Kobieta w czerni – recenzja

ImageByłem dzisiaj w kinie na „Kobiecie w czerni” i chciałbym się z wami podzielić swoimi wrażeniami. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, żeby ten film okazał się zbyt dobry. No wiecie, ten Daniel Radcliffe, a poza tym to już wszystko było.

No i było faktycznie. Jeśli chodzi o fabułę to nie spodziewajcie się żadnych wielkich niespodzianek. Jakieś zagubione miasteczko na angielskiej prowincji, gdzie jak nie ma mgły to pada, jakaś zmowa milczenia, jakiś nawiedzony dom na bagnach, jakaś zemsta zza grobu za dawno wyrządzone krzywdy… Krótko mówiąc, zdawałoby się, że horrorowa sztampa. A jednak ta historia działa, wciąga. Nie wydaje się oklepana, tylko swojska, jak jedna z tych historii, które opowiada się nocą przy ognisku. Po prostu „ghost story”. Zresztą Susan Hill, autorka powieściowego pierwowzoru, tak właśnie nazywa swoje horrory, opowieściami o duchach. I klimat bajania da się też odczuć w filmie.

A jeśli chodzi o wykonanie… Kurczę, naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Większość reżyserów horrorów wykonuje swoją robotę tak samo: straszna gęba, krzyk, cięcie, flaki, krzyk, cięcie, przerażony bohater, krzyk, cięcie. Jak w kalejdoskopie. Pośpiech. W „Kobiecie w czerni” oczywiście również zdarzają się momenty, kiedy widza straszy jakaś nagle pojawiająca się gęba lub nieprzyjemny dźwięk, ale widać, że reżyser stosuje te chwyty w sposób przemyślany. Równoważy je długimi ujęciami, bawi się dynamiką, buduje napięcie ruchem na skraju kadru, światłem, cieniem, zmianami ostrości. Dwie sceny naprawdę mnie zachwyciły. W jednej bohater grany przez Radcliffe’a idzie ze świecą, której światło odbija się w paciorkowatych oczkach zabawkowej małpy. I te ogniki się poruszają, więc ma się wrażenie, że małpa wiedzie za nim oczami. W drugiej pojawia się tytułowa kobieta w czerni. Statyczny kadr, w głębi, obramowany framugą drzwi Radcliffe siedzi tyłem do kamery, na pierwszym planie widać przedpokój, w samym rogu ekranu widoczny jest fragment lustra, w którym widać przemykający cień. Genialne.

Sporym zaskoczeniem okazali się też aktorzy. Radcliffe wykonał swoją robotę bardzo przyzwoicie. Myślę, że ta rola to pierwszy poważny krok do wyrwania się z cienia Harry’ego Pottera. Ale przede wszystkim byłem zachwycony występem Ciarana Hindsa, znanego pewnie niektórym z Was z roli Cezara w serialu Rzym. Niby grał dość prostą drugoplanową rolę, ale włożył w nią tyle niepokoju, tyle podskórnego zmagania z własnymi demonami, że momentami aż ciarki przechodziły mi po plecach, kiedy na niego patrzyłem. Zwłaszcza dialog z Radcliffem przy kominku. Dobre aktorstwo.

Podsumowując: film okazał się jedną wielką niespodzianką. Mogłoby się zdawać, że to proste, rozrywkowe kino, ale kunszt wykonania robi niesamowite wrażenie. Zdecydowanie jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat. Gorąco polecam.

Advertisements

One thought on “Kobieta w czerni – recenzja

  1. Zgadzam się w całości. 🙂 Ja także widziałam niedawno ten film i muszę przyznać, że jest świetny! Myślę, że właśnie te horrory, które pozwalają działać wyobraźni są najstraszniejsze. Szczególnie jeśli ktoś jest tak czuły na grę dźwiękiem. 😉 POLECAM!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s