Konkursy po raz drugi

Kilka dni temu grzebałem trochę w necie i znalazłem jeszcze dwa konkursy literackie z fantastycznego poletka. Co prawda sam chyba nie wezmę w nich udziału… Za dużo many ostatnio zużyłem na pisaninę, zresztą chwilowo rzucam opowiadania i skrobię powieść. Ale może ktoś z Was postanowi spróbować swoich sił. Oto numer jeden, konkurs pod tajemniczym hasłem „Karta bogów”:

http://ska2011.ugu.pl/?page_id=255

Drugi ma dotyczyć Zielonej Góry. Oto opis organizatorów:Sądzimy, że wiedzę o Zielonej Górze i jej bogatej historii można upowszechniać również za pomocą fantastyki. Klimat i metafizykę miasta można budować także w świecie wyobraźni. Chcielibyśmy aby co roku o kolejny tomik rozrastała się biblioteczka zielonogórskich fantazji, marzeń i koszmarów.

I link: http://aktualnekonkursy.pl/konkursy-literackie/8-konkursy/konkursy-literackie/616-fantazje-zielonogorskie-konkurs-na-opowiadanie-fantastyczne

Nigdy nie byłem w Zielonej Górze. Ale inicjatywa chyba fajna.

No to tego… Trzymajcie się i piszcie, ile wlezie.

Reklamy

Wiecznie coś

Work, work, work. Cały zeszły tydzień minął mi pod znakiem wytężonej pracy. I to nie tylko dlatego, że zacząłem nową robotę… jako dziennikarz ekonomiczny. Szczerze powiedziawszy jest to chyba ostatnie stanowisko, na jakim spodziewałem się znaleźć, ale z życiem tak już bywa. Nie jest źle.

Ale nie o tym chciałem. Literacko też nie próżnowałem. Napisałem trzy nowe opowiadania. Dwa na konkursy, o których pisałem wcześniej i jedno jako (być może) początek przygody z całkiem nowym gatunkiem literackim. Pozwólcie, że Wam opowiem, jak to było.

Otóż wystosowałem mejla do Kazimierza Kyrcza Jr. z prośbą, żeby zamieścił na swojej stronie link do strony, na której właśnie się znajdujecie. Kazek (mam nadzieję, że mogę tak go określić, tak się podpisuje;]) zgodził się, a przy okazji zagadnął mnie, czy nie pisałem nigdy czegoś w klimacie bizarro.

Co to jest bizarro? Też na początku nie wiedziałem, ale już tłumaczę. Bizarro to w sumie pewna odmiana literatury fantastycznej, łącząca w sobie elementy horroru, groteski, surrealizmu i, jak się zdaje, czasami także pornografii;]. Ta wybuchowa mieszanka przemówiła do mnie, gdyż od dawna uważam, że połączenie grozy i czarnego humoru jest fajne, a przy okazji często eksperymentuję z motywami onirycznymi. Także postanowiłem szybko naskrobać miniaturkę, która ma trafić na prowadzony przez Kyrcza i kolegów blog niedobre literki. Opowiadanie to nazywa się „Sen czwarty, ostatni” i opowiada, jak mi się zdaje, o wilkołaku. O wilkołaku inaczej, by tak rzec. Może wytłumaczę, skąd tytuł. Dawno temu stworzyłem kilka etiudek literackich, które były zapisami snów. „Sen czwarty…” jest do nich podobny i, choć nie jest zapisem prawdziwego snu, pojawiają się w nim pewne motywy z tamtych starych tekstów. Żeby lepiej to zobrazować wrzucę do biblioteczki jeden z nich, „Pierwszą odsłonę” (dla leniwych link także tutaj:P).

Jak tylko „Sen czwarty…” trafi do sieci, z pewnością się pochwalę. Tymczasem chciałbym się pochwalić czym innym. Wiem już, kiedy zostanie upublicznione moje opowiadanie „Psychol”. Ukaże się ono w majowym numerze Qfanta. W stosownym czasie zamieszczę linka, ale już teraz zachęcam by do niego sięgnąć.

Co tam dalej nowego? A, zacząłem pisać nową powieść. Na razie gotowy jest prolog i pierwszy rozdział. Więcej informacji znajdziecie w biblioteczce. Będzie to dla mnie spore przedsięwzięcie, bo planuje, żeby wyszła dość gruba, ok. 500 stron. Dla porównania „Szaleństwo przychodzi nocą”, powieść nad której wydaniem pracuję obecnie, w druku miałoby około 240 stron.

I to w sumie tyle. Choć nie, za bodaj pięć dni pojawią się wyniki konkursu Secretum Caligo, w którym biorę udział. Trzymajcie kciuki. No dobra, kończę już. Żegnam i kłaniam się nisko.

George R.R. Martin „Taniec ze smokami” – recenzja

Premiera drugiego sezonu „Gry o tron” zbliża się wielkimi krokami. Ja tymczasem czytam „Pieśń lodu i ognia”, literacki pierwowzór serialu, i właśnie skończyłem piąty tom (jak dotąd ostatni, ale planowanych jest siedem), „Taniec ze smokami”.

Po nieco słabszej od pozostałych „Uczcie dla wron” saga Martina znowu nabiera epickiego rozmachu. Na wschodzie, w zamorskich krainach, sytuacja staje się coraz bardziej napięta, gdy Daenerys  zmuszona jest do paktowania ze znienawidzonymi handlarzami niewolników. Coraz głośniej też o niej w Westeros. Szukają jej między innymi Tyrion Lannister, Quentyn Martell, syn księcia Dorne’u, oraz Vicatrion Greyjoy, wuja Theona i kapitan Żelaznej Floty. Nie mniej dramatycznie mają się sprawy na północy. Jon Snow robi co może, by przygotować się na nadchodzące niebezpieczeństwo, ale ma wrogów zarówno wśród wolnych ludzi spoza Ściany, jak i wśród własnych Czarnych Braci. Poza nimi ma też na głowie Stannisa Baratheona, który od północy planuje rozpocząć kampanię odzyskiwania swojego królestwa.

W „Tańcu ze smokami” fabuła sagi natrafia na kilka niespodziewanych zakrętów, więc możecie się spodziewać zaskakujących zwrotów akcji. Nowi gracze dołączą do gry, a wielu starych (między innymi Varys) jeszcze o sobie przypomni. Poza tym jak zwykle, wybaczcie wulgaryzm, „co się polepszy, to się popieprzy”. Zwłaszcza ciężko ma mój ulubieniec Tyrion. Tak, tak, będzie topiony (dwa razy), sprzedany w niewolę i rzucony lwom na pożarcie. Czy jak zwykle uda mu się wykręcić z niebezpieczeństwa? Cóż, nie powiem Wam. Jednym z uroków czytania powieści Martina jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy wreszcie stwierdzi, że tym razem nie żartował i naprawdę zabije któregoś z głównych bohaterów.

Literacko „Tańcowi ze smokami” nic można zarzucić. Język jest jak zwykle piękny i barwny, lekko archaizujący. Autor nieraz zabawia się w cechujące się kronikarską szczegółowością opisy uczt lub strojów, lecz nie zamąca to tempa narracji, która niespiesznie acz nieubłaganie prowadzi czytelnika przez wojenną zawieruchą i pajęczyny dworskich intryg.

Co tu dużo gadać zresztą? Trzeba czytać! Gorąco polecam wszystkim fanom Martina. A kto jeszcze nie miał okazji spotkać się z jego pisarstwem, niech koniecznie sięgnie po otwierającą sagę „Grę o tron” i prędko nadrabia. Książka jest lepsza od filmu. To uniwersalne prawo natury.

Zmagań ciąg dalszy

Trochę się zmieniło w Kuźni, pojawiło się też coś nowego w Biblioteczce, choć niestety to tylko fragment, a nie pełne opowiadanie. Ale po kolei.

Przede wszystkim chciałem się pochwalić, że moje opowiadanie „Psychol” zostało przygarnięte przez redakcję Qfanta. Jak już będzie na 100% pewne, że się ukaże cyberdrukiem, to dam znać, niemniej jednak cieszę się, że ktoś się nim zainteresował. Krótki fragment, który pozwoli Wam poznać tytułowego psychola, zamieściłem w Biblioteczce.

Poza tym skończyłem poprawiać moje opowiadanie „Żałoba ludów” i wysłałem je już do największych graczy na rynku magazynów fantastycznych, czyli do Nowej Fantastyki i SFFiH. Jak sobie poradzi, zobaczymy. W Kuźni zawiesiłem nieco dłuższy fragment niż wcześniej.

Wyzwolony spod cienia tekstu niby skończonego, lecz niepoprawionego, mogłem zabrać się za pracę nad czymś nowym. Niedawno opowiadałem Wam o konkursach, w których planuję wziąć udział, i to nowe opowiadanie (na razie roboczo nazwane „Macierz”) ma powędrować właśnie na jeden z nich: organizowany przez wydawnictwo Paperback konkurs SF. Czasu jest jeszcze sporo, na zgłoszenia czekają do 20. maja, więc Was też zachęcam do wzięcia udziału. Zwłaszcza że nagrodą jest publikacja w antologii obok nazwisk znanych pisarzy.

To tyle na dziś. Stay tuned.

Kobieta w czerni – recenzja

ImageByłem dzisiaj w kinie na „Kobiecie w czerni” i chciałbym się z wami podzielić swoimi wrażeniami. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, żeby ten film okazał się zbyt dobry. No wiecie, ten Daniel Radcliffe, a poza tym to już wszystko było.

No i było faktycznie. Jeśli chodzi o fabułę to nie spodziewajcie się żadnych wielkich niespodzianek. Jakieś zagubione miasteczko na angielskiej prowincji, gdzie jak nie ma mgły to pada, jakaś zmowa milczenia, jakiś nawiedzony dom na bagnach, jakaś zemsta zza grobu za dawno wyrządzone krzywdy… Krótko mówiąc, zdawałoby się, że horrorowa sztampa. A jednak ta historia działa, wciąga. Nie wydaje się oklepana, tylko swojska, jak jedna z tych historii, które opowiada się nocą przy ognisku. Po prostu „ghost story”. Zresztą Susan Hill, autorka powieściowego pierwowzoru, tak właśnie nazywa swoje horrory, opowieściami o duchach. I klimat bajania da się też odczuć w filmie.

A jeśli chodzi o wykonanie… Kurczę, naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Większość reżyserów horrorów wykonuje swoją robotę tak samo: straszna gęba, krzyk, cięcie, flaki, krzyk, cięcie, przerażony bohater, krzyk, cięcie. Jak w kalejdoskopie. Pośpiech. W „Kobiecie w czerni” oczywiście również zdarzają się momenty, kiedy widza straszy jakaś nagle pojawiająca się gęba lub nieprzyjemny dźwięk, ale widać, że reżyser stosuje te chwyty w sposób przemyślany. Równoważy je długimi ujęciami, bawi się dynamiką, buduje napięcie ruchem na skraju kadru, światłem, cieniem, zmianami ostrości. Dwie sceny naprawdę mnie zachwyciły. W jednej bohater grany przez Radcliffe’a idzie ze świecą, której światło odbija się w paciorkowatych oczkach zabawkowej małpy. I te ogniki się poruszają, więc ma się wrażenie, że małpa wiedzie za nim oczami. W drugiej pojawia się tytułowa kobieta w czerni. Statyczny kadr, w głębi, obramowany framugą drzwi Radcliffe siedzi tyłem do kamery, na pierwszym planie widać przedpokój, w samym rogu ekranu widoczny jest fragment lustra, w którym widać przemykający cień. Genialne.

Sporym zaskoczeniem okazali się też aktorzy. Radcliffe wykonał swoją robotę bardzo przyzwoicie. Myślę, że ta rola to pierwszy poważny krok do wyrwania się z cienia Harry’ego Pottera. Ale przede wszystkim byłem zachwycony występem Ciarana Hindsa, znanego pewnie niektórym z Was z roli Cezara w serialu Rzym. Niby grał dość prostą drugoplanową rolę, ale włożył w nią tyle niepokoju, tyle podskórnego zmagania z własnymi demonami, że momentami aż ciarki przechodziły mi po plecach, kiedy na niego patrzyłem. Zwłaszcza dialog z Radcliffem przy kominku. Dobre aktorstwo.

Podsumowując: film okazał się jedną wielką niespodzianką. Mogłoby się zdawać, że to proste, rozrywkowe kino, ale kunszt wykonania robi niesamowite wrażenie. Zdecydowanie jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat. Gorąco polecam.

Konkursy, konkursy…

Odkąd zacząłem pisać (a minęło od tego czasu już przeszło 10 lat) wziąłem udział w może ośmiu konkursach literackich. Dotrzymywanie terminu, pisanie na określony temat albo w określonej konwencji – to wszystko sprawiało mi trudność. Przekora i brak dyscypliny to przekleństwo dla kogoś, kto chce zostać pisarzem. Pisanie to frajda, owszem, ale jeśli chce się kiedyś na nim zarobić, trzeba je traktować jak pracę.

Dlatego postanowiłem wziąć się za siebie i w tym roku wysłałem swoje teksty już na dwa konkursy i zamiaruję wysłać jeszcze na kolejne dwa. Tych z Was, którzy parają się pisaniną, również zachęcam do wzięcia w nich udziału.

Pierwszy konkurs znajdziecie pod tym adresem:

http://duzeka.pl/news/id_news/643

Niestety do jego zakończenia zostało już niewiele czasu. Prace należy nadsyłać do 1 kwietnia. Oczywiście w dwa tygodnie spokojnie można coś naskrobać, ale nie wykluczam, że tym razem sięgnę po jakiś starszy tekst z szuflady.

Drugi konkurs znajdziecie pod tym adresem:

http://www.paperback.strefa.pl/konkurs.html

W tym wypadku czasu jest jeszcze sporo i z pewnością coś napiszę. Mam już nawet pomysł, daję mu tylko chwilę żeby dojrzał. Jak zacznę pisać, to pewnie wrzucę jakiś fragmencik do Kuźni.

Powitanie

Wygląda na to, że nie dam rady dłużej uciekać przed rozwojem technologii. Dorwała mnie, taka jej mać, a wraz z nią pojawiła się potrzeba autopromocji i mroczny cień konsumpcjonizmu. Dotąd w swej naiwności i zadufaniu twierdziłem, że dobra literatura broni się sama. No cóż… Może to i prawda, ale moja pisanina potrzebuje pomocy nowoczesnych mediów.

Dlatego niniejszym otwieram mój wirtualny literacki salonik. Znajdziecie w nim informacje o mnie i mojej pracy. Od czasu do czasu będę wrzucał tu jakieś opowiadania na zachętę. Postaram się to robić w miarę regularnie. Zamierzam też się reklamować i kupczyć swoją własnością intelektualną. Będę informował Was o wszystkich sukcesach (dużych i małych) i prawdopodobnie przemilczywał porażki.

Tyle tytułem wstępu. Zapraszam do regularnych wizyt!