luther Alison. Był to wybitny wirtuoz gitary, nieraz porównywany do samego Jimmiego Hendrixa (a z pewnością dużo częściej trzeźwy na koncertach). Dla mnie jego muzyka ma szczególne znaczenie dlatego, że to dzięki niej zainteresowałem się bluesem. Utwór „Cherry Red Wine”, do którego link zaraz podam, to bodaj pierwszy utwór z tego gatunku, jaki w życiu usłyszałem. Wrzask Allisona i słodkie zawodzenie jego gitary w tym kawałku do dziś przyprawiają mnie o dreszcze.

Na zakończenie dzisiejszego muzycznego spotkania jeszcze krótka polecanka. Pod koniec lat siedemdziesiątych Muddy w jednym z wywiadów powiedział, że martwi go, iż czarni chłopcy coraz rzadziej chcą grać bluesa. Cieszyło go natomiast, że bierze się za to coraz więcej białych  i że są naprawdę świetni. No i właśnie taką grupę młodych bluesmanów z naszego pięknego kraju Wam polecam.

Muzyka, która dla mnie gra cz.1

Stephen King nigdy nie krył się ze swoją miłością do rocka, a od kiedy w „Pamiętniku rzemieślnika” zwierzył się, że najlepiej mu się pisze, gdy z pobliskiego głośnika wydziera się James Hetfield albo wokalista AC/DC (którego imienia nie pomnę), fascynacja taką czy inną kapelą stała się obowiązkowym elementem CV każdego młodego pisarza. Wzorem mistrza rozkręcamy radio (albo iPoda, kto co tam ma) na pełny regulator i… No cóż, potem to już różnie. Na potrzeby dyskusji załóżmy, że piszemy i że idzie nam nieźle, bo oto wena i talent rock&rollowych bogów udzielają się także nam.

Piszę „nam”, bo – rzecz jasna – nie jestem pod tym względem żadnym wyjątkiem. Co prawda mam już za sobą fazę pisania tekstów „inspirowanych” wielkimi przebojami (swoją drogą kto wie, ile „Hoteli California” powstało w dziejach literatury), ale muzyka towarzyszy mi bardzo często. Używam jej, by wprowadzić się w nastrój, każę jej słuchać moim bohaterom, cytuję czasem teksty, zdarza się nawet – wstyd przyznać – że służy mi jako wytłumiacz blablania, gdy trafi mnie fantazja bohemicznego skrobania w jakiejś kawiarni.

W każdym razie, żeby nie przedłużać, chciałbym Wam opowiedzieć trochę o zespołach i piosenkach, które mają dla mnie szczególne znaczenie. Oczywiście jest ich na tyle dużo, że jeden wpis by nie wystarczył, dlatego zamierzam zanudzać Was swymi wynurzeniami cyklicznie. A nuż pewnego dnia znajdziecie coś, co i Wam przypadnie do gustu.

Palma pierwszeństwa należy się zespołowi Pink Floyd, który – tak się składa – jest moim ulubionym zespołem w ogóle. Ich utwór „Shine On You Crazy Diamond” bezustannie mnie zachwyca i wycisza. W mojej głowie nierozerwalnie zrósł się z panoramą Warszawy widzianej wieczorem z któregoś mostu. Poza tym, jest jak snująca się angielska mgła, w której kryją się rzeczy.

Swego rodzaju kontrapunktem dla Floydów jest Black Sabbath. Surowe, żeby nie powiedzieć prymitywne brzmienie wczesnego heavy metalu w połączeniu ze skrzekiem Ozzy’ego działa na mnie z jednej strony pobudzająco, z drugiej – nostalgicznie. Nie da się ukryć, że muzyka Sabbathów trąci nieco myszką, ale te żółwiące się, mocno przesterowane gitary tworzą niepowtarzalny klimat. Do posłuchania chciałbym Wam jednak zaproponować kompozycję dość nietypową, bliższą raczej poetyce Floydów. Chodzi o małą znaną piosenkę „Planet Caravan” z albumu „Paranoid”.

Na zakończenie dzisiejszego odcinka wróćmy do Polski. Z bólem przyznają, że inspirujących polskich kapel jest stosunkowo niewiele. Ku swemu najwyższemu zdziwieniu w pewnym momencie odkryłem, że jedną z nich jest Perfect, który wcześniej kojarzył mi się wyłącznie z łzawymi ogniskowymi przyśpiewkami w stylu „Kochaj mnie”. Tymczasem okazuje się, że za czasów Hołdysa panowie napisali niejedną znakomitą, a nieraz niepokojącą piosenkę. Wymienię choćby „Objazdowe nieme kino”, „Obracam w palcach złoty pieniądz” czy „Pepe wróć”. To kawałki, które spokojnie mogłyby nadać się na soundtrack horroru. Są niepokojące zarówno muzycznie jak i tekstowo. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak utwór „I żywy stąd nie wyjdzie nikt”, pod którego znakiem minęło mi pisanie powieści „Szaleństwo przychodzi nocą”, i to właśnie ten kawałek chciałbym Wam na koniec zaproponować do posłuchania.

Update

Przeżyłem święta, więc pora na kolejny update.

Zawsze dziwiło mnie, jak silnie reaguję na różne zjawiska pogodowe. Jak jest mgła, to snuję się jak i ona, jak pada o poranku, nie chce mi się wstawać z łóżka, jak świeci słońce – rozpiera mnie energia. Całe szczęście od wczoraj za oknem piękna wiosna, a ja mam ochotę pisać. Zawadą jest mi to, co zwykle: praca. Cóż, takie życie. A po świętach się nie chce, oj, nie chce. I wszystko idzie wolniej. Więc pisanina pewnie będzie musiała jeszcze trochę poczekać. Ale dokonałem silnego postanowienia, że jeszcze dziś, a zatem pewnie nocą. Właściwie to nie tak źle, horrory powinno się pisać nocą, prawda?

No, dość o tym. Póki co zostało mi jeszcze trochę materiału z poprzednich słonecznych dnia. Na Niedobrych Literkach pojawiło się moje opowiadanie „Pan Z. postanawia umrzeć”. Jest bizarro, mam nadzieję, że Wam się spodoba. Oto link. Drugi eksperymentalny tekst ma się tam pojawić za jakiś czas, więc bądźcie czujni. Będzie się nazywał „Sen czwarty, ostatni”. To rzecz o wilkołaku. Przynajmniej tak mi się zdaje.

Postanowiłem też podzielić się z Wami pierwszymi fragmentami powieści, nad którą obecnie pracuję (jakby co korektę odautorską przeprowadzę dopiero po skończeniu całości, więc nie przestraszcie się błędów). Przy okazji pochwalę się prywatnym rekordem. Ten kawałek, który będziecie mogli przeczytać, napisałem przy jednym posiedzeniu. Podaję linka dla leniwych, a zaraz zawieszę go także w Biblioteczce. A skoro już mowa o nowościach w „Biblioteczce”, informacja dla nieuważnych: jakiś czas temu pojawiło się tam opowiadanie „Węprzyn by night”. Zachęcam do lektury. I kolejny link dla leniwych.

Coś na progu #1 – recenzja

Jak tylko zajrzałem do spisu treści pierwszego numeru „Czegoś na progu”, jedna rzecz od razu rzuciła mi się w oczy: zdecydowana przewaga publicystyki nad beletrystyką. Redakcja postanowiła nam zaserwować jedynie trzy utwory literackie, spośród których z dwoma rozprawię się od razu. Rozumiem splendor towarzyszący zdobyciu „dotąd niepublikowanego utworu Lovecrafta”, jednak gdy okazuje się, że jest to krótki i do tego nieszczególnie udany wiersz, trudno powstrzymać uczucie zawodu. Rozumiem też chęć pochwalenia się na okładce nazwiskiem zagranicznego autora, niestety jednak pan Edward Lee bynajmniej nie popisał się swoim opowiadaniem „Makak” – ot, banalna historyjka o voodoo i zombiakach z odrobiną seksu i flaków na okrasę.

Z zupełnie innego ciasta ulepiona jest nowela Stefana Grabińskiego „Engramy Szatery”. Tak, tak, to smakowity kąsek. Chętnie zapoznam się bliżej z twórczością autora. Nie pogardziłbym również jakimś artykulikiem biograficznym. Jak rozumiem, niektórzy widzą w tym raczej niszowym pisarzu dwudziestolecia międzywojennego kogoś w stylu polskiego Lovecrafta. Językowo z pewnością mu nie ustępuje, można powiedzieć, że reprezentuje niedocenianą szkołę polskiego impresjonizmu literackiego. Jego styl przypomina momentami co lepsze fragmenty z Żeromskiego (wiem, wiem, to kiepska reklama dla kogokolwiek, kto przemęczył się przez polskie liceum, ale spróbujcie wyrzucić z głowy wspomnienie o „Syzyfowych pracach”). Jest jednak dużo bardziej plastyczny, lżejszy. Byłem urzeczony już po przeczytaniu trzech pierwszych zdań. Zresztą posłuchajcie: „Przestrzeń była pusta. Jak daleko okiem sięgnąć, snuły się tylko wstęgi torów i wysterczały z nawierzchni słupy telegrafu. Gdy na chwilę ścichał wiatr, odzywało się na drutach stłumione mruczenie prądu – gdy wracał znów zasilony świeżą rzeszą podmuchów, głuchła gawęda depesz, a skarżył się żałośnie przestwór…”.

Co się tyczy fabuły, to jest niezła, choć z pewnością nie tak śmiała, szalona i wizjonerska jak w większości tekstów Samotnika z Providence. Za to z całą pewnością akcja jest lepiej skonstruowana. Lovecraft miał wyraźny problem z utrzymywaniem napięcia, doprowadzaniem go do punktu kulminacyjnego, a potem rozwiązywaniem historii w naturalny sposób. Grabiński radzi sobie z tym dużo, dużo lepiej. Jedyne co mu można zarzucić to zgrzyty w konstrukcji postaci. Obsesja tytułowego Szatery rozwija się zdecydowanie zbyt szybko, niektóre jego działania trudno uzasadnić psychologicznie.

To tyle, jeśli chodzi o część, która interesuje mnie najbardziej, czyli beletrystykę. Pozwólcie, że temat publicystyki omówię już tylko w dwóch słowach.

Ogólnie większość tekstów wypada bardzo fajnie. W dziale tematycznym poświęconym Lovecraftowi zebrano wiele ciekawych informacji z różnych dziedzin. Szczególnie przypadł mi do gustu artykuł Joanny Kułakowskiej „Bluźniercza przestrzeń, czyli ponadczasowość prozy H.P. Lovecrafta”. Autorka dokonała znakomitej analizy twórczości Samotnika z Providence pod kątem z jednej strony literaturoznawczym, z drugiej – antropologiczno-kulturoznawczym.

Wart uwagi jest również dział kryminalnym, w którym w dwóch esejach przedstawiona została twórczość odpowiednio Borisa Akunina oraz Henninga Mankella. Znajdziemy tam również początek wywiadu-rzeki z polskimi medykami sądowymi. Póki co panowie nie powiedzieli nic odkrywczego, ograniczyli się do starej śpiewki spod znaku „życie to nie film”, ale dostrzegam potencjał na przyszłość.

Spośród pozostałych tekstów polecam jeszcze artykuł Marcina Kiszeli o bizarro. Sam ostatnio zacząłem się interesować tym nowym gatunkiem literackim, a pan Kiszela omówił go bardzo klarowanie i przekrojowo.

No i to tyle moich przemyśleń. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Osobiście mam nadzieję na więcej opowiadań. Życzę też Łukaszowi Śmiglowi i pozostałym członkom redakcji, żeby przygoda z „Czymś na progu” potrwała dłużej – dużo dłużej – niż przygoda z „Lśnieniem”. Rynek fantastyczny potrzebuje solidnego magazynu poświęconego horrorowi i opowieściom niesamowitym.

„Gra o tron”, sezon drugi – pierwsze wrażenia

Obejrzałem dzisiaj pierwszy odcinek drugiego sezonu „Gry o tron”. Chciałbym się z wami podzielić garścią wrażeń.

Fabularnie niewiele się zmieniło. Dziwne by było, gdyby twórcy tak od razu zasypali nas niespodziewanymi zwrotami akcji. Zamiast tego ograniczyli się do zasygnalizowania głównych wątków. Pojawił się nowy gracz, Stannis Baratheon, a wraz z nim nowe bóstwo, ognisty R’hollor. A jeśli chodzi o starych graczy… Robb chce prowadzić wojnę na wyniszczenie z Lannisterami, między Cersei a jej psychopatycznym synkiem powstają pierwsze tarcia, Tyrion psychicznie przygotowuje się na to, że w King’s Landing będzie musiał ratować, co się da. Krótko mówiąc, pionki ustawiają się na miejsca.

O wykonaniu od strony technicznej nie ma co dużo gadać. Wszystko wygląda pięknie, HBO wyłożyło grubą kasiorę, na pewno nie będzie gorzej niż w poprzednim sezonie. Zastanawiam się tylko, czy tym razem szarpną się na jakąś porządną scenę batalistyczną. Znając fabułę książki, nie widzę, jak mogliby tego uniknąć. Wcześniej wykręcili się dość tandetnym chwytem, kiedy tuż przed rozpoczęciem bitwy Tyrion stracił przytomność, ale nie sądzę, żeby widzowie drugi raz przełknęli coś takiego.

Właściwie najwięcej mogę powiedzieć o obsadzie. Bądź co bądź pojawiło nam się kilkoro nowych bohaterów. Na chwilę obecną mam nieco mieszane uczucia. Stannis niby pasuje. Grający go Stephen Dillane ma gębę z jednej strony twardą, z drugiej niemożliwą do polubienia. Całkiem nieźle gra tego surowego odludka, jakim powinien być Stannis. Wydobywa z niego rodzaj towarzyskiej niezręczności, maskowanej pasywną agresją. Brakuje mi w nim jednak siły. I brody. Ale to już detal.

Liam Cunningham, wcielający się w rolę Davosa Seawortha, poddanego i chyba jedynego przyjaciela Stannisa, ogólnie wydaje mi się dobrze dobrany, więc nie będę się nad nim rozwodził. Nieco gorzej wypada Carice van Houten w roli Melisandre. Stanowczo za mało złowieszcza. No i – niestety, takie jest okrutne prawo show-biznesu – niewystarczająco atrakcyjna. Czytając książkę wyobrażałem sobie postać, która momentalnie przykuwa uwagę, rzuca się w oczy, uderza. W serialu zrobiono z niej raczej złośliwą kusicielkę, która do wszystkiego podchodzi z kpiącym pół-uśmieszkiem.

Jednak tak naprawdę to tylko pierwsze wrażenia. Z nowymi twarzami trzeba się opatrzeć. Zresztą, zobaczymy, jak sprawy będą się rozwijać. Nie martwcie się, nie będę rozbierał na części pierwsze każdego następnego odcinka, a potem zanudzał was swymi wywodami, choć pewnie pokuszę się na jakieś podsumowanie po zakończeniu sezonu. Póki co, jestem dobrej myśli. Historia jest naprawdę dobra, trudno będzie ją schrzanić.

Terry Pratchett i filozofia: „Zimistrz”

Właściwie nie przepadam za starszą twórczością Pratchetta. Więcej w niej jest groteski i parodii niż jakiejś spójnej akcji. Najbardziej jednak razi mnie cynizm. Połączenie cynizmu i baśniowości jest bolesne, zabija magię. Zresztą Pratchett nie ukrywa, że taki był jego pierwotny cel: odwrócić magiczny porządek świata fantasy do góry nogami. Intelektualnie ciekawe. Emocjonalnie… No, do mnie nie zawsze przemawia.

Dlatego wolę dzieła nowsze. Dość dokładnie można uchwycić moment, w którym Pratchett się zwyczajnie zestarzał, ostrze jego ironii uległo stępieniu, zwrócił się w stronę literatury bardziej przygodowej – nadal zabawnej, ale pisanej w sposób zwarty, zgodny z regułami sztuki.

Z tego (trwającego zresztą nadal) okresu jego twórczości najbardziej lubię cykl (a dokładniej podcykl cyklu o Świecie Dysku) o Tiffany Obolałej i Nac Mac Feeglach. Dla niewtajemniczonych: Tiffany jest początkującą czarownicą, uczennicą. Nie myślcie jednak, że studiuje na wspaniałej akademii w rodzaju Hogwartu, nie, dla niej szkołą czarownictwa jest twarde życie na angielskiej… tfu, ankh-morporkiańskiej (czy jakiejś tam innej) prowincji. Z kolei Nac Mac Feeglowie to plemię małych, lecz wyjątkowo niebezpiecznych ludzików, którzy pomagają jej stawić czoła licznym niebezpieczeństwom, jakie czyhają na młode adeptki sztuki magicznej.

Książki z tego cyklu, w porównaniu ze starszymi utworami Pratchetta, cechuje większa doza dramatyzmu i akcji. Można też zauważyć wyraźną zmianę filozoficznego nastroju autora. Po cynizmie nie zostało praktycznie nic.

Parę dni temu czytałem „Zimistrza”, drugi tom serii, i zacząłem się zastanawiać, jakie postawy intelektualne przedstawił w nim Pratchett i dlaczego właśnie one wydają mu się bliskie. Moim zdaniem te postawy są dwie. Pierwszą, rodzaj dobrodusznego hedonizmu, reprezentują Nac Mac Feeglowie. Drugą, stoicyzm albo wręcz ascetyzm stoicki, reprezentuje sama Tiffany, a także pozostało czarownice.

Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że powyższe filozofie życiowe się wykluczają. Tak, to prawda. Wydaje mi się, że stoicyzm jest w jakimś stopniu odbiciem własnej, domorosłej filozofii Pratchetta. Należy pamiętać, że wychował się on na wsi i otrzymał stare dobre imperialistyczne wychowanie brytyjskich collegów. Nic dziwnego zatem, że na pierwszym miejscu stawia ciężką pracę i utylitaryzm. Nic dziwnego też, że jego zdaniem jednostka wybitna (czarownica) musi się wyrzec siebie do tego stopnia, że nie wolno jej posiadać żadnych osobistych przedmiotów. W „Zimistrzu” jest nawet taka scena, w której Tiffany musi wyrzucić jedyny kawałek biżuterii, jaki posiada (mały, srebrny wisiorek), gdyż tytułowy Zimistrz, bóstwo zimy, mógłby dzięki niemu ją wyśledzić i przynieść ze sobą wieczne mrozy do osady, w której mieszka rodzina Tiffany. Innymi słowy, człowiek pełniący publiczną funkcję dla dobra ogółu musi poświęcić się cały. To jest podstawa brytyjskiego wychowania w pigułce. Żeby jeszcze tylko politycy chcieli się tego trzymać.

Jeśli zaś chodzi o ten hedonizm… Cóż, nie da się ukryć, że przede wszystkim czyni on Nac Mac Feeglów komicznymi. To, że spędzają życie na piciu, bijatykach i różnych innych radosnych czynnościach sprawia, że są swego rodzaju wesołymi rozbójnikami. Nie wydaje mi się jednak, żeby Pratchett obdarzył ich taką a nie inną  filozofią życiową wyłącznie w celach humorystycznych. Hedonizm, w świetle tego, cośmy powiedzieli wcześniej, musi mu się wydawać wręcz niebezpieczny, gdyż zmusza jednostki do przedkładania interesu własnego ponad interes grupy, co może prowadzić do zachowań niemoralnych i nieetycznych. Jednak moralność i etyka Feeglów nie dotyczy, nie odczuwają potrzeby czynienia zła, najwyżej są w stanie psocić. Dlaczego? Ano dlatego, że są martwi. Albo przynajmniej w to wierzą. Byli dobrzy, umarli, a potem trafili do lepszego świata, tj. naszego świata (w sensie: świata ludzi).

Za tym zabawnym pomysłem wyraźnie kryje się stare pytanie: „czy przypadkiem nie żyjemy w najlepszym z możliwych światów?” Myślę, że dla Pratchetta, z jednej strony ateisty, z drugiej człowieka głęboko przekonanego o potrzebie moralności, to pytanie jest bardzo ważne. I pociąga za sobą kolejne: „co zrobić, żeby nasz świat był najlepszym z możliwych światów?”. Propozycją odpowiedzi jest to, cośmy powiedzieli o Tiffany Obolałej.

W ten sposób dwa pozornie sprzeczne prądy myślowe zazębiają się. „Zimistrz”, podobnie jak pozostałe powieści z cyklu, nie jest negacją radości życia. Przeciwnie, jest jej wielką afirmacją, ale pokazuje, że wszystko ma swoją cenę.